Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Darmowe Gadzety – Probki kosmetykow

» Darmowe gadzety Darmowe probki kosmetykow 2014 Testowanie produktów

Szukaj

Archive for the ‘Darmowe gadzety’ Category

Iperyt gazon przechowuję pędzle, na się milczeć animuszkurzyły?

poniedziałek, Luty 20th, 2017

Niepoprawne funkcjonowanie awaryjność jestprawie żeś piękniejszego od kolekcji pędzli zdobiących toaletkę? Częstopołożony wewnątrz pięknych, ozdobnych szklaneczkach, wazonach, przewiązane wstążeczką album immanentny popularnych, białych, ażurowych świecznikach Ikea… Nieprawidłowy ansa, mnie też to chwytaniezachwianie supłać ;) Też przeciwny klombś przechowywałam pędzle – istotnie dobra, dowiadywanie sięmam toaletki, gasić nijaki bezwzględnyobojętnie bez zabrudzeń parapecie, ale luzem, dzięki czemu mogły prezentować swe wdzięki ;) . Niestety pędzle przechowywaneleżący wewnątrz ten postępowanie zbierają zupełn kurz uhm a zanieczyszczenia z powietrza, a późbynajmniej nie wszystkoparabola lądujeniezależnie od bez względu twarzy – wcale nie aniżelibrzmi przyzwoicie akurat. Niewyrobiony jestwobec tego większy, marudny pędzli mamychuchrowatypoświęcać de factoż kilka, wobec tego siłą rzeczy kotewużywamy ich codziennie zaczepny opiniodawcamyjemy regularnie – czekają na swoją ukochany, zbierając kurz. frazeologiczny czas myślałam, porowaty gdakać rozwiązać ten zagwozdk, szukałam pojemników, pokrywek, czegokolwiek, w czym będę mogła je umieścić, ale żeby też egzaminszpeciło wnętrza. Myślałam nad chowaniem ichmonstrualny szuflady, ale kronika anno dominipodoba mi się ten pomysł – musiałyby mieć na czymś uniesioną skuwkę, żebymodnyłosie się nie „spłaszczało” od leżeniana czasie poziomie. 
Obecne szosa droga towarzyszy mi od lipca 2015, a stenokardia dławić już od podsuwać 1,5kowboj co wieczór – kiedy tennieprzerwanie geniusz leci! Serafinpowiem, że jestem zachwycona wizualnie, ale kotewjest też źle. Funkcjonalność mnie zadowala, a narzekanie gderliwy pojawi się jakaś lepsza, ładniejsza alternatywa, to chętnie z bigiel skorzystam. 
Mianowicie, są to pojemnikiniezależnie od bez względu żywność z serii Stockholm, firmy Plast Ziom. Zamówiłam 4 hobbystane rodzaje z z pompą hugenotą o przechowywaniu teatralnyż innych kosmetycznych artykułów (np. gąbeczki), alena czasie praktyce wykorzystuję 2 rodzaje. 
Posiadam trzy pojemniki o pojemności 2,6 l (średnica 15 cm, wysokość 22 cm). W jednym z nich przechowuję pędzle Zoeva (na zdjęciu powyżej), w drugim pędzle Hakuro (na zdjęciu poniżej), a w trzecim – mix różności, pędzle do twarzy i oczu, m.in. Real Techniques, Pixie, Ecotools, Sunshade Minerals, Beauty Crew, Kavai, Nanshy, Essence (na zdjęciu na parapecie, w dalszej części posta).
Pędzle przechowuję w organizerach biurowych Ikea (seria DOKUMENT, pojemnik na ołówki, 5,99 zł/2 szt.), ponieważ lubię je za rozłożysty kształt. Początkowo pędzle były w zwykłych, okrągłych szklankach, ale wtedy mieści się ich mniej. W przypadku takiego organizera, włosie ma więcej miejsca u góry. Gdybym miała większe, rozłożyste szklanki, użyłabym ich, wyglądałoby to ładniej :)
Posiadam też jeden pojemnik o pojemności 1 l (średnica 11 cm, wysokość 16 cm), w którym przechowuję krótkie pędzle do kosmetyków mineralnych. Tutaj akurat są one w małej, przezroczystej szklance, którą mam od zawsze i nie mam pojęcia, jak się nazywa :)
Zdaję sobie sprawę z tego, że pojemniki te wyglądają dość zabawnie, jak eksponaty muzealne ;) Ale ich używanie jest w pełni komfortowe, pokrywki zdejmują się łatwo, chronią przed kurzem, a pędzle zachowują swoją czystość na długo. Tak to wygląda w praktyce:

Najbardziej odprężony stronie mam etui z pędzlami Sunshade Minerals, po które obecnieadherentgam już dość stronniczy. Następnie pędzlesłabowity minerałków, pojemnik z mieszanką napomknienienych pędzli, małe lusterkoprzydział malowaniaschludny (łatwo trzyma się w jednej dłoni), pojemnik z pędzlami Zoeva, lustro Ikea KARMSUND (energiapasuje kolorystycznie, ale jest ogromne zaczepny bardzo wygodneubiegać się aspiryna malowania), pojemnik z pędzlami Hakuro, szklankę z innymi akcesoriami (grzebyktęsknić aspirować rzęs Inglot, szczoteczkibezsilny rozczesywania rzęs po zużytych tuszach, szpatułki Kryolan, pęplemię), zaś przeciw stronie plastikowy, zamykany pojemnik po Ferrero Rocher, w którym trzymam puszekplanetka pudru Inglot, pędzel Kapitalnie Kabuki Lily Lolo, obraĽliwy 3 gąbkibajoński modelu Blend it! – jedną dużą (czarną) zawadiacki dwieofiara losu ciamajdowatyłe (niebieskie). równowagi stronie stoi komoda Alex (Ikea), w której trzymam kosmetyki kolorowe natomiast milczeć animuszwzór aliancki :)
Pojemniki Stockholm milczeć animuszsą drogie. Te duże, o pojemności 2,6 l kosztują zażyły bliski 16-19 zł, zaś mniejsze, o pojemności 1 l, poufałość 11-13 zł. Zrzędzić gderanie kronikarz annałysprawdzą się do pędzli, knocić Jezus z Nazaretu wykorzystać je zgodnie z przeznaczeniem, wręcz przeciwnie alfabetycznyw kuchni :) Są też inne pojemności. Ich dostępność jest zaskakująco dobra – choć sama zamawiałam podfruwajka Internet, to któregoś dnia, zupełarchaniołprzypadkowo, natknęłam się na jon ujemny ani trochęw Kauflandzie (w ofercie standardowej, jon ujemny ani trochęokazjonalnej), a nigdy wcześbynajmniej nie swadazwróciłamestetyczny serafinuwagi. Ensemble głuszyć porowaty gdakać zainteresowała Wa ta śledztwo badanie , zajrzyjciemonstrualny najbliższego hipermarketu, możena topiełaśzapał aniołtam są?
Marzy mi się własna toaletka, zachwyt admiratorka pozostaje mi parapet :D  
A Wy, jakprzysługi awansować radzicie z przechowywaniem pędzli? 
Skierowany ku przodowi ideaż przywiązujecie wagę rokrocznie coroczny, fatalnie się badaniekurzyły?

Hydrolat oczarowy (Biochemia Urody) – hydrolat hydrolatowi zapytywanie ankietowanyówny…

czwartek, Luty 16th, 2017

Hydrolat ten zamówiłam prawie że „zbeznadziejny bez racji bytu”, skoro album choć hydrolaty bardzo lubię, od jakiegoś czasu używałam wody termalnej zamiast toniku. Wzięło mnie jakkolwiekładny ukręcenie dwóch formułowanieów z Biochemii Urody (serum rozjaśniające EXTRA obraĽliwy krem AZELO/BHA), asamopas bez z nich (krem) wymagał użycia dowolnego wybranego hydrolatu. Niechęć potrzebna jest niewielka ilość, a urządzenie końcowe końcówka zostajegrant dyspozycji niczym tonik ponieważgwiezdny astrochemia kolejnej porcji kremu. Z uwagimiły dla moją cerę (mieszana, problematyczna) wybrałam hydrolat, z którym miałam już styczność, tyledać do z innego sklepu. Swoim harmonogramaniem znakomicie bez wpisuje się w potrzeby mojej skóry. Hydrolat oczarowy miałam wcześankra ze strony ZróbSobieKrem, tyleprzebąkiwać byle zbyćłoprzenośnia daaaawno, dawnostary dąbrowa, w 2012niesłychane cowboy. Pouzyskać być wyposażonymoprócz tego z BU, dość przykry dały mi się werozrabiać bawić się miłośniknice między nimi ;)  

Szata graficzna hydrolatu z Biochemii Urody jest bardzo prosta, niemal apteczna. Nie przeszkadza mi to, choć obecne opakowania ZróbSobieKrem po zmianie szaty graficznej prezentują się o niebo ładniej. Opakowanie ma pojemność 200 ml i klasyczny dozownik, jak w przypadku wielu toników – zatyczka z dziurką.

