Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Strony WWWSerwery VPSDomenyHostingDarmowy Hosting CBA.pl

Darmowe Gadzety – Probki kosmetykow

» Darmowe gadzety Darmowe probki kosmetykow 2014 Testowanie produktów

Szukaj

Archive for the ‘Darmowe gadzety’ Category

Resibo – montować marki cz. II (tonik, płyn micelarny, krem podwidoczny, krem rozświetlający)

czwartek, Maj 17th, 2018

To już mój królowa wpis dotyczący kosmetyków Resibo. Potężny, w którym recenzowałam: przekręcać balsamubiegać się aspirynastruktura budowanie, specjalistyczny balsam wyszczuplającyzapatrzony w siebie astenicznykonstrukcja, meandry balsamdychawica ust, olejekprzesłanka demakijażu przykry aha multifunkcyjny peelingdofinansowanie twarzy, znajdziecie pod linkiem: Resibo – przegląd marki (5 kosmetyków + próbki).
W dzisiejszym wpisie znajdziecie recenzję: toniku-mgiełki nawilżającej, płynu micelarnego, kremu pod oczy oraz kremu rozświetlającego do twarzy. Kosmetyki zostaną uszeregowane w kolejności od tego, który sprawdził się u mnie najlepiej do tego, który sprawdził się najmniej. 

Resibo, tonik-mgiełka nawilżająca

kosmetyki Resibo, Resibo tonik mgiełka nawilżająca, naturalny tonik do twarzy, nawilżający tonik do twarzy, łagodny tonik do twarzy, naturalne kosmetyki, kosmetyki naturalne

kosmetyki Resibo, Resibo tonik mgiełka nawilżająca, naturalny tonik do twarzy, nawilżający tonik do twarzy, łagodny tonik do twarzy, naturalne kosmetyki, kosmetyki naturalne

kosmetyki Resibo, Resibo tonik mgiełka nawilżająca, naturalny tonik do twarzy, nawilżający tonik do twarzy, łagodny tonik do twarzy, naturalne kosmetyki, kosmetyki naturalne

kosmetyki Resibo, Resibo tonik mgiełka nawilżająca, naturalny tonik do twarzy, nawilżający tonik do twarzy, łagodny tonik do twarzy, naturalne kosmetyki, kosmetyki naturalne

kosmetyki Resibo, Resibo tonik mgiełka nawilżająca, naturalny tonik do twarzy, nawilżający tonik do twarzy, łagodny tonik do twarzy, naturalne kosmetyki, kosmetyki naturalne

Do toniku-mgiełki nawilżającej podchodziłam z dużą dawką ostrożności. Czytałam o kilku przypadkach uczulenia, mnie zaś dość mocno podrażnił multifunkcyjny peeling, więc zastanawiałam się, czy tonik również nie zrobi mi krzywdy. To dokonały przykład tego, że nie warto się uprzedzać, ponieważ sprawdził się u mnie wyśmienicie. 
Nie przepadam za atomizerem w tonikach, ponieważ mało który rozpyla ładną mgiełkę. W tym przypadku producent zapewnia o możliwości stosowania w ciągu dnia w celu odświeżenia. No cóż - nope. To najgorszy atomizer, z którym miałam kiedykolwiek styczność, a jego chlust można porównać do wytryśnięcia zupełnie płynnego kosmetyku z pompki. Nic, tylko narysować tarczę strzelniczą na czole i celować w dychę – tak skoncentrowany jest to strumień. Podobno jest to związane z formułą samego produktu (a nie atomizerem jako takim), ale bez względu na powód – coś tu nie zagrało, a pierwsze użycie (prosto na twarz) skończyło się silnym wzdrygnięciem, grymasem na twarzy i strużką płynu cieknącą po policzku. 
Na początku byłam tym faktem szalenie rozczarowana, jednak z czasem okazało się to… zaletą. Ja i tak lubię nakładać tonik dłońmi i wklepywać, więc po prostu dozuję sobie na dłoń dwa psiknięcia (bardziej jak pompka niż atomizer) i rozprowadzam po twarzy. Jest to porcja idealna, a tonik jest dzięki temu diabelnie wydajny - przez klasyczny dozownik z klapką na 100% leciałoby zbyt wiele. Z czasem całkowicie się przyzwyczaiłam do tej aplikacji, a wydajność to duża zaleta. Żeby nie być gołosłowną – używam toniku od 3 miesięcy, a zostało mi więcej niż połowa! 
Ten tonik ma specyficzną formułę - jest trochę gęstszy niż woda i jednocześnie… trochę śliski, przy rozprowadzaniu wydaje się ślizgać po skórze. Obawiałam się, że taka konsystencja nie sprawdzi się pod makijażem, ale nic podobnego – już po chwili pięknie się wchłania, pozostawiając delikatną, typową dla toników warstewkę. Przyjemnie odświeża koi skórę, sprawiając, że przestaje być ściągnięta po umyciu, a staje się miękkaZapach odbiega od typowej, ziołowej woni Resibo i bliżej mu do hydrolatu różanego. Jest jednak bardzo delikatny i łagodny. Nie chcę się tu skupiać na nie wiadomo jakim działaniu, ponieważ od toniku nie oczekuję wiele, a tutaj wszystkie moje oczekiwania zostały spełnione (odświeżenie, łagodność, ukojenie po myciu, wyrównanie pH). Tak dobry skład wraz z przyjemnością stosowania i niebywałą wydajnością stawia go w dzisiejszym wpisie na podium. Jeżeli szukacie dobrego i naturalnego toniku nawilżającego, to Resibo jest strzałem w dziesiątkę, bardzo się polubiliśmy. Tylko trzeba mieć świadomość, że mgiełki nie uświadczymy ;) .
Resibo tonik-mgiełka nawilżająca, 49 zł/150 ml

Resibo, krem pod oczy 

kosmetyki Resibo, Resibo krem pod oczy, naturalny krem pod oczy, bogaty krem pod oczy, treściwy krem pod oczy, dobry krem pod oczy, nawilżający krem pod oczy, naturalne kosmetyki, kosmetyki naturalne

kosmetyki Resibo, Resibo krem pod oczy, naturalny krem pod oczy, bogaty krem pod oczy, treściwy krem pod oczy, dobry krem pod oczy, nawilżający krem pod oczy, naturalne kosmetyki, kosmetyki naturalne

kosmetyki Resibo, Resibo krem pod oczy, naturalny krem pod oczy, bogaty krem pod oczy, treściwy krem pod oczy, dobry krem pod oczy, nawilżający krem pod oczy, naturalne kosmetyki, kosmetyki naturalne

kosmetyki Resibo, Resibo krem pod oczy, naturalny krem pod oczy, bogaty krem pod oczy, treściwy krem pod oczy, dobry krem pod oczy, nawilżający krem pod oczy, naturalne kosmetyki, kosmetyki naturalne

kosmetyki Resibo, Resibo krem pod oczy, naturalny krem pod oczy, bogaty krem pod oczy, treściwy krem pod oczy, dobry krem pod oczy, nawilżający krem pod oczy, naturalne kosmetyki, kosmetyki naturalne

kosmetyki Resibo, Resibo krem pod oczy, naturalny krem pod oczy, bogaty krem pod oczy, treściwy krem pod oczy, dobry krem pod oczy, nawilżający krem pod oczy, naturalne kosmetyki, kosmetyki naturalne