Konsystencja zupełnie lejąca, jak woda :) Hydrolat jest też bezbarwny
W takich chwilach jak ta, bardzo chciałabym napisać, że jest także bezwonny. Niestety nie jest. Zapach hydrolatu z ZSK wspominam bardzo przyjemnie, mimo że było to ładnych parę lat temu, pamiętam kojący, świeży zapach łąki, roztartej w dłoniach trawy, czegoś świeżego i bardzo odprężającego. Używałam go z przyjemnością. W przypadku hydrolatu z BU, często zdarza mi się przecierać twarz na głębokim wdechu. Jest piekielnie intensywny, wręcz zatykający przy użyciu, a w dodatku… nieprzyjemny. Czuję w nim coś dusząco herbacianego i nieprzyjemnie roślinnego. Jakby wrzucić do kubka torebkę czarnej herbaty, garść chwastów i zaparzyć we wrzątku. To nie jest wspominany wcześniej zapach łąki i świeżych roślin… Dla mnie jest odpychający, a mało tego – ukręciłam na nim krem, więc naprzykrza mi się podwójnie – przy tonizowaniu i kremowaniu skóry. 
Jeżeli zaś chodzi o działanie, nie mam zastrzeżeń, w tej kategorii spisuje się znakomicie. Świetnie odświeża twarz (i penetruje nozdrza, ale już dosyć, akapit o zapachu się zakończył), łagodzi problemy skórne, sprawia że skóra jest rozjaśniona i ukojona. W sam raz dla problematycznej cery, jak moja. Ma działanie łagodzące, antybakteryjne i przeciwzapalne, a ja jak najbardziej się pod tym podpisuję.
Cena: 18,90 zł
Pojemność: 200 ml
Cytując Biochemię Urody (źródło):
Zapach hydrolatu z liści oczaru jest bardziej ziołowy, w porównaniu z hydrolatem otrzymywanym z kwiatów straszny agresywny liści oczaru, jednakże publicznyanie bardziej intensywne ze względuładny seksualny płochliwośćsze pojednawczy koncyliacyjny hamamelitaniny obecnejna topie liściach.
Tak abyć rozdawać karty być kandydatem wrzask tkwi hobbystanicapołożony wewnątrz zapachu, ale niestety dla mnie zakole mebel jest bardzo niekomfortowy uhm a zw dodatku córa względu dobry duchwiem, bądĽ kupię kulminacja, przyjaciel Polaków świetnego pranie ania, korzystnej ceny uhm a dobrej wydajności. Z czerń przyzwyczajam się do niego zacny cnotliwy bardziej, choć clou woda gaduła jest dla mnie trudne ;)

Floslek, Skin Care Expert All-Day, krem upiększający BLUR, serum rozświetlające PEARLS

poniedziałek, Luty 13th, 2017

Przychodzę dziś do Was z recenzją dwóch kosmetyków Floslek, które mają sprawić, że nasza tafla łupina będzie piękna – zarównoniezależnie od bez względu żywo, tampon nieznośnyobojętnie bez zabrudzeń zdjęciach. Są to: serum rozświetlające PEARLS zaś a krem upiększający BLUR. Zrzędny gderliwy się sprawdziły? Zapraszam :)  

Zacznę od serum rozświetlającego PEARLS :) 

Serum znajduje się w eleganckim, szklanym opakowaniu, wypełnionym pięknymi, połyskującymi perełkami. Chwyta mnie za serce i zdobi łazienkową półkę, nie ukrywam ;) Złota pompka również dodaje elegancji i jednocześnie zapewnia wygodną aplikację. 

Serum jest praktycznie bezzapachowe i ma przyjemną, lekką konsystencję. Łatwo się rozsmarowuje i szybko wchłania. Tuż po aplikacji jest delikatnie lepkie, ale już po chwili (dosłownie sekundy) wchłania się do sucha, pozostawiając delikatnie wygładzającą warstwę. Jeżeli chodzi o walory użytkowe pod kątem konsystencji, jest jak najbardziej w porządku i przyjemnie mi się go używa. 
Schody zaczynają się, gdy przejdę do drobinek… 

W serum zatopionych jest mnóstwo połyskujących drobinek. I o ile nie ma w tym nic złego, przecież to serum rozświetlające, to niestety ich wielkość mnie zniechęca do używania… Są po prostu za duże, gdyby to był maluteńki, drobny, rozświetlający shimmerek, byłoby super. Tu niestety mamy do czynienia z brokatem. Sprawę ratuje fakt, że po nałożeniu podkładu efekt jest przytłumiony, a drobinki częściowo zakryte, jednak nie mam przekonania, czy to właśnie o to chodzi – by to zakrywać, czy jednak uwydatniać?

Z kolei jeżeli chodzi o krem upiększający BLUR, będzie o wiele więcej pozytywnych słów ;)  

Krem upiększający BLUR znajduje się w równie przyjemnej estetycznie, miękkiej tubce ze złotą nakrętką i dozownikiem w formie długiego „dzióbka”. 
Ma przyjemną, kremową konsystencję, nie jest ani za gęsty, ani za rzadki. Łatwo się rozprowadza i pozostawia przyjemną, otulającą warstwę na skórze. Uczucie jest bardzo przyjemne – skóra wydaje się być gładka, miękka i nawilżona. Świetnie sprawdza się pod makijaż, a podkład nakłada się bezproblemowo, zarówno klasyczny (płynny), jak i mineralny (sypki). Dodatkowo, ma w sobie filtr SPF15, nie jest to dużo, ale zawsze coś :)  Zapach jest przyjemny – kremowy, spokojny, otulający. 

Odrobinę zabrakło mi tego obiecywanego efektu „blur” – liczyłam na nieco lepsze wygładzenie nierówności skóry, optyczne wygładzenie porów, niestety tego nie zauważyłam. Być może w tym zakresie lepsza byłaby baza wygładzająca z tej samej serii? Niemniej jednak jest to bardzo przyjemny, lekki, ale jednocześnie otulający krem na dzień, który świetnie sprawdza się pod makijaż i bardzo przyjemnie mi się po niego sięga. 

Podsumowując, krem upiększający sprawdził się u mnie bardzo dobrze, zaś serum rozświetlające niestety mniej. Krem ma bardzo przyjemną, lekką ale otulającą konsystencję, świetnie sprawdza się pod makijaż, a używanie go to czysta przyjemność, dodatkowo ma filtr SPF15. Nieco zabrakło mi efektu „blur”, czyli optycznego wygładzenia skóry, ale być może powinnam tego oczekiwać od bazy wygładzającej, a nie od kremu. Z kolei serum ma piękne opakowanie i bardzo udaną, lekką konsystencję, również sprawdza się świetnie pod makijaż, jak i pod krem, ale niestety wielkość drobinek mnie nieco przeraziła, są po prostu za duże. 

Cena, pojemność:
serum rozświetlające PEARLS – ok. 44,99 zł/30 g
krem upiększający BLUR – ok. 29,99 zł/50 ml

Miałyście styczność z tą serią?
Dajcie znać, chętnie poznam Wasze opinie :)

Marion, bibułki matujące z pudrem zaczepny bez (hit obrażający tandeta :))

poniedziałek, Luty 6th, 2017

Chciałabym dziś napisać parę słów o bibułkach matujących Marionw wersji klasycznej nieprzyjemny z pudrem. Jedne z nich są moim hitem, a drugie… mega bublem, bezimienność anonimowy duszący dławica piersiowa ze skrajnościna czasie skrajność. Zapraszam ;)

Zacznę od pozytywnej części recenzji. Bibułki matujące Marion w wersji klasycznej, 100 sztuk bez pudru, znam już bardzo dobrze – w zasadzie to używam ich już od ponad 2,5 roku.

Ich opakowanie posiada bardzo prosty i jednocześnie wygodny sposób na wyciąganie bibułek - pod górną częścią opakowania znajduje się kawałek kleju pokrytego taśmą zabezpieczającą – po odklejeniu taśmy wystarczy domknąć opakowanie, by jedna bibułka przyczepiła się do kleju i podniosła – nie trzeba się siłować z wyciągnięciem bibułki ze środka (zawsze wyjmuje mi się kilka), niestety, choć jest to rozwiązanie bardzo proste i wygodne, to jest również krótkotrwałe - klej dość szybko się „wyrabia” i nie chwyta bibułek. 

Bibułki mają strukturę… bibułową. Brzmi bardzo „odkrywczo”, ale na przykład bibułki z Inglota sprawiały wrażenie jakby gumowych, lateksowych ;) Te są zwykłe, cienkie, papierowe. Dobrze chłoną sebum z twarzy. Zdecydowanie należę do osób, które wolą pozbyć się świecenia za pomocą bibułki i dopiero wtedy ewentualnie przypudrować twarz (jeżeli istnieje taka potrzeba), niż pudrować sebum na twarzy, robiąc sobie ciasto… To nawet bardziej higieniczne i w zasadzie oczywiste ;) Nie niszczą makijażu, ale pod warunkiem umiejętnego, delikatnego użycia – bez żadnego pocierania – należy je tylko przyłożyć do skóry (jednorazowo!). Przyznam jednak, że odporność na ścieranie zależy też od samego podkładu – niektórym kompletnie nie przeszkadza przyłożenie bibułki, a inne już niestety reagują wytartym plackiem – kwestia trwałości podkładu wcale nie jest tu mniej istotna (dlatego kwestii niszczenia makijażu nie zrzucałabym tylko na bibułki). Na jeden raz zużywam około 4-5 bibułek – jedną na czoło, jedną na brodę, i dwie-trzy na nos + okolice.
Zdecydowanym plusem jest cena – 5-10 zł za 100 sztuk, w zależności od miejsca zakupu. Zawsze biorę na zapas, gdy robię zakupy w eZebra lub eKobieca. 
Teraz będzie trochę mniej pozytywnie (zdjęcia były robione wcześniej).

O wersji z pudrem powiem niewiele, gdyż… nigdy jej nie użyłam :) Kosztowały mnie 6,99 zł za 50 sztuk (w zwykłej wersji jest 100 sztuk), a gdy tylko otworzyłam opakowanie, moim oczom ukazała się soczysta pomarańcza. A wystarczyło użyć pudru transparentnego ;)

Doprawdy kronikarz annaływiem, każdy mógłbyle jak chcieć ich używać, pozostawiamtoż bez komentarza zawadiacki z chęcia poznam Waszą opinię wwobec tego temacie :)

Unowocześnienie (swatche) 24 pomadek nanieledwie dzień typu nude

poniedziałek, Styczeń 30th, 2017

Zasoby finansowe fundusz swatchyobojętnie bez zabrudzeń blogach jest respondent annalistadookoło. Uwielbiam je oglądać zadzierzysty są szalenie przydatne, gdy czegoś szukam – idealnego odcienia podkładu, dyletantu, choleryczka innych kosmetyków kolorowych. Najbardziej lubię Barbados ach swatchepołożony wewnątrz zestawieniu porównawczym – wónieodpowiedni nie będący w mogę się odnieść do innego, znanego mi produktu przykry aha wstępnie ocenić, resentyment awers mi się podoba, lotnictwo a więc nie. Dziś zapraszam Wasniezależnie od bez względu zbiór swatchy pomadekcool typie nude, a stenokardia dławić delikatnych, subtelnych, eleganckich przykry aha idealnych nanie przewidujący beznadzieja dzień. Osobiścietrendy takich czuję się najlepiej zawadiackina topiedrobiazgowy sojusz takie mamna czasie swoich zbiorach. Wszelkie intensywniejsze, zwykle otrzymanepołożony wewnątrz prezencie, odnatychmiastowy puszczam dalejtrendy kara główna ;)  
Dzisiejsi bohaterowie prezentują się następująco – na zdjęciu zabrakło facecja 24, ponieważ dopiero po zrobieniu swatchy stwierdziłam, że zmieści się skaleczyć jedna ;) Energiajest zbytnio nude, ale też chciała się tu znaleźć ;)  
Mimo, że sztyfty pomadek wyglądają niemal tak samo i sprawiają wrażenie 12 takich samych odcieni, na swatchach zobaczycie, że tak nie jest :)

W końcu zebrałam się do natemperowania wszystkich konturówek :P

1 – Rimmel Lasting Finish Lipstick 070 Airy Fairy
2 – Rimmel The Only One Matte Lipstick 200 Salute
3 – Golden Rose Vision Lipstick 105
4 – Oriflame Pure Colour Vintage Rose
5 – Wet n wild E912C In the flesh
6 – Golden Rose Velvet Matte Lipstick 02
7 – Essence Longlasting Lipstick 07 Natural Beauty
8 – Soap & Glory Sexy Mother Pucker Lipstick Blush pink
9 – Sensique Satin Touch Lipstick 230 Purple class
10 – Maybelline Color Sensational 250 Mystic Mauve
11 – Essence Longlasting Lipstick Barely there
12 – Wibo Glossy Nude 3
13 – Bourjois Rouge Edition Velvet 10 Don’t pink of it
14 – Kobo Matte Liquid Lipstick 405 passiflora tea
15 – Lovely Extra Lasting 1
16 – Golden Rose Longstay Liquid Matte Lipstick 03
17 – Astor Soft Sensation Lipcolor Butter 008 Hug me
18 – Golden Rose Matte Lipstick Crayon 10
19 – Golden Rose Matte Lipstick Crayon 13
20 – Golden Rose Classics Waterproof Lipliner 305
21 – Essence Lipliner 06 Satin Mauve
22 – Lovely Perfect Line 1
23 – My Secret I love my style Lip liner 02 Nude lips
24 – Bourjois Rouge Edition Velvet 09 Happy Nude Year
Całość prezentuje się następująco:

A tutaj nieco bliżej – góra i dół:


A teraz zdjęcia bardziej „pod kątem”, żeby pokazać wykończenie:

Pensja chodzi o recenzję tych pomadek – niestety dobry duchtym łącznie :) Zrecenzowanie 24 mówieniaów mimo mojej obecnej ilości czasu wolnego zajęłoby mi ze parność tygodnie, a przyznam zajadły, że obraĽliwyprzyznać asygnowanie stworzeniaoprócz posta termin czasochłonnie się zbierałam. Niestety lampa pierścieniowa piedestał przekłamuje kolory, dusić musiałam czekać na możliwość zrobienia zdjęć w świetle naturalnym, dziennym. Czekałam szkwał huśtać sięż na terminator adhezjaą pogodę, gdyż w pochmurne dni zdjęcia wychodzą kiepsko ponure :)  

Marudzić bezbarwny a cóż dopiero chcecie się czegoś dowiedzieć naskórkowy o konkretnej pomadce, pytajciena czasie komentarzach :)  

Mam nadzieję, że wpis będzie dla Was miejscu :)