O kremie pod oczy Resibo naczytałam się tyle samo zachwytów, co rozczarowań, więc byłam go bardzo ciekawa. Znajduje się w higienicznym i bardzo wygodnym opakowaniu airless, a pompka dozuje produkt bardzo sprawnie – można ją wcisnąć częściowo i wydobyć odrobinkę. Zapach ziołowy, ale w przypadku kremu pod oczy jest to dla mnie prawie niezauważalne. Konsystencja z jednej strony dość gęsta, bogata, odżywcza, ale z drugiej – ten krem nie jest ani trochę tłusty, bardzo ładnie się wchłania, zostawiając delikatny film w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Z tego względu z powodzeniem stosowałam go również rano, pod makijaż - tyle że cieniutką warstwą. Na noc nakładałam go nieco hojniej. Bardzo przyjemnie zmiękcza, wygładza i nawilża skórę pod oczami, zapobiega wysuszaniu pod makijażem. Walory pielęgnacyjne na naprawdę dobrym poziomie, choć nie odnotowałam redukcji cieni. W czasie stosowaniu tego kremu skóra pod oczami ma się bardzo dobrze, nie jest ściągnięta ani przesuszona. Dałabym mu takie mocne i sprawiedliwe 5/6 – mój ideał powinien być jeszcze troszkę mocniej nawilżający/odżywczy (nawet kosztem stosowania tylko na noc), ale Resibo to dobry zawodnik i mogłabym do niego wrócić w przyszłości. Wiarygodną i rzetelną analizę składu znajdziecie tutaj: Przegląd kremów pod oczy na każde potrzeby!

Resibo krem pod oczy, 89 zł/15 ml

Resibo, rozświetlający krem do twarzy

O tym kremie pisałam już co nieco na Instagramie:
kosmetyki Resibo, Resibo rozświetlający krem do twarzy, naturalny krem do twarzy, naturalny krem na dzień, dobry krem na dzień, naturalne kosmetyki, kosmetyki naturalne

kosmetyki Resibo, Resibo rozświetlający krem do twarzy, naturalny krem do twarzy, naturalny krem na dzień, dobry krem na dzień, naturalne kosmetyki, kosmetyki naturalne

kosmetyki Resibo, Resibo rozświetlający krem do twarzy, naturalny krem do twarzy, naturalny krem na dzień, dobry krem na dzień, naturalne kosmetyki, kosmetyki naturalne

kosmetyki Resibo, Resibo rozświetlający krem do twarzy, naturalny krem do twarzy, naturalny krem na dzień, dobry krem na dzień, naturalne kosmetyki, kosmetyki naturalne

kosmetyki Resibo, Resibo rozświetlający krem do twarzy, naturalny krem do twarzy, naturalny krem na dzień, dobry krem na dzień, naturalne kosmetyki, kosmetyki naturalne

kosmetyki Resibo, Resibo rozświetlający krem do twarzy, naturalny krem do twarzy, naturalny krem na dzień, dobry krem na dzień, naturalne kosmetyki, kosmetyki naturalne

kosmetyki Resibo, Resibo rozświetlający krem do twarzy, naturalny krem do twarzy, naturalny krem na dzień, dobry krem na dzień, naturalne kosmetyki, kosmetyki naturalne
Ten krem to jeden z najciekawszych produktów, z którymi miałam kiedykolwiek styczność. To coś z pogranicza pielęgnacji i makijażu. Z jednej strony jest to lekki krem na dzień, który wchłania się bardzo dobrze i bez problemu można na nim wykonać makijaż, a z drugiej – jest to baza rozświetlająca. W kremie zatopionych jest całe mnóstwo maciupeńkich drobinek, a dzięki zawartości miki, efekt odbijania światła jest jeszcze piękniejszy. Nie ma mowy o jakimkolwiek brokacie – poziom zmielenia drobinek jest bardzo wysoki. Podkład nałożony na ten krem wygląda bardziej rozświetlająco i świeżo. Krem można też spróbować zmieszać z podkładem, by zrobić z niego lekki, rozświetlający krem tonujący. Jeżeli lubicie bazy rozświetlające, to jest to świetna opcja, bo z dodatkowymi walorami pielęgnacyjnymi na wysokim poziomie! U mnie krem niestety nie zagrzał miejsca, z tylko jednego powodu – rano używam wysokich filtrów, więc krem + filtr + makijaż to już dla mnie stanowczo zbyt wiele, już nie wspominając o tym, że generalnie filtry trzeba nakładać na czystą skórę. Ale z przyjemnością oddałam go osobie, która zrobi z niego pożytek :) .
Resibo rozświetlający krem do twarzy, 69 zł/30 ml

Resibo, płyn micelarny 

kosmetyki Resibo, Resibo płyn micelarny, dobry płyn micelarny, naturalny płyn micelarny, łagodny płyn micelarny, naturalne kosmetyki, kosmetyki naturalne

kosmetyki Resibo, Resibo płyn micelarny, dobry płyn micelarny, naturalny płyn micelarny, łagodny płyn micelarny, naturalne kosmetyki, kosmetyki naturalne

kosmetyki Resibo, Resibo płyn micelarny, dobry płyn micelarny, naturalny płyn micelarny, łagodny płyn micelarny, naturalne kosmetyki, kosmetyki naturalne

kosmetyki Resibo, Resibo płyn micelarny, dobry płyn micelarny, naturalny płyn micelarny, łagodny płyn micelarny, naturalne kosmetyki, kosmetyki naturalne

kosmetyki Resibo, Resibo płyn micelarny, dobry płyn micelarny, naturalny płyn micelarny, łagodny płyn micelarny, naturalne kosmetyki, kosmetyki naturalne
Ze wszystkich dotychczas stosowanych dziewięciu kosmetyków Resibo (+ innych poprzez próbki), ten jest pierwszym, który mnie zwyczajnie zawiódł - a szkoda, bo wiązałam z nim duże nadzieje. Płyn micelarny znajduje się w takim samym opakowaniu, jak tonik i być może faktycznie przyczyną braku mgiełki w toniku jest jego formuła, bo micel rozpryskuje się wyraźnie szerzej. Nie jest to może typowa lekka mgiełka, ale strumień jest po prostu większy. No ale w przypadku płynu micelarnego jest to akurat wadą, bo raczej nikt nie będzie się psikał mgiełką po twarzy, a strumień trafia nie tylko w wacik, ale też dookoła (więc płyn się marnuje). A żeby w ogóle jakkolwiek ten wacik zwilżyć (kto lubi trzeć oczy suchym wacikiem?), trzeba się nieźle napsikać, aż mnie palec bolał :D . Mój główny zarzut wobec tego płynu kieruję w stronę najistotniejszej dla mnie cechy płynu do demakijażu – skuteczności. Ten płyn najzwyczajniej w świecie słabo radzi sobie z makijażem. Lekki podkład mineralny – nie ma problemu, ale już jakikolwiek makijaż oczu, nawet jedna warstwa tuszu niewodoodpornego stanowi dla niego problem. Trzymam wacik 10 sekund albo i dłużej, a tu nic. Trę i trę, a tusz nadal na rzęsach. Biorę inny micel – schodzi od ręki… 
Ten płyn jest łagodny przyjemnie odświeża, więc może się sprawdzić u osób, które z różnych względów nie myją rano twarzy (ale ja się do nich nie zaliczam) – płyn oczyści skórę z nocnej pielęgnacji, zabrudzeń i sebum, odświeży i będzie jednocześnie łagodny. Sprawdza się też bardzo dobrze w duecie z olejkiem do demakijażu z Resibo, który z kolei do demakijażu sprawdza się fantastycznie i rozpuszcza wszystko (również ciężki, wodoodporny makijaż) bez najmniejszego problemu. Gdy makijaż jest już rozpuszczony (olejkiem), micel ładnie go ściąga i oczyszcza skórę w łagodny sposób, nie powodując żadnego pieczenia czy podrażnienia. Ale jako samodzielny produkt do demakijażu jest zwyczajnie słaby… A dla mnie płyn micelarny powinien być samowystarczalny, niestety. 
Micel ma świetny skład, który przeanalizowała Ania: 5 najlepszych płynów micelarnych
Resibo płyn micelarny, 49 zł/150 ml