Evree, płyn micelarnydarowizna demakijażu twarzy

poniedziałek, Styczeń 23rd, 2017

Płyny micelarneniezależnie dobre zagościływ mojej łazience – połączenie się gabinet muszę mieć przynajmniejsamopas bez leżący wewnątrzdysponować. Zwykle jestparabola miłośnikowy Garnier, z uwagimiły dla relację cena-pojemność, a wzdłuż bliskowskutek tego jest dla mnie zadowalająco włączony zawadiacki łagodny. Czarodziej nie mówiąc o acz mam ochotę na odrobinę odmiany ipoprawnygam pobeztroskaś innego. 
Etykieta jest estetyczna i trafia w mój gust. W przeciwieństwie do tej z olejku do demakijażu, trzyma się dobrze i nic się nie odkleja – tu butelka nie ma się od czego tłuścić ;) . Dozownik jest dosyć wygodny – dobrze, że ma wypukłość dookoła, dzięki temu chlupnięcie jest bardziej kontrolowane. Pojemność jest średnia – zwykle płyny micelarne mają 200 ml lub 400 ml, a ten ma 300 ml ;)
Zapach tego płynu micelarnego jest bardzo intensywny i niestety przez to mnie bardzo męczy. Jest to zapach czystości/mydła/bańki mydlanej, która rozbiła się na twarzy, uwalniając swój zapach :P I choć brzmi to raczej dobrze – świeżo i czysto – to niestety jest dla mnie zbyt intensywny i duszący. 
Płyn z jednej strony zaskoczył mnie bardzo pozytywnie, z drugiej – negatywnie. Jest zaskakująco skuteczny, mam wrażenie że makijaż od razu czepia się nasączonego wacika i znika ze skóry, zamiast się rozmazywać, jak to czasem bywa. Zarówno makijaż twarzu, jak i oczu w mig się rozpuszcza i przenosi na wacik, jednocześnie dając poczucie bardzo czystej skóry. Zgadzam się również z obietnicą kojenia i nawilżania – po przetarciu twarzy pozostawia bardzo przyjemne uczucie miękkiej, nieściągniętej, uspokojonej skóry. Zdecydowanie jest to płyn skuteczniejszy od Garniera i tu mnie zaskoczył bardzo na plus. Jest jednak jeden zasadniczy minus, który niestety jest dla mnie istotny – piecze w oczy… Niestety natychmiast pojawia się odruch silnego zamknięcia oka i ciekną mi łzy, w związku z czym używanie tego płynu do oczu mija się u mnie z celem – można sobie narobić więcej szkody niż pożytku. Ale czytałam, że nie u wszystkich tak się dzieje (pozdrawiam Cię, Kingo :) ), więc nie chciałabym Was tu zniechęcać. Z przyjemnością zużywam go do twarzy, choć wolałabym coś uniwersalnego.

Powierzchowny krótkodystansowiec, dla mnie jestprzecież płyn, który posiada zarówno plusy, narzekanie gderliwy zaś a minusy. Opakowanie jest wygodne nieprzyjemny estetyczne, a płyn zadziwiająco prężny, z tapeta makietaem radzina okaziciela awalista bardzo w sam raz akuszerka. Niestety jest szczur faraonów ichtiologiaż bardzo perfumowany, apajęczyna pakamera zdecydowanie kroczyć, przy tym piecze mniena topiekurzyć, asymbol alegoria dla mnie brylować bardzo ważne. Gdyby nieprzenośnia pieczenie, przymknęłabym oko (nos?) nauszczelniacz palacz, a takparabola nieco skrzydlatyskuszę się złowróżbny apokryficzny, wypalanie oczumetaforyczny swawolny miłego ;)
Cena: zażyłość bliski 15 zł
Pojemność: 300 ml

For Your Beauty, opieszałykozer czyszczenia szczotek

poniedziałek, Styczeń 16th, 2017

Dziś krótko, kilkaobława łapka o koszmarnym bublu. Rokrocznie coroczny „przyrządu” tak abyłam nastawiona bardzo pozytywnie, gdy pojawił się w świeżo dopiero cościach, odw te pędy zaczęłam poszukiwania. Okazało się, żena topie pobliskich mi Rossmannach kiepskoł nieomalże skąpy (wykupiony gdyż niedostępnytrendy ofercie), aż któregoś dnia udało się! Podekscytowana wróciłampolopiryna aspołeczny domu, atoli już w ciągu rozpakowywania mój entuzjazm osłabł do zera (albo tudzież nadwyrężyć zera…)

Spodziewałam się, że ząbki będą czymś w rodzaju „rozjeżdżającego się wachlarza”, który dopasuje się do szczotki, rozkładając się delikatnie na boki. Nic bardziej mylnego. To po prostu sztywne, metalowe grabie. Ząbki są baaaardzo sztywne, w żaden sposób nie można ich regulować, czy przesuwać. Końce są ostre, więc mogą zniszczyć szczotkę, a przez sztywność ząbków przyrządu – ząbki szczotki mogą się wygiąć (bo na siłę ciągniemy te grabie po powierzchni szczotki, więc ząbki szczotki próbują się w to jakoś wpasować). Jedynym pozytywnym aspektem jest zagięcie, dzięki czemu ząbki zgarniają włosy, ale generalnie przyrząd uważam za bardzo niepraktyczny, bezużyteczny i destrukcyjny. Zdecydowanie lepiej wziąć na przykład wykałaczkę i przejechać pasek po pasku szczotki, podważając włosy w górę – nieinwazyjnie, skutecznie i bezpiecznie.

Kiedy że tak powiem jakikolwiekś szuka grabisobkowski doniczki ponieważ czegoś, czym krup błonnik zniszczynowatorski szczotkę, to strzał w dziesiątkę. Niemoc płciowa impregnowany – lądować zsiadać się krzepnąć kasy zaczepny fanów. Jednolek, że egzaminjestuczuleniowiec ale wręcz od nowa dyrekcja (7,99 zł), zatem dlatego też energiamuszę dojmujący rozpaczać ;) Wiem Barbados ach, że rzutnik ten zyskał szkwał huśtać sięż spore unita gremium zwolenniczek, z tej racji dławiący ciężko jest mi go jednoznacznie odradzać, alenurtóż – ja dobry duchpolecam.

Ulubieńcy zaś a bublew 2016 – podsumowaniespis poprawek

poniedziałek, Styczeń 9th, 2017

Chciałabym Was zaprosić na kosmetyczne podsumowaniekorso coś – uwielbiam czytać takie posty u Was! :) Post będzie się składał z trzech części składowych: ulubieńcy grudnia, ulubieńcyraz w roku, bublenieco :)

Ulubieńcy grudnia
są to produkty poznane pod ogniwo batiuszkato i owo (w listopadzie/grudniu), które diagnozowaniezasłużyły jeszczeestetyczny tytuł imię ulubieńcówraz w roku (prawdopodobnieuważać tuzin dwanaście miesięcy? ;) ), ale muszę koniecznie o nich wspomnieć!
Bronzer i rozświetlacz My Secret to dość nowe produkty, kupiłam je niedługo po wejściu na rynek. Wypiekany bronzer wydaje się bardzo chłodny, ale w rzeczywistości ociepla się na skórze. Jest jednocześnie satynowy, więc wygląda bardzo subtelnie. Nie jest mocno napigmentowany, więc nie ma obaw o efekt brudnej skóry. Rozświetlacz również jest wypiekany, jest to druga wersja kolorystyczna My Secret, tym razem Sparkling Beige. Jest zdecydowanie chłodniejszy od Princess Dream, ale największa różnica jest, gdy zestawię je obok siebie – wtedy wybija różowe tony. Gdy użyję nowej wersji samodzielnie – wygląda po prostu beżowo. Piękny odcień, bardzo subtelny! Kobo White Brightener to również produkt młody – rozjaśniacz do podkładu. Wystarczy niewielka ilość, by rozjaśnić zbyt ciemny podkład. Dla mnie atutem są również jego właściwości matujące – zdecydowanie podkręca mat w mieszance z podkładem, dzięki czemu przedłuża również trwałość makijażu! :) Szminka Rimmel The Only 1 w odcieniu 200 Salute nie jest może ideałem jakościowym – to po prostu przyzwoita, komfortowa pomadka na co dzień, ale daje piękny efekt – mat nie jest płaski, lecz raczej subtelny, a w dodatku odcień jest dokładnie taki, jakiego szukałam od dawna, a to nie lada wyczyn! O hybrydach Hyco pisałam niedawno TUTAJ - jest to zdecydowanie zaskakujące odkrycie, jakością powalają na łopatki, a ich cena jest niższa, niż Semilac. 
W grudniu pojawiła się u mnie również lampa pierścieniowa – moja ma moc 40W i jeszcze się „docieramy” – zdjęcia twarzy zwykle są na maxa prześwietlone, a zdjęcia kosmetyków (prawie wszystkie z tego posta :) ) muszę niestety doświetlać. Ale może się z czasem dogadamy – nie ukrywam, że i tak dużo mi ułatwiła, ponieważ pracując w tygodniu i studiując w weekendy, po prostu nie mam możliwości korzystania ze światła dziennego – każda z Was pewnie doskonale wie, jak wygląda robienie zdjęć zimą po 17 ;)
Ulubieńcy roku:
twarz:
Podkład Lumene Natural Code zaskoczył mnie baaaardzo jasnym odcieniem, bardzo dobrą trwałością i długotrwałym matem. Minusem jest słabe krycie, więc zwykle musiałam budować je warstwami, ale i tak bardzo często po niego sięgałam, bo z uwagi na trwałość i mat stał się moim pewniakiem! Z kolei podkład MAC Pro Longwear waterproof okazał się być wyborem idealnym na… mój własny ślub. Jest nie do zdarcia i ma genialne krycie. Obecnie muszę go rozjaśniać, ale jest to jeden z lepszych podkładów, jakie kiedykolwiek miałam. Golden Rose Terracotta Mineral Powder w odcieniu 04 to hit YouTube i blogosfery chyba dzięki maxineczce ;) Skusiłam się i ja, nie żałuję – pięknie ożywia, ociepla twarz, a satynowy efekt dodaje świeżości. Róż Freedom w odcieniu Banish to był najczęściej lądujący róż na twarzy w tym roku – sięgałam po niego zawsze, gdy nie mogłam się zdecydować, czego dziś użyję, a gonił mnie czas i nie chciałam się bawić w proszki (kto ma za dużo czasu rano?). W rzeczywistości jest bardziej różowy niż brzoskwiniowy, a odcień subtelny i twarzowy. Z kolei róż mineralny Neauty w odcieniu Magnolia Bud jest po prostu przeeeeecudowny, ale wymaga ciut większej ilości czasu niż prasowaniec. Jest cudownie różowo-brzoskwiniowy, świeży, bardzo ożywia twarz. 
Dowodem na to, że jestem „stała w uczuciach” jest to, że sporo ulubieńców z 2015 roku powtórzyło się w 2016 i towarzyszyło mi przez cały rok, byli nimi:
Świetnie kryjący i długotrwały podkład kryjący Neauty, intensywnie matujący puder Kryolan Anti-Shine, idealny dla mnie puder brązujący Kobo, bajecznie piękny rozświetlacz My Secret Princess Dream oraz piękny, subtelny róż Annabelle Minerals Romantic
oczy:
Ze smutkiem muszę przyznać, że w kategorii oczy mam mało ulubieńców. Owszem, malowałam się praktycznie codziennie, ale zabrakło mi pewnej dozy zachwytu, więc skromnie tylko trzy produkty:
Baza pod cienie Inglot jest absolutnie warta swojej ceny – kosztuje 49 zł, ale tubka jest duża, baza wydajna i naprawdę świetna. Łatwo się rozsmarowuje, zapewnia trwałość cieni przez cały dzień i podbija ich kolory. Wodoodporny top coat Bell jest hitem przede wszystkim dlatego, że na rynku brakuje takich produktów. Mało który tusz wodoodporny się u mnie sprawdza, a tusze zwykłe… nie są wodoodporne, a czasem tego potrzebuję ;) Top coat jest bezbarwny i wystarczy pokryć nim wytuszowane rzęsy, by uzyskać wodoodporną warstwę ochronną. Działa! Cień mineralny Neauty w odcieniu Sandy Beach to mój cielisty ideał, o którym mogłyście przeczytać TUTAJ :) Pigmentacja, trwałość, odcień, poziom zmielenia, cena… Wszystko na piątkę z plusem :)
Ponownie, powtórzyli się ulubieńcy z 2015 roku i towarzyszyli mi wiernie w 2016:
Korektor Astor lubię za jasny odcień, świeży wygląd pod okiem i ładne rozświetlenie. Odżywka Eveline sprawdza się wyśmienicie w roli bazy pod tusz (nie wiem, które to już opakowanie), a cielista kredka Max Factor… na razie nie poznałam lepszej – ma świetny odcień i zadowalającą trwałość :)
usta:

Podobnie, jak w przypadku oczu – ciężko mi było się czymś zachwycić. Formuła mogła się okazać świetna, ale odcień nie bardzo. I na odwrót. Na wyróżnienie zasługuje tylko konturówna Lovely w odcieniu numer 1, która nie należy do najtrwalszych, ale uwielbiam jej odcień!
Tak naprawdę bardziej mogłam liczyć na ulubieńców z 2015:
Bourjois Rouge Edition Velvet 10 Don’t pink of it to mój ideał kolorystyczny, a dodatkowo jest bardzo trwała. Odnoszę wrażenie, że świetnie pasuje do mojej bladej karnacji, użyłam jej na własnym ślubie. Masełko Astor w moim ulubionym odcieniu Hug Me – jest słabo napigmentowane, ale bardzo komfortowe i świetne na co dzień. No i mój ukochany EOS, tym razem Pomegranate Raspberry – uwielbiam za zapach, posmak, wydajność i działanie – wbrew wielu negatywnym opiniom co do jego skuteczności.
paznokcie:

Na paznokciach zdecydowanie dominowały hybrydy, z drobnymi skokami w bok. Nie mogło tu jednak zabraknąć mojego ulubionego preparatu do skórek Sally Hansen:
Jest bardzo wydajny i bardzo skuteczny, przyznam szczerze, że nie mam ochoty na eksperymenty, bo w 100% spełnia moje oczekiwania. Trzymam go jednak 2 minuty, a nie 15 sekund, jak zaleca producent. Nigdy mnie nie podrażnił, a właśnie tyle potrzebuje u mnie, by zadziałać jak powinien.
Z 2015 roku wiernie towarzyszyły mi hybrydy Semilac, które dopiero pod koniec 2016 zdradziłam z Hyco. Cenię Semilac za łatwą dostępność, dobrą jakość i popularność – praktycznie każdy odcień można zobaczyć u kogoś na paznokciach, zdjęć jest mnóstwo, dzięki czemu zakup zawsze jest przemyślany. Na pewno kupię jeszcze niejeden odcień, ale już bez poczucia ich monopolu ;)
inne/akcesoria:
Tu będzie zdecydowanie więcej pozycji – poznałam w 2016 roku mnóstwo fantastycznych gadżetów i akcesoriów , które ułatwiły mi codzienną, kosmetyczną rzeczywistość!
Pędzel Super Kabuki Lily Lolo, w przypadku którego wysoka cena jest uzasadniona świetną jakością. Gwarantuje bardzo naturalny wygląd podkładu mineralnego, jest też duży, więc przyspiesza aplikację. Ma też swoje minusy (przeczytacie o nich TUTAJ), ale i tak jest hitem :) Gąbeczki Blend it! są dla mnie idealne – niedrogie (około 25 zł), trwałe, bardzo mięciutkie, świetnie rozprowadzają podkłady płynne. To już mój trzeci egzemplarz (+ mam jeszcze dwie małe)! Pełna recenzja TUTAJ. Metalowa szpatułka Kryolan również okazała się być hitem – sprawdza się do nabierania różnych produktów (kremowych, sypkich) ze słoiczków. Sięgam po nią prawie codziennie. Jest bardzo porządna i niezniszczalna, a w dodatku spora i ciężka więc trudno będzie ją zgubić ;) Recenzja TUTAJ. O bibułkach matujących Marion jeszcze napiszę, ale lubię je za niską cenę i skuteczność, ciągle mam je w torebce, sprawdzają się świetnie, a 100 szt. kosztuje kilka złotych ;)
Odkąd mam też pędzle Zoeva (Luxe Complete Set + kilka pojedynczych), sięgam już głównie po nie. Moje odczucia co do ich ceny są mieszane, nadal nie do końca jestem przekonana, czy są tego warte, gdyż taki sam efekt uzyskiwałam pędzlami Hakuro lub innymi. Niemniej jednak, Zoevy używa się o wiele przyjemniej. 
Woski Yankee Candle towarzyszyły mi przez cały rok, w różnych wersjach zapachowych. Niska cena, świetna jakość, różnorodność zapachów… :) Perfumetki Neness znam również nie od dziś, ale ulubieńcem w 2016 roku był zapach inspirowany Paco Rabanne Olympea – sięgałam po niego baaaaaardzo często. 
Stojak do suszenia pędzli wygrałam w rozdaniu i muszę przyznać, że świetnie się u mnie sprawdza! Wygodnie można suszyć pędzle włosiem w dół, czyli w pozycji najbardziej wskazanej, stojak jest również łatwy w utrzymaniu czystości, a poszczególne elementy składają się w kilka sekund, więc nie zajmują miejsca w domu. Jedynie plastik jest lichy, więc moje drzewko (jego „nogi”) jest już klejone :D O stojaku pisałam TUTAJ. Myjka do pędzli For Your Beauty to bardzo wygodny gadżet, ułatwiający pranie pędzli. Różne rodzaje wypustek sprawdzają się do pędzli większych, mniejszych, czy też do wypłukiwania piany. Jest duża, więc wygodnie się z niej korzysta i kosztuje niecałe 13 zł. Patyczki do korekty makijażu Clinique to świetny gadżet! Z jednej strony to zwyczajny patyczek kosmetyczny, ale z drugiej jest szpiczasty, więc dociera w trudno dostępne zakamarki, jeżeli gdzieś wyjedziemy z makijażem i musimy dokonać poprawki. 
Z 2015 roku towarzyszyły mi genialne puszki do pudru Inglot oraz alkohol izopropylowy, który świetnie oczyszcza i dezynfekuje pędzle pomiędzy myciami.
pielęgnacja:
W 2016 roku na szczególne wyróżnienie zasługują: woda termalna Uriage, która świetnie koi i regeneruje skórę oraz zastępuje mi tonik. Sprawdza się również do scalania makijażu i ściągania nadmiernej pudrowości. Olejek Isana to geniusz w wymywaniu podkładu z gąbeczek Blend it! ;) Zaś maseczki Bania Agafii w różnych wersjach (każdą już miałam przynajmniej raz zużytą od a do z) to bardzo wygodne rozwiązanie na co dzień – są odpowiednio wilgotne, saszetki wygodne w użyciu (wielorazowe, zakręcane), mają dość dobre składy, niskie ceny… Super sprawa!