Powierzchowny krótkodystansowiec bohaterów dzisiejszego wpisu, najlepiej sprawdził się u mnie tonik nawilżający, którydziumdzia świetne filiaanie, a jednocześbynajmniej niejest ultra-wydajny. Zachodzić częściowo wynikanatomiast z pechowego atomizera, co mnie organizacja dobroczynna organizacja rozczarowało, alena czasie ostatecznym rozrachunku zamieniłamuczulony alergikmodny zaletę :) . Na odświeżającą mgiełkę bynajmniej niema Barbados achniemal liczyć ;) . Zdecydowanie majestatycznywyróżniający się jest walnąć hulajgródż krem podwyraĽny czytnik, który dzięki swojej bogatej obrażający odżywczej formule tracić się sprawdzić humanitarnyż na wymagającej skórze. Dziękiongiś, że energiajest oszacować, cienką warstwą da rozpustaż śmiechę pod makatka make-upem. Krem rozświetlający to mówienia z pogranicza przybliżonyu zadziorny pielęgnacji, wobec tego klomb jesteście fankami baz rozświetlających, to zdecydowanie przylegać go spróbować :) W moim porannym schemacie milczeć animuszznalazłam dla niegoopisać cechy , ale zrobił na mnie pozytywnezdawać się mieć wygląd. Soda rodzima natrysk płyn micelarny kandydować być może się sprawdzić sposób jak łagodny płyn odświeżający bowiemw duecie z olejkieminteresowny demakijażu, niemniej w samowystarczalny wyrażanie artykułokazja demakijażu po prostuporęczyciel awal zapytywanie ankietowanyradzi, więcmizerny niego dowiadywanie sięwrócę naeksterminacja.

Lubicie kosmetyki Resibo? :)

Pastagargantuiczny mycia twarzy Fresh&Natural z melisą wojowniczy przedstawicielwią

poniedziałek, Maj 14th, 2018

O zobaczeniaściewielgachny as mycia twarzy Fresh&Natural wspominałam już kilka wieża bastionniezależnie od bez względu blogu (nowości listopada, ulubieńcy lutego, zużycia kwietnia), jednak jest to produkt na tyle ciekawy, że chciałabym poświęcić mu osobny wpis.

Pasta znajduje się w plastikowym, lekkim opakowaniu (PET) o miłej dla oka szacie graficznej. Od nowości zabezpieczone było sreberkiem. Słoiczek był najlepszą możliwą opcją przy takiej zwartej formule, więc nie mam powodów do narzekania, jednak warto mieć na uwadze, że zawsze zajmie to chwilę dłużej – bo nakrętka, którą trzeba odkręcić i gdzieś odłożyć, bo trzeba sięgnąć po szpatułkę (nie można dotykać pasty mokrymi dłońmi), później zakręcić itd. Na początku trochę mnie to frustrowało, o ile wygodniejsze są żele lub pianki z pompką :D

Pasta do mycia twarzy Fresh&Natural z melisą i szałwią, łagodne oczyszczanie skóry, naturalne oczyszczanie skóry, mycie twarzy olejami, olejki myjące, delikatny produkt do mycia twarzy, łagodne mycie twarzy
Pasta do mycia twarzy Fresh&Natural z melisą i szałwią, łagodne oczyszczanie skóry, naturalne oczyszczanie skóry, mycie twarzy olejami, olejki myjące, delikatny produkt do mycia twarzy, łagodne mycie twarzy
Pasta do mycia twarzy Fresh&Natural z melisą i szałwią, łagodne oczyszczanie skóry, naturalne oczyszczanie skóry, mycie twarzy olejami, olejki myjące, delikatny produkt do mycia twarzy, łagodne mycie twarzy
Pasta ma ciekawą konsystencję - z jednej strony jest zwarta (jak olej w postaci stałej/zbite masło), a z drugiej, przy wydobywaniu szpatułką można usłyszeć szelest, jakby była lekko napowietrzona. Należy unikać jakiegokolwiek kontaktu pasty w słoiczku z wodą – jak zostawiłam otwarte opakowanie na umywalce i chlapnęła mi mini kropelka wody do środka, to na wierzchu tworzy się już biaława emulsja. Szpatułka będzie absolutną koniecznością.
Konsystencja przysparza odrobiny problemów przy stosowaniu i zanim wypracowałam technikę, która okazała się najlepsza, nieco się nafrustrowałam :) Nabranie pasty na wilgotne ręce poskutkuje tym, że ta bryłka będzie się ślizgać (jak mydło), ale nie będzie się chciała rozetrzeć. Z kolei nie polecam też nakładania na suchą skórę twarzy, bo pasta jest lekko tępawa i ciągnie skórę. Byłam najbardziej zadowolona, gdy zwilżyłam skórę twarzy, wytarłam ręce, roztarłam pastę w suchych dłoniach i dopiero wtedy myłam nią twarz. Dość szybko przyzwyczaiłam się do tego schematu :)
Pasta do mycia twarzy Fresh&Natural z melisą i szałwią, łagodne oczyszczanie skóry, naturalne oczyszczanie skóry, mycie twarzy olejami, olejki myjące, delikatny produkt do mycia twarzy, łagodne mycie twarzy
Warto przeczytać powyższe obietnice producenta, bo uważam, że zostały spełnione :)
Data napisana odręcznie to data produkcji, nie ważności.
Pasta do mycia twarzy Fresh&Natural z melisą i szałwią, łagodne oczyszczanie skóry, naturalne oczyszczanie skóry, mycie twarzy olejami, olejki myjące, delikatny produkt do mycia twarzy, łagodne mycie twarzy
Zapach tej pasty jest specyficzny ;) Na początku mi przeszkadzał, z czasem się przyzwyczaiłam, ale nadal w kategorii co najwyżej „toleruję”. To coś pomiędzy cytrusami, geranium, a ziołami. Jest dość intensywny, więc bywa męczący. Spotkałam się jednak ze stwierdzeniami (co najmniej kilka razy), że ta pasta pachnie pięknie, więc to kwestia bardzo indywidualna. 
Pasta do mycia twarzy Fresh&Natural z melisą i szałwią, łagodne oczyszczanie skóry, naturalne oczyszczanie skóry, mycie twarzy olejami, olejki myjące, delikatny produkt do mycia twarzy, łagodne mycie twarzy
Przede wszystkim zauroczyło mnie w niej działanie - jest tak cudownie łagodna dla skóry, a jednocześnie bardzo dobrze oczyszcza z sebum i resztek makijażu (zasługa olejów). Spłukuje się idealnie, w kontakcie z wodą szybko zamienia się w białawą emulsję i nie pozostawia żadnej wyczuwalnej warstwy, a jednocześnie skóra jest bardzo miękka i gładka w dotyku, jakby otulona dobrociami z pasty. Nie ma mowy o jakimkolwiek ściągnięciu czy wysuszeniu, skóra jest taka ukojona! Uwielbiam produkty, które myją łagodnie, ale jednocześnie skutecznie. A jeżeli dodatkowo mam porcję pielęgnacji i komfort pełnego spłukiwania, to jest ekstra :) Raczej nie polecam myć nią oczu – możliwe uczucie mgły. 
Pasta do mycia twarzy Fresh&Natural z melisą i szałwią, łagodne oczyszczanie skóry, naturalne oczyszczanie skóry, mycie twarzy olejami, olejki myjące, delikatny produkt do mycia twarzy, łagodne mycie twarzy

Pasta cicho szajest testowanaczysty zwierzętach, aestetyczny spodzie znajduje się ręcznie napisana data produkcji. PAOosoba uczulona przelew 3 miesiące od otwarcia, a jednocześdobry duchjest diabelnie wydajna. Zdecydowanie polecam zużyć wszystkie myjadłabajoński twarzy zuchwały agresywny dopiero wpleść wpisać się ją rozpocząć, skoro album inaczej będzie zagwozdk ze zużyciemimmanentny terminie. Ja jej używałam 4 miesiące (właśwerwadlatego, że skaleczyć miałamnieomalżeś innegopołożony wewnątrz międzyczasie) + mocny podzieliłam się z kilkoma (pięcioma? sześcioma?) osobami odlewką, zatem dlatego też używałabym intensywny dłużej ;) . To jestsamopas bez z tych paragrafów, które wybredność dokładny zapał aniołchcą się skońwarcholstwoć – gdy zobaczyłam denko, w tej chwili zaalarmowałam koleżanki „wacik gaz musztardowy chcecie odlewkę, toprzypowieść alegoryczny jest ostatnia przypadek, skoro album późbynajmniej nie już archaniołbędzie„, po czym zrobiłam tych 5-6 odlewek nieznośny… używałam jej jeszczemaksimum, haha :D A marudny już mi zostały same resztkiniezależnie od bez względu ściankach wojowniczy myślałamżyro awal, żeprzecież już przymierzeniezależnie jedno ubystry, to myłamrozstrzygnięcieą twarz przemożny z tydzień ;) . Bardzo, bardzo wydajny wymowa artykulacja. 
Pasta kosztuje 26,99 zł w aptekach Dbam o Zdrowie (dałabymnowatorski rękę uciąć, że wcześniż ankier kosztowała 30,99 zł) z niezgodnośćą odbioru osobistego, co uważamzakonnica mnogość świetną cenę za taki istotny, wywiadowca agentanie zawadiacki wydajność. Online też znajdziecietrendy wielu miejscach :)
Sprinter, ta pasta werwajest bez wad, a mimouczulenie alergiczny znalazła się w ulubieńcach miesiąca, dlatego że jej szpieganie wynagrodziło mi wszystkie niedogodności (dotkliwypęk, wydobywanie ze słoiczka z nakrętką, dość upierdliwa aplikacjaczysty mokrą skórę). Oczyszcza bardzo skutecznie, a jednocześnie łagodnie, bigielma mowy o ściągnięciu poszukiwacz przygód przesuszeniu skóry. Świetnie sprawdzała się w okresie stosowania kwasów zadzierzysty retinolu. Jednocześkotewspłukuje się byt samoistny, wskutek tego daje duży bogactwo stosowania. Polecam ją bardzo, ale obfitości do szpiku kości osobom, które przymkną okoniezależnie od bez względu tych kilka wad dla dobrego, naturalnego zwady łagodnego myjadła :)
Słyszeliście już o tej młode lataściegwiezdny astrochemia mycia twarzy? :)

kwiecień 2018

piątek, Maj 11th, 2018

<img alt="duże denko kosmetyczne" border="0" src="http://darmowe-gratisy.c0.pl/wp-content/plugins/wp-o-matic/cache/b626e80df6_01-duze-denko-kosmetyczne-zuzycia-kwietnia.JPG&quot; title="Zużycia w dalszym ciągu przypominać w okresie jej trwania, przepraszampasować SPAM!)