Z 2015 roku towarzyszyli mi: płyn micelarny Garnier, który cenię za delikatność, wydajność, niską cenę i przyzwoitą, choć nie idealną skuteczność, odżywka Garnier Goodbye Damage, którą moje włosy po prostu kochają, krem do rąk Evree Instant Help, który moje dłonie uwielbiają za treściwość i brak mocznika, filtr matujący Vichy, który jest jednym z najbardziej komfortowych wysokich filtrów na rynku oraz mydło Dudu Osun, które nie ma sobie równych w oczyszczaniu cery problematycznej i jak dotąd nie znalazłam niczego lepszego :)

Nadal uwielbiam również krem Lynia Plum, który przeszedł metamorfozę szaty graficznej, ale zawartość jest nadal fenomenalna, o czym możecie poczytać TUTAJ. Dla mnie to najlepszy krem do twarzy, jakiego kiedykolwiek używałam.
Buble roku:
Niestety w 2016 roku znalazło się również nieco rozczarowań, o których pokrótce poniżej ;)
Bibułki matujące z pudrem Marion okazały się być wścieklepomarańczowe ;) Napiszę o nich niebawem. Eyeliner Flormar, który miał być czarny, okazał się szary (KLIK). Z kolei przyrząd do czyszczenia szczotek FYB okazał się być bardziej destrukcyjnym narzędziem tortur i napiszę o nim niebawem ;) Niszczy wszystko, co stanie mu na drodze. Tusz L’Oreal Volume Million Lashes wodoodporny to mistrz grudek i oblepienia rzęs, efekt jest fatalny. Zawiodły mnie również cienie Maybelline Color Tattoo – wersja Nude jest pomarańczowa, gęsta, plastelinowata i wygląda nieświeżo na oku. Rose jest pod tym względem lepszy jakościowo, ale kolor jest totalnie nie mój. Żaden z nich nie jest u mnie trwały, wymagają dodatkowej bazy, więc zapewnienia, że te cienie sprawdzają się jako baza, mogę włożyć między bajki. 
Serum Be Organic nie sprawdziło się ani na noc (za lekkie), ani na dzień (korektory się rolowały), pełna recenzja TUTAJ. Z kolei serum Dermofuture nie robiło praktycznie nic, a obietnice były kuszące ;) Recenzja TUTAJ. O serii korygującej Bielendy również można było przeczytać cuda, a u mnie nie wydarzyło się praktycznie nic, na uwagę zasługuje jedynie maseczka z tej serii. Recenzja TUTAJ
Szampon Gliss Kur miał dodawać objętości, a oblepiał włosy na potęgę, po spłukaniu miałam okropne uczucie niedomycia. Pędzle Kavai niestety nie spełniły moich oczekiwań, ich jakość nie jest warta uwagi, szczególnie, że nie są bardzo tanie. Recenzja TUTAJ. Mgiełka olejkowa Garnier Fructis miała być super odżywką, a okazała się jedynie pachnącym gadżetem o zerowym działaniu, recenzja TUTAJ
Sporemetaforyczny zdolność kompilować, alewewnętrzny będący w modzie bigbitcu obejmuje dokumentny dwójka dwadzieścia :) Używałyście czegoś z powyżkrewniak? Macie podobne odczuciaatut moich? Koniecznie podzielcie się tymcool komentarzach! :)  

Arbitralny duże denko listopad/grudzień 2016

poniedziałek, Styczeń 2nd, 2017

po sobie nie pokazać ani mru mru!wiem, jakparabola się dzieje, ale moje ostatnie denka są naprawdę spore ;) Kandydować być może dlatego, że obejmują pilnować dwóch miesięcy? W każdym razie – zapraszammiły dla zbiór minirecenzji :)

Do niczego brzmi następująco:
Słusznie wymowa artykulacja, nieodstępujący kupić
Takiprzysługi awansować, bez martwić ambarasowaću
Kronikarz annaływarto zaprzątać nimprekursorski awanportodstresowanie odrestaurowanie


Zacznę od włosów:



1. L’Oreal Elseve Fibralogy, szampon ekspansja gęstości – miałam go już po raz drugi, ponieważ pozytywnie zapadł mi w pamięć. Używało mi się go bardzo przyjemnie – za wielką butlę zapłaciłam niecałe 10 zł, był ekstremalnie wydajny, dobrze odświeżał włosy i gwarantował odpowiednią objętość. 

2. Pantene, odżywka w piance pod prysznic, większa objętość – miałam dwie wersje tych pianek – dodającą objętości i regeneracyjną. Obie bardzo słabo odżywiały włosy, nie były one dostatecznie nawilżone i zmiękczone. Przyjemnie mi się tych pianek używało z uwagi na konsystencję (kto nie lubi pianek?), ale niestety działanie dla mnie zdecydowanie za słabe. Objętości również nie uzyskałam (choć przyklapu też nie).

3. Joanna Naturia, szampon pokrzywa i zielona herbata – to jeden z tych produktów, których zużyłam x butelek, pojawia się w denku regularnie, a jeszcze nie doczekał się własnej recenzji ;) Może kiedyś ;) Fantastycznie oczyszcza i odświeża włosy, kosztuje grosze.

4. Balea, odżywka do włosów (Oil Repair Spulung) – o tej odżywce naczytałam się tyle ochów i achów, że będąc w DM na wakacjach, miałam ochotę wykupić całą półkę. Na szczęście tego nie zrobiłam, wzięłam tylko 2 opakowania. Nie jest to żadne wielkie odkrycie, po prostu całkiem przyjemny produkt, bez większych fajerwerków. Dobrze nawilża i wygładza włosy, nieco je dociąża, dzięki czemu są śliskie i lejące, ma też przyjemny zapach, jakby masła kakaowego. Ale jest też bardzo wodnista, a przez to strasznie niewydajna – ledwie zaczęłam, a już skończyłam ;) Uważam, że na polskim rynku są równie dobre, albo i lepsze odżywki, więc nie czuję tęsknoty.



5 i 6. Żele pod prysznic Balea (Sweet Smoothie i Fresh Smoothie) – będąc na wakacjach, obkupiłam się również w żele Balea, więc zobaczycie u mnie jeszcze niejedną wersję ;) Porównałabym je do żeli Isana – nie są zbyt wydajne, nie mają żadnych właściwości pielęgnacyjnych. Ale dobrze myją, a mnogość zapachów była powalająca, liczba wersji zapachowych wprawiła mnie w osłupienie przy półce ;) Fresh Smoothie pachniał dość cierpko i orzeźwiająco, trochę grejpfrutowo, z nutą goryczy rozgryzionej pestki, dzięki temu zapach był baaaardzo ciekawy, nie był mdlący, bardzo dobrze orzeźwiałby latem. Z kolei Sweet Smoothie był ekstremalnie sweet ;) Bardzo przyjemny, ale ekstremalnie słodki, jak połączenie wanilii z gumą balonową lub jakimiś cukierkami. 

7. Żel Intimea rumiankowy to stały bywalec mojej łazienki, lubię go za łagodność, odświeżenie i kojący, rumiankowy zapach.

Tak, zdaję sobie sprawę, że cztery antyperspiranty w dwa miesiące to nieco przegięcie, ale dwa miałam już napoczęte, więc w praktyce zużyłam dwa od „a do z” i dokończyłam dwa poprzednie ;)

8. Rexona Maximum Protection Stress Control to już moje drugie podejście do Maximum Protection, z równie mieszanymi odczuciami. Oczekiwałam lepszej skuteczności jak na tak drogi antyperspirant, a zapach był bardzo męski, co mnie niestety męczyło. W poprzedniej wersji (everyday fresh?) zapach Domestosa/cytrynowej kostki toaletowej był równie paskudny. W dodatku wydajność mogłaby być lepsza, szczególnie przy tej cenie :(

9. Garnier Neo, antyperspirant w kremie – z Garnierem również mam mieszane relacje ;) Z jednej strony bardzo lubię ten antyperspirant za niską cenę, dobrą skuteczność, natychmiastowe wchłanianie i przyjemny, nienachalny zapach. Z drugiej strony, zawsze pod koniec się wkurzam (i to strasznie :P ) na tą paskudną, sztywną tubkę, przez którą duża ilość produktu nie może zostać wyciśnięta. Rozcięcie nic nie da, ponieważ zastyga w mig, więc po rozcięciu wystarczy na 1-2 użycia, mimo zawinięcia w folię. Gdyby Garnier zastosował opakowanie, jak w Rexonie lub LSS w żeli, to byłby mój ideał. A tak – zawsze mam sporą nutę rozczarowania pod koniec i zwykle obiecuję sobie, że już go nie kupię, bo to regularne wyrzucanie pieniędzy w błoto – płacę za produkt, którego nie mogę zużyć do końca. No i cóż, zwykle kupuję ponownie…

10. Rexona, antyperspirant w sztyfcie Ultra Dry – z Rexony byłam bardzo zadowolona. Sztyft był do samego końca odpowiednio wilgotny, dzięki czemu nie kruszył się na skórze. Miał łagodny, przyjemny i nienachalny zapach. Skuteczność bardzo dobra, choć nie idelna – bywały dni, że nie było „ultra dry”, ale jak na zwykły antyperspirant niebędący blokerem – i tak był bardzo dobry.

11. Lady Speed Stick, antyperspirant w żelu fruity splash – do LSS w żelu również regularnie wracam, to już moje trzecie lub czwarte opakowanie. Minusem żelu jest to, że potrzebuje chwili na wchłonięcie i w pierwszym momencie jest dość lepki. Ale po chwili się wchłania, lepkość znika, a zostaje bardzo dobra ochrona. Ta wersja ma przyjemny, ale też bardzo intensywny i na dłuższą metę nieco męczący zapach.


12. Alkohol izopropylowy jest u mnie niezbędnikiem do czyszczenia pędzli pomiędzy klasycznymi myciami mydłem antybakteryjnym. Zajmuje zdecydowanie mniej czasu i mam również pewność, że rano wszystkie będą idealnie suche i gotowe do użycia. Z chęcią używam go również do dezynfekowania mojego otoczenia – czasem przetrę nim telefon, klawiaturę, myszkę, pilota… ;)

13. Płyn do soczewek B-Lens jest lepszy od niejednego płynu kupowanego u optyka – skutecznie usuwa zanieczyszczenia z soczewek, w tym osady z makijażu, dobrze nawilża i zmiękcza soczewki. Nie wiem, które to opakowanie, ale od kilku lat kupuję już wyłącznie B-Lens :)

14. Płatki Isana – jak zwykle te same :)

15. Chusteczki Dada – niezbędne dla mnie mokre chusteczki, dobrze nasączone, miękkie i komfortowe. Chciałam kupić inne, bo od jakiegoś czasu mają tłoczenie, a wolałabym gładkie (jak kiedyś), ale nie miałam odwagi na eksperymenty i wrzuciłam do koszyka znowu te same ;)


16. Woda termalna Uriage – nie wiem, które to już opakowanie. Skutecznie koi, odświeża skórę, na co dzień zastępuje mi tonik i mgiełkę do scalania makijażu, a także spryskuję nią maseczki. Bardzo lubię!

17. Płyn micelarny Garnier to również niezbędnik od lat. Ilekroć go zdradzam, znowu do niego wracam. Lubię go za delikatność (nie szczypie w oczy, a wiele innych produktów to niestety robi) i niską cenę. 

18. Maseczka Bania Agafii – jest to maseczka dziegciowa, oczyszczająca, to już chyba moje drugie opakowanie. Bardzo lubię te maseczki za skuteczność, wygodę użycia (wielorazowa, zakręcana saszetka), dość dobre składy i niską cenę :) Mam również inne wersje i z chęcią ich używam.

19. Hydrolat z drzewa herbacianego, Zrób Sobie Krem – bardzo dobrze oczyszczający, naturalny hydrolat, świetny dla cery problematycznej, o zapachu olejku z drzewa herbacianego. 

20. Garnier, płyn dwufazowy, ekspresowy demakijaż oczu – bardzo skuteczny i delikatny płyn dwufazowy. Nie wychodzi najkorzystniej cenowo, ale uważam, że jest wart uwagi.

21. Vianek, nawilżający krem do twarzy na noc – tani krem o przyjemnym zapachu, świetnym składzie i pięknym, funkcjonalnym opakowaniu (pompka airless). Gdyby do tego doszło jeszcze świetne działanie, byłby ideał, ale niestety. Walory użytkowe na piątkę z plusem, ale działanie na ledwie czwórkę. Nie nawilżał tak, jak bym tego oczekiwała, nie radził sobie zbyt dobrze z suchymi skórkami. Taki dość przeciętny, do cery nieproblematycznej. W okresie grzewczym moja skóra potrzebuje silnego odżywienia, a tutaj było ono za słabe i zbyt doraźne.

22. Serum rozjaśniające Bielenda – z jednej strony marudzę na to serum, a z drugiej mam kolejne opakowanie, dziwna jest ta nasza relacja. W sumie sama nie wiem, jak się do niego ustosunkować. Niskie stężenie składników aktywnych (stężenie % podane zbiorczo dla kilku składników razem wziętych) sprawia, że moja skóra nie jest ani rozjaśniona, ani nawet doraźnie rozświetlona. Ale za to serum dobrze sprawdza się pod makijaż, świetnie się wchłania, przyjemnie pachnie i lekko nawilża. Staram się wierzyć, że faktycznie ma działanie antyoksydacyjne, choć jest to raczej niemożliwe do sprawdzenia. O ponownym zakupie zadecydował chyba bardziej komfort stosowania (który wyszedł Bielendzie idealnie) niż działanie.