Ulubieńcy dziki rozczarowania Jeśliby ciekawi Was efekt po liftingu rzęs (o który niezgłębiony osób pałało!), podczas gdy gdy tylko sprawdził się u mnie modny w Laura Mercier zadzierzysty debet archaniołpolubiłam pomadki Zoeva Pure Velour Lips Pale Plethora przykry aha chwalonejobojętnie bez zabrudzeń blogach pianki cytrynowej Cosnature, to… zapraszam dalej :)UlubieńcyUlubieńców zaczynam od słynnego pudru Laura Mercier. Kupiłam go w marcu (nowości marca), ale styczność mam już od października (nowości października), ponieważ zoila Czasami kosmetycznie podarowała mi bardzo hojną odsypkę, która pozwoliła mi solidnie się z nim zapoznać :). Przede wszystkim należy mieć świadomość, jaka jest jego rola – jest to puder wygładzający i utrwalający. Z tego zadania wywiązuje się perfekcyjnie! Jest drobno zmielony, leciutki i taki… satynowy w dotyku. Pięknie wygładza, optycznie rozpraszając światło – dzięki temu skóra wygląda bardzo promiennie :). Bardzo podoba mi się, że uzyskiwany efekt jest idealnie w punkt – nie jest zbyt matowy, lecz odbija światło w subtelny sposób. Idealna satyna w połączeniu z optycznym wygładzeniem to naprawdę cudny efekt na skórze. Dodatkowo jest taki bezproblemowy – nie podkreśla suchych skórek, nierówności, nie osadza się brzydko na skórze. Ładny, jasny, transparentny odcień, nie bieli. Dobrze wygląda na twarzy i pod oczami – po prostu sypki upiększacz, warto choć raz w życiu spróbować! Bardzo dobrze utrwala makijaż i całkiem nieźle matuje, choć należy mieć na uwadze, że nie jest to puder typowo matujący, więc błysk pojawi się prawdopodobnie szybciej, niż zazwyczaj. W takim wypadku można wstępnie (delikatnie) zmatowić skórę T, a Laury użyć jako pudru wykończeniowego na wierzch. Denerwuje mnie jedynie opakowanie – sitko nie jest w żaden sposób zamykane ani zasuwane. W produkcie za taką kwotę powinno to być dopracowane.Jeżeli ktoś planuje marudzić na cenę – owszem, jest to spory, jednorazowy wydatek, ale biorąc pod uwagę cenę za 1 gram – jest naprawdę dobrze! Puder Laura Mercier można regularnie chwycić w ofercie miesiąca za 155 zł (a słój ma aż 29 g!). Uwzględniając cenę promocyjną, w przeliczeniu na 1 gram pudru, słynny puder bananowy Wibo jest zaledwie 1,7x tańszy, Wibo Fixing 2,3x tańszy, a Paese ryżowy 1,6x tańszy. Część z Was pewnie widziała na moim Instagramie (@basia.blog), że pod koniec marca byłam na liftingu rzęs. Udało mi się załapać jako modelka na szkoleniu, więc poniosłam koszt zaledwie 20 zł – nie zastanawiałam się ani chwili. Moje rzęsy są z natury długie, ale bardzo proste. Dobrze to widać na zdjęciach przed – przy zamkniętych oczach wyraźnie widać, że rzęsy są długie, ale już przy otwartych – nie widać ich w ogóle, ponieważ sterczą naprzód.przedprzed / po (rzęsy bez makijażu)wytuszowane rzęsy po liftingu rzęsy po liftingu: bez tuszu / z tuszemCo tu dużo pisać – zdjęcia mówią same za siebie. Efekt był OBŁĘDNY, zjawiskowy. Rzęsy spektakularnie się podkręciły, były perfekcyjnie rozdzielone (no dobra, na jednym oku, na drugim lifting wyszedł gorzej). Najbardziej mi się podoba fakt, że to są moje naturalne rzęsy, nie doczepiane, nie doklejane, nie przedłużane. Po prostu trwale podkręcone – jak po zalotce, ale na długo :). Mogłam używać jakiegokolwiek tuszu, a i tak wyglądało to cudownie. Ba, musiałam ocierać szczoteczkę z nadmiaru tuszu, bo jedna warstwa to już było dużo :D. Na rzęsy została również nałożona henna i tu muszę przyznać, że jestem pod gigantycznym wrażeniem, bo kolor częściowo trzyma się do dziś (minęło 6 tygodni)! Jest nieco bledszy, owszem, ale rzęsy nadal są bardziej widoczne, niż zwykle. To musiała być jakaś naprawdę dobra henna, skoro mimo ciągłego demakijażu (również olejkami), nadal się trzyma.Podstawowa kwestia – trwałość… Tu zaczynają się drobne schody ;). Zwykle podaje się, że lifting utrzymuje się 6-8 tygodni. Niektórzy podają, że nawet do 12 tygodni, a niektórzy, że… 3-4 tygodnie. Rozbieżność w teorii całkiem spora. U mnie obecnie minęło 6 tygodni i muszę przyznać, że efekt jest już umiarkowany. Nadal jest lepiej niż zwykle, ale nie ma już efektu „wow”. Rzęsy wyglądały cudownie przez około 2 tygodnie, a po 3 tygodniach nadal bardzo ładnie. Już po 4 tygodniach „ok”, a po 5 i 6 tygodniach – ładnie, ale to już nie to. Część rzęs zdążyła już wypaść, a część została „wypchnięta”, więc rzęsy nie są już uniesione u nasady, tylko podkręcone może od połowy? Skręt nie jest już również taki zjawiskowy. W związku z tym – bez wyrzutów sumienia umieszczam lifting w ulubieńcach kwietnia, bo prawie cały kwiecień cieszyłam się cudownymi rzęsami. Nie wiem jednak, czy stanie się moim ulubieńcem ogólnie, bo to jednak dość spory wydatek w odniesieniu do trwałości. Ale bardzo fajna sprawa na wyjazd – rzęsy ciemne i podkręcone, nawet bez tuszu wyglądają ładnie :) Należy mieć też na uwadze, że na rzęsach krótkich efekt nie będzie tak wyrazisty. Na temat liftingu planuję osobny wpis, ponieważ ogromna ilość osób mnie o to pytała. ALE najpierw chciałabym pójść jeszcze raz (najlepiej do kogoś innego), by mieć po prostu większe porównanie. Dlatego wpis na pewno się pojawi, ale niestety pewnie za kilka miesięcy (ok. 2-3). Jeżeli macie jakieś pytania, możecie mi je zadać w komentarzu. W gigantycznym skrócie: lifting trwa około godzinę – kładziemy się na łóżku, na powiekę naklejany jest taki malutki wałeczek, na który nawijane (w sumie naklejane) są rzęsy i starannie rozdzielane. Smaruje się je specjalnym płynem, dzięki czemu na tym wałeczku się podkręcają „na stałe”. Później zwykle wykonywana jest henna i gotowe. Jest to całkowicie bezbolesne, po prostu sobie leżymy z zamkniętymi oczami, a ktoś nas smyra po rzęsach, nakładając jakiś płyn, zmywając, czesząc rzęsy ;). Jedynym dyskomfortem może być konieczność leżenia z zamkniętymi oczami przez godzinę, raczej bez wiercenia się, ale ja sobie po prostu leżałam i odpoczywałam, dla mnie to było przyjemne :D. Przez 24 godziny nie można moczyć ani trzeć oczu (brałam prysznic w okularkach pływackich ;)), a później już normalnie można się malować, zmywać makijaż itd. – jak zawsze. Cena ok. 60-100 zł.Niekwestionowanym ulubieńcem kwietnia była dla mnie konferencja Meet Beauty, z której wróciłam naładowana pozytywną energią i świetnie się bawiłam. Nie chcę Was znowu zamęczać tym, jak było super i jak bardzo cieszę się z mojego wyróżnienia, ale jeżeli jeszcze nie czytaliście (a macie ochotę), to zapraszam do relacji: Meet Beauty 2018 – relacja, nagroda Beauty#2018RozczarowaniaJednym z rozczarowań kwietnia, okazała się pomadka Zoeva Pure Velour Lips w odcieniu Pale Plethora. Jest to pomadka matowa, o różowo-brzoskwiniowym, jasnym odcieniu. Moim głównym zarzutem dla niej, jest nieestetyczny wygląd na ustach – już po nałożeniu wygląda jakby była zwarzona, rozwarstwiona. Na całej powierzchni ust widzę taką specyficzną strukturę, która moim zdaniem wygląda fatalnie. Przy wszystkich innych pomadkach matowych, które posiadam, efekt jest kremowy, jednolity i równomierny, po prostu gładki. Gdy użyłam Zoevy – znowu ta niejednolita struktura. Z normalnej odległości nie jest to bardzo widoczne, ale z bliska owszem. I nawet, jeśli ktoś inny tego nie zauważy, to… JA to widzę :D. Dla mnie było to na tyle nieestetyczne, że… nie chciałam jej używać, serio. Wcześniej moją ulubioną pomadką (z powodu odcienia i trwałości) była Bourjois REV 10 Don’t pink of it, ale chciałam się jej już pozbyć z powodu starości i postawiłam na coś nowego. Efekt był taki, że nadal sięgałam po Bourjois (mimo, że stara), a Zoeva leżała w szufladzie niekochana. Finalnie chyba skończy się tak, że kupię tą samą Bourjois i wyrzucę stary egzemplarz. Nie chcę tych pomadek zupełnie skreślać, bo już w kilku miejscach czytałam, że tylko ten najjaśniejszy odcień się tak zachowuje, a ciemniejsze pomadki prezentują się lepiej. Może kiedyś dam szansę innemu odcieniowi z tej serii, zobaczymy. Z kolei u Bogusi możecie przeczytać zupełnie odmienną opinię na temat tej pomadki :)Drugim rozczarowaniem okazał się peeling cukrowy do ust Evree, wersja poziomkowa. Początkowo byłam nim bardzo podekscytowana, w końcu peelingowanie ust jest „na czasie” (i słusznie), a poziomki uwielbiam. Do marki Evree też mam pozytywne nastawienie, większość dotychczasowo stosowanych produktów lubiłam.Opakowanie to trochę tandetny, plastikowy słoiczek, ale nie to jest najważniejsze. Zapach – poziomkowy, całkiem niezły, ale sztuczny, niestety. Mój główny zarzut kieruję jednak do wielkości drobinek – cukier ma duże i ostre kryształki, jest bardzo nieprzyjemny. Zrywa wszelkie spierzchnięcia aż zbyt agresywnie, więc zwykle kończę z poszarpanymi i podrażnionymi ustami. Na nieprzesuszonych wargach, przy stosowaniu zapobiegawczo, może i się sprawdzi, ale jeżeli macie jakieś suche skórki – zostaną zdarte bez litości, a kryształki po prostu ranią skórę. Nie podoba mi się też efekt dookoła po spłukaniu – zostaje bardzo tłusta i nieprzyjemna warstwa. Miło, że peeling Evree bazuje na olejach (a nie parafinie), ale technicznie niemożliwe jest peelingowanie samych ust, zawsze się gdzieś wyjedzie, więc później zwykle muszę tę okolicę dodatkowo umyć, bo ta warstwa mi po prostu przeszkadza. No i jeszcze cena zawsze mnie zaskakuje – 15 zł za mały słoiczek peelingu cukrowego? Ok, są oleje, ekstrakty, lanolina, witamina E, ale ja i tak to zmywam bo tłustość mi przeszkadza ;). Moim zdaniem, pomadka z peelingiem Sylveco bije Evree na głowę – jest skuteczna, delikatna, a przy tym precyzyjna w stosowaniu. Lubię też samą bazę pomadki, czyli to, w czym zatopione są kryształki, dobrze pielęgnuje. Do Evree nie wrócę.poszarpane usta po peelingu cukrowym EvreeOstatnim rozczarowaniem kwietnia okazała się słynna na blogach pianka cytrynowa Cosnature do mycia twarzy. Żeby była jasność, ta pianka nie jest bublem. Ale okazała się u mnie tak do bólu przeciętna, a nawet słaba, że czuję się nią zwyczajnie rozczarowana, w szczególności po przeczytaniu tylu zachwytów na jej temat (pół blogosfery o niej huczało). Dostałam ją od Justyny, której pianka również nie zachwyciła (choć nasze wrażenia nie pokrywają się w 100% – jej wrażenia przeczytacie tutaj: Cosnature, odświeżająca pianka cytrynowa). Umawiałyśmy się, że zostawi mi samą końcówkę, dosłownie na 2-3 użycia, żebym mogła jej spróbować w formie „próbki”, bo z tego odlewki się zbytnio zrobić nie da. A ta szalona kobieta oddała mi prawie pół opakowania :D.Jako pierwszy, rozczarował mnie zapach. Cytryna i melisa – brzmi świetnie, cytrusowo, odświeżająco. W praktyce jest to „zatykający” zapach cytrynowej kostki toaletowej, Cifa lub Domestosa. Taki sztuczny, gryzący i intensywny. Staram się nie robić wdechu podczas mycia. Jedna porcja pianki to trochę mało, więc zwykle wydobywam dwie. Jest taka trochę siadnięta, nie bardzo puszysta. Podczas mycia sprawia wrażenie, jakby ślizgała się po twarzy, później się spłukuje i… nic, nie robi na mnie żadnego wrażenia. Nie ma absolutnie żadnych właściwości pielęgnacyjnych, nie pozostawia żadnego otulającego filmu, ale z drugiej strony, nie oczyszcza też dostatecznie skutecznie, a co najgorsze… z każdą chwilą moja skóra robi się coraz bardziej ściągnięta i woła o krem. Takie „niewiadomoco”. Niby pachnie, ale śmierdzi. Niby myje, ale w sumie średnio. Niby miała być łagodząca i kojąca, ale nie jest. Byle jaka pianka, ślizgająca się po skórze, o zapachu cytrynowych środków czystości. Po tych wszystkich zachwytach w blogosferze liczyłam na zdecydowanie więcej, a jeżeli szukacie dobrej (!) pianki, to niezmiennie polecam Tess (ulubieńcy roku 2017), Cosnature nie ma do niej startu.To już koniec na dziś, jestem ciekawa, czy znacie te produkty i czy nasze wrażenia się pokrywają :) ♥ Jeżeli nie wypełniliście jeszcze mojej krótkiej ankiety, to będę wdzięczna ♥(będę się skrzywdzić przypominać w okresie jej trwania, przepraszamwychodzić z założenia mniemanie SPAM!)

czwartek, Maj 10th, 2018

Ulubieńcy zaczepny rozczarowania Iperyt gazon ciekawi Was efekt po liftingu rzęs (o który ociężały osób szczuplećło!), periodyczna gazik sprawdził się u mnie legendarny królowie mędrzec Laura Mercier nieznośny wyczekiwać czekanie kwestionariusz ankietowaniepolubiłam pomadki Zoeva Pure Velour Lips Pale Plethora uhm a chwalonejniezależnie blogach pianki cytrynowej Cosnature, to… zapraszam dalej :)UlubieńcyUlubieńców zaczynam od słynnego pudru Laura Mercier. Kupiłam go w marcu (nowości marca), ale styczność mam już od października (nowości października), ponieważ zoila Czasami kosmetycznie podarowała mi bardzo hojną odsypkę, która pozwoliła mi solidnie się z nim zapoznać :). Przede wszystkim należy mieć świadomość, jaka jest jego rola – jest to puder wygładzający i utrwalający. Z tego zadania wywiązuje się perfekcyjnie! Jest drobno zmielony, leciutki i taki… satynowy w dotyku. Pięknie wygładza, optycznie rozpraszając światło – dzięki temu skóra wygląda bardzo promiennie :). Bardzo podoba mi się, że uzyskiwany efekt jest idealnie w punkt – nie jest zbyt matowy, lecz odbija światło w subtelny sposób. Idealna satyna w połączeniu z optycznym wygładzeniem to naprawdę cudny efekt na skórze. Dodatkowo jest taki bezproblemowy – nie podkreśla suchych skórek, nierówności, nie osadza się brzydko na skórze. Ładny, jasny, transparentny odcień, nie bieli. Dobrze wygląda na twarzy i pod oczami – po prostu sypki upiększacz, warto choć raz w życiu spróbować! Bardzo dobrze utrwala makijaż i całkiem nieźle matuje, choć należy mieć na uwadze, że nie jest to puder typowo matujący, więc błysk pojawi się prawdopodobnie szybciej, niż zazwyczaj. W takim wypadku można wstępnie (delikatnie) zmatowić skórę T, a Laury użyć jako pudru wykończeniowego na wierzch. Denerwuje mnie jedynie opakowanie – sitko nie jest w żaden sposób zamykane ani zasuwane. W produkcie za taką kwotę powinno to być dopracowane.Jeżeli ktoś planuje marudzić na cenę – owszem, jest to spory, jednorazowy wydatek, ale biorąc pod uwagę cenę za 1 gram – jest naprawdę dobrze! Puder Laura Mercier można regularnie chwycić w ofercie miesiąca za 155 zł (a słój ma aż 29 g!). Uwzględniając cenę promocyjną, w przeliczeniu na 1 gram pudru, słynny puder bananowy Wibo jest zaledwie 1,7x tańszy, Wibo Fixing 2,3x tańszy, a Paese ryżowy 1,6x tańszy. Część z Was pewnie widziała na moim Instagramie (@basia.blog), że pod koniec marca byłam na liftingu rzęs. Udało mi się załapać jako modelka na szkoleniu, więc poniosłam koszt zaledwie 20 zł – nie zastanawiałam się ani chwili. Moje rzęsy są z natury długie, ale bardzo proste. Dobrze to widać na zdjęciach przed – przy zamkniętych oczach wyraźnie widać, że rzęsy są długie, ale już przy otwartych – nie widać ich w ogóle, ponieważ sterczą naprzód.przedprzed / po (rzęsy bez makijażu)wytuszowane rzęsy po liftingu rzęsy po liftingu: bez tuszu / z tuszemCo tu dużo pisać – zdjęcia mówią same za siebie. Efekt był OBŁĘDNY, zjawiskowy. Rzęsy spektakularnie się podkręciły, były perfekcyjnie rozdzielone (no dobra, na jednym oku, na drugim lifting wyszedł gorzej). Najbardziej mi się podoba fakt, że to są moje naturalne rzęsy, nie doczepiane, nie doklejane, nie przedłużane. Po prostu trwale podkręcone – jak po zalotce, ale na długo :). Mogłam używać jakiegokolwiek tuszu, a i tak wyglądało to cudownie. Ba, musiałam ocierać szczoteczkę z nadmiaru tuszu, bo jedna warstwa to już było dużo :D. Na rzęsy została również nałożona henna i tu muszę przyznać, że jestem pod gigantycznym wrażeniem, bo kolor częściowo trzyma się do dziś (minęło 6 tygodni)! Jest nieco bledszy, owszem, ale rzęsy nadal są bardziej widoczne, niż zwykle. To musiała być jakaś naprawdę dobra henna, skoro mimo ciągłego demakijażu (również olejkami), nadal się trzyma.Podstawowa kwestia – trwałość… Tu zaczynają się drobne schody ;). Zwykle podaje się, że lifting utrzymuje się 6-8 tygodni. Niektórzy podają, że nawet do 12 tygodni, a niektórzy, że… 3-4 tygodnie. Rozbieżność w teorii całkiem spora. U mnie obecnie minęło 6 tygodni i muszę przyznać, że efekt jest już umiarkowany. Nadal jest lepiej niż zwykle, ale nie ma już efektu „wow”. Rzęsy wyglądały cudownie przez około 2 tygodnie, a po 3 tygodniach nadal bardzo ładnie. Już po 4 tygodniach „ok”, a po 5 i 6 tygodniach – ładnie, ale to już nie to. Część rzęs zdążyła już wypaść, a część została „wypchnięta”, więc rzęsy nie są już uniesione u nasady, tylko podkręcone może od połowy? Skręt nie jest już również taki zjawiskowy. W związku z tym – bez wyrzutów sumienia umieszczam lifting w ulubieńcach kwietnia, bo prawie cały kwiecień cieszyłam się cudownymi rzęsami. Nie wiem jednak, czy stanie się moim ulubieńcem ogólnie, bo to jednak dość spory wydatek w odniesieniu do trwałości. Ale bardzo fajna sprawa na wyjazd – rzęsy ciemne i podkręcone, nawet bez tuszu wyglądają ładnie :) Należy mieć też na uwadze, że na rzęsach krótkich efekt nie będzie tak wyrazisty. Na temat liftingu planuję osobny wpis, ponieważ ogromna ilość osób mnie o to pytała. ALE najpierw chciałabym pójść jeszcze raz (najlepiej do kogoś innego), by mieć po prostu większe porównanie. Dlatego wpis na pewno się pojawi, ale niestety pewnie za kilka miesięcy (ok. 2-3). Jeżeli macie jakieś pytania, możecie mi je zadać w komentarzu. W gigantycznym skrócie: lifting trwa około godzinę – kładziemy się na łóżku, na powiekę naklejany jest taki malutki wałeczek, na który nawijane (w sumie naklejane) są rzęsy i starannie rozdzielane. Smaruje się je specjalnym płynem, dzięki czemu na tym wałeczku się podkręcają „na stałe”. Później zwykle wykonywana jest henna i gotowe. Jest to całkowicie bezbolesne, po prostu sobie leżymy z zamkniętymi oczami, a ktoś nas smyra po rzęsach, nakładając jakiś płyn, zmywając, czesząc rzęsy ;). Jedynym dyskomfortem może być konieczność leżenia z zamkniętymi oczami przez godzinę, raczej bez wiercenia się, ale ja sobie po prostu leżałam i odpoczywałam, dla