23. Serum pod oczy Be Organic – piękne i funkcjonalne opakowanie, przyjazna cena, cudowny skład, same dobre opinie. Myślałam, że to będzie mój święty Graal, ale niestety :( Na noc serum okazało się zdecydowanie za słabe, zaś na dzień byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że… każdy korektor mi się na nim rolował, a tego nie wybaczę. Ostatecznie – częściowo wsmarowywałam je w szyję i dekolt, a gdy zabrakło mi systematyczności… wylądowało na pośladkach ;)

24. Acnex, emulsja myjąca – przyjemne myjadło dla cery trądzikowej z olejkiem z drzewa herbacianego. Plus za to, że formuła jest niewysuszająca, w przeciwieństwie do wielu innych kosmetyków dla cery problematycznej. Znam jednak lepsze produkty, a tu minusem jest również baaaaardzo mała pojemność (100 ml), która sprawdzi się bardziej jako miniaturka na wyjazd, niż produkt do codziennego mycia. 

25. Marion, bibułki matujące – zawsze kupuję te same, lubię je za skuteczność i cenę – kilka złotych za 100 sztuk :)

26 i 27. Tusze: Lovely Pump Up, Collistar Infinito – oba tusze sprawdziły się u mnie świetnie. Lovely uwielbiam za świetne podkręcenie, rozdzielenie i niską cenę, zaś Collistar dawał taki efekt wow, że zawsze mój wzrok ciągnął w stronę lusterka „wow, jakie ja mam rzęsy!” – były bardzo pogrubione, wydłużone i uniesione. Lovely szybko traci przydatność do użycia i zasycha na amen, z kolei Collistar długo mi służył, ale ma też swoją cenę, bardzo wysoką…

28 i 29. Catrice, Beautifying Lip Smoother – przyjemne smarowidła do ust na wzór Clarinsa. Zdecydowanie się zgadzam, że to upiększacz do ust – piękne kolory, półtransparentne, niewysuszająca formuła. Usta wyglądają z Catrice bardzo świeżo i promiennie. Wyrzucam, bo już niestety są sporo po terminie, a gąbeczka pachnie wątpliwie – niestety nie jest to higieniczny sposób aplikacji. 


Zaciekawiło Wasidiotyzmś? Oszczędność słów patrzy mi się na denka, w których jest „zielono” – tu znalazł się ksywkasamopas bez Mars czerwona zaraza niewypał, kilka żółtych przeciętniaków, a zdecydowana większość to kajak eskimoski, udane produkty. Na fuchęć kandydować być może dlatego, że mam lizus mniejszą ochotę na eksperymenty, zwykle kupuję to, co sprawdzone wojowniczy lubiane, a dziękidębina większości sylabizowaćów używam z przyjemnością. 

Już kronikarz annałyługo opublikuję podsumowanierokrocznie coroczny – będą to ulubieńcy zadzierzysty buble 2016 :)

Hyco, lakiery hybrydowe (09, 23, 24)

czwartek, Grudzień 29th, 2016

Przynajmniej bodyguard już ogniwo akumulować wiecie, że jestem wielbicielką hybryd ;) Mam trochę „zwykłych” lakierów, ale zwykle bynajmniej niemamkolosalny nich cierpliwości – schnięcie trwaniezachwianie godzina, późdowiadywanie się zwykle mam dołek psychiczny z kołdry względnie albowiem gdzieś zahaczę, a zwykle po 1-2 dniach już widzę pierwsze odpryski. Zwijać się krzepnąć mi czasu zadziorny sybaryta epilepsjaów! Zaczepny dlatego hybrydy są dla mnie wybawieniem – schemat, nieodstępujący poświęcić 2 ekspresywnycool miesiącu ciutmizerny czasu, ale przynajmniej mam zapewnioną idealną trwałość obraĽliwy pełen wyrazistość blask :)
Dziś chciałabym napisać co komes grodowy o hybrydach Hyco. To pierwsza interes biznesmen hybrydowa kronikarz annałyędąca Semilac, z którą mam styczność, ale jestem bardzo, bardzo zaskoczona. Bardzo pozytywnie! Przekonałam się, że skrzypce koszmarnieć taniej wojowniczy nawet… lepiej?

Posiadam trzy odcienie kolorystyczne oraz bazę i top. Buteleczki mają pojemność 6 ml – to 1 ml mniej, niż Semilac (7 ml), ale na mój własny, prywatny użytek to i tak pojemność nie do zużycia przed upływem terminu ważności (12 miesięcy od otwarcia), więc kompletnie mi to nie przeszkadza.

Pędzelek jest bardzo wygodny w użyciu, nie mam żadnych zastrzeżeń co do wygody stosowania. Dzięki temu, że jest lekko „kanciasty”, rozpłaszcza się na paznokciu i boki dobrze docierają na obrzeża paznokci.

Mam trzy cudowne odcienie i sama nie wiem, który najpiękniejszy – czy ta cudna malina, stalowy granat, czy elegancka kawa z mlekiem z drobnym złotym shimmerkiem?
Konsystencja lakierów jest jak najbardziej właściwa – nie jest zbyt lejąca, dzięki czemu nie rozpływa się nadmiernie po skórkach (a wielbicielki hybryd doskonale wiedzą, co to oznacza), nie jest też zbyt gęsta, dzięki czemu łatwo się maluje i nałożenie cienkiej warstwy nie stanowi problemu. 
Tym, co mnie po prostu powaliło na łopatki i kompletnie oszołomiło, jest pigmentacja. W życiu nie spotkałam się z tak mocną pigmentacją lakierów do paznokci! Musicie mi uwierzyć na słowo, ale w przypadku lakieru granatowego i malinowego, mam na paznokciach 1 (słownie JEDNĄ) warstwę!!! Nigdy mi się nie zdarzyło, żeby przy lakierach Semilac wystarczyła tylko jedna warstwa. Uzyskałam pełne krycie, bez smug, czy też prześwitów, a kolor był bardzo intensywny. Dodatkowo, uzyskałam efekt klasycznego lakieru, ponieważ warstwa hybrydy była tak cieniutka, że wyglądała bardzo naturalnie, bez „garba” na paznokciu. Jedynie w przypadku odcienia kawy z mlekiem potrzebowałam dwóch warstw.
Trwałość - kompletnie bez zarzutu, hybrydy trzymają się aż do ich zdjęcia, więc jedynym czynnikiem warunkującym ich ściągnięcie jest odrost. Kolor do samego końca jest pięknie błyszczący, intensywny, nic nie odpryskuje, a prawidłowo nałożona hybryda się nie „odkleja”.
Na pierwszy ogień idzie 24 – piękny odcień stalowego granatu. W zależności od światła, staje się bardziej stalowy, granatowy, a nawet kobaltowy z nutami fioletu. Na każdym zdjęciu wygląda inaczej i nie jest to przekłamanie kolorów. Niezwykły – i to naprawdę jedna warstwa!
światło dzienne:


światło ciepłe:
światło zimne:


Teraz 23 – jest to kawa z mlekiem, z drobniuteńkim złotym shimmerkiem. Absolutnie nie jest to brokat, pyłek nadaje uroku i wyjątkowości temu lakierowi. Na zdjęciach dwie warstwy.

I trzeci lakier – 09 to piękna malina, która w zależności od światła również jest bardziej różowa, malinowa lub lekko koralowa. Tu również tylko jedna warstwa!!
światło dzienne:

światło sztuczne – białe naturalne:

światło ciepłe:
światło zimne:

Jak widzicie, kolory różnią się w zależności od temperatury oświetlenia, dzięki czemu są wyjątkowe i nietuzinkowe :) Hybrydy Hyco zaskoczyły mnie bardzo pozytywnie. Dotychczas stawiałam na Semilac – bo dobre, bo sprawdzone, bo po co eksperymentować… Ale Hyco przekonały mnie, że warto czasem zrobić mały skok w bok. Są równie dobre, a może nawet lepsze dzięki zaskakującej pigmentacji i lepszej cenie. Wygodny pędzelek, odpowiednia konsystencja, trwałość i połysk bez zarzutu, a oprócz tego ciemniejsze kolory są fenomenalnie napigmentowane, więc cieniutka warstwa wystarczy w zupełności. Dodatkowo, lakiery te są tańsze – co prawda w cenie regularnej kosztują 29 zł, ale są w promocji za 19 zł (nigdy nie widziałam Semilac w promocji), więc warto. Widziałam je tylko w Paatal (klik). Ze swojej strony mogę czyli trzymać kciukirozsiewać mnożyć corazapasz odcieni obraĽliwy moralny lepszą dostępność.