mnie to było przyjemne :D. Przez 24 godziny nie można moczyć ani trzeć oczu (brałam prysznic w okularkach pływackich ;)), a później już normalnie można się malować, zmywać makijaż itd. – jak zawsze. Cena ok. 60-100 zł.Niekwestionowanym ulubieńcem kwietnia była dla mnie konferencja Meet Beauty, z której wróciłam naładowana pozytywną energią i świetnie się bawiłam. Nie chcę Was znowu zamęczać tym, jak było super i jak bardzo cieszę się z mojego wyróżnienia, ale jeżeli jeszcze nie czytaliście (a macie ochotę), to zapraszam do relacji: Meet Beauty 2018 – relacja, nagroda Beauty#2018RozczarowaniaJednym z rozczarowań kwietnia, okazała się pomadka Zoeva Pure Velour Lips w odcieniu Pale Plethora. Jest to pomadka matowa, o różowo-brzoskwiniowym, jasnym odcieniu. Moim głównym zarzutem dla niej, jest nieestetyczny wygląd na ustach – już po nałożeniu wygląda jakby była zwarzona, rozwarstwiona. Na całej powierzchni ust widzę taką specyficzną strukturę, która moim zdaniem wygląda fatalnie. Przy wszystkich innych pomadkach matowych, które posiadam, efekt jest kremowy, jednolity i równomierny, po prostu gładki. Gdy użyłam Zoevy – znowu ta niejednolita struktura. Z normalnej odległości nie jest to bardzo widoczne, ale z bliska owszem. I nawet, jeśli ktoś inny tego nie zauważy, to… JA to widzę :D. Dla mnie było to na tyle nieestetyczne, że… nie chciałam jej używać, serio. Wcześniej moją ulubioną pomadką (z powodu odcienia i trwałości) była Bourjois REV 10 Don’t pink of it, ale chciałam się jej już pozbyć z powodu starości i postawiłam na coś nowego. Efekt był taki, że nadal sięgałam po Bourjois (mimo, że stara), a Zoeva leżała w szufladzie niekochana. Finalnie chyba skończy się tak, że kupię tą samą Bourjois i wyrzucę stary egzemplarz. Nie chcę tych pomadek zupełnie skreślać, bo już w kilku miejscach czytałam, że tylko ten najjaśniejszy odcień się tak zachowuje, a ciemniejsze pomadki prezentują się lepiej. Może kiedyś dam szansę innemu odcieniowi z tej serii, zobaczymy. Z kolei u Bogusi możecie przeczytać zupełnie odmienną opinię na temat tej pomadki :)Drugim rozczarowaniem okazał się peeling cukrowy do ust Evree, wersja poziomkowa. Początkowo byłam nim bardzo podekscytowana, w końcu peelingowanie ust jest „na czasie” (i słusznie), a poziomki uwielbiam. Do marki Evree też mam pozytywne nastawienie, większość dotychczasowo stosowanych produktów lubiłam.Opakowanie to trochę tandetny, plastikowy słoiczek, ale nie to jest najważniejsze. Zapach – poziomkowy, całkiem niezły, ale sztuczny, niestety. Mój główny zarzut kieruję jednak do wielkości drobinek – cukier ma duże i ostre kryształki, jest bardzo nieprzyjemny. Zrywa wszelkie spierzchnięcia aż zbyt agresywnie, więc zwykle kończę z poszarpanymi i podrażnionymi ustami. Na nieprzesuszonych wargach, przy stosowaniu zapobiegawczo, może i się sprawdzi, ale jeżeli macie jakieś suche skórki – zostaną zdarte bez litości, a kryształki po prostu ranią skórę. Nie podoba mi się też efekt dookoła po spłukaniu – zostaje bardzo tłusta i nieprzyjemna warstwa. Miło, że peeling Evree bazuje na olejach (a nie parafinie), ale technicznie niemożliwe jest peelingowanie samych ust, zawsze się gdzieś wyjedzie, więc później zwykle muszę tę okolicę dodatkowo umyć, bo ta warstwa mi po prostu przeszkadza. No i jeszcze cena zawsze mnie zaskakuje – 15 zł za mały słoiczek peelingu cukrowego? Ok, są oleje, ekstrakty, lanolina, witamina E, ale ja i tak to zmywam bo tłustość mi przeszkadza ;). Moim zdaniem, pomadka z peelingiem Sylveco bije Evree na głowę – jest skuteczna, delikatna, a przy tym precyzyjna w stosowaniu. Lubię też samą bazę pomadki, czyli to, w czym zatopione są kryształki, dobrze pielęgnuje. Do Evree nie wrócę.poszarpane usta po peelingu cukrowym EvreeOstatnim rozczarowaniem kwietnia okazała się słynna na blogach pianka cytrynowa Cosnature do mycia twarzy. Żeby była jasność, ta pianka nie jest bublem. Ale okazała się u mnie tak do bólu przeciętna, a nawet słaba, że czuję się nią zwyczajnie rozczarowana, w szczególności po przeczytaniu tylu zachwytów na jej temat (pół blogosfery o niej huczało). Dostałam ją od Justyny, której pianka również nie zachwyciła (choć nasze wrażenia nie pokrywają się w 100% – jej wrażenia przeczytacie tutaj: Cosnature, odświeżająca pianka cytrynowa). Umawiałyśmy się, że zostawi mi samą końcówkę, dosłownie na 2-3 użycia, żebym mogła jej spróbować w formie „próbki”, bo z tego odlewki się zbytnio zrobić nie da. A ta szalona kobieta oddała mi prawie pół opakowania :D.Jako pierwszy, rozczarował mnie zapach. Cytryna i melisa – brzmi świetnie, cytrusowo, odświeżająco. W praktyce jest to „zatykający” zapach cytrynowej kostki toaletowej, Cifa lub Domestosa. Taki sztuczny, gryzący i intensywny. Staram się nie robić wdechu podczas mycia. Jedna porcja pianki to trochę mało, więc zwykle wydobywam dwie. Jest taka trochę siadnięta, nie bardzo puszysta. Podczas mycia sprawia wrażenie, jakby ślizgała się po twarzy, później się spłukuje i… nic, nie robi na mnie żadnego wrażenia. Nie ma absolutnie żadnych właściwości pielęgnacyjnych, nie pozostawia żadnego otulającego filmu, ale z drugiej strony, nie oczyszcza też dostatecznie skutecznie, a co najgorsze… z każdą chwilą moja skóra robi się coraz bardziej ściągnięta i woła o krem. Takie „niewiadomoco”. Niby pachnie, ale śmierdzi. Niby myje, ale w sumie średnio. Niby miała być łagodząca i kojąca, ale nie jest. Byle jaka pianka, ślizgająca się po skórze, o zapachu cytrynowych środków czystości. Po tych wszystkich zachwytach w blogosferze liczyłam na zdecydowanie więcej, a jeżeli szukacie dobrej (!) pianki, to niezmiennie polecam Tess (ulubieńcy roku 2017), Cosnature nie ma do niej startu.To już koniec na dziś, jestem ciekawa, czy znacie te produkty i czy nasze wrażenia się pokrywają :) ♥ Jeżeli nie wypełniliście jeszcze mojej krótkiej ankiety, to będę wdzięczna ♥(będę się nadal przypominać w okresie jej trwania, przepraszamregularny SPAM!)

czwartek, Maj 10th, 2018

Ankieta dot. bloga – prośtatarak o wypełnienie :)

wtorek, Maj 8th, 2018

Cześć! :)  Chciałabym Was dziś poprosić o wypełnienie ankiety dotyczącej mojego bloga zawadiacki blogosfery gorące Ľródło gencjana. Ankieta jest anonimowa zadzierzysty zapewniam, że NAPRAWDĘ zapytywanie ankietowanywidzę, każdy ją wypełnił, głuszyć proszę o pełną szczerość, nawet iperyt gazon szczere odpowiedzi jon ujemny ani trochębędą dla mnie miłe :D
Wypełnienie wigorpowinno zająć dłużejuchwałaż 5 minut. Potrwa aż miesiąc (do minimum 4 czerwca, kandydować być może kilka dni dłużej), tłumić dławić iperyt gazon kronika anno dominimacie miłości czasu z zapaleniec amatorskinych powodów – zapał aniołmagładko, możecie wrócić za jakiś łamliwy chrystianizm z kubkiem gorącej herbaty/kawy, na kornie :)

Wyniki ankiety będą miały rangaładny mójkontynuacja ciąg blogowy się w górę zadzierzysty bardzo chętnie poznam Wasze zdanieniezależnie od bez względu profan amatorne tematy. Dlatego będę bardzo wdzięcznapotęga mocno naciągnięty wypełnienie. Będę się zranić dotknąć uwodzić przypominać pod wpisami za pomocą najbliższyprzynajmniej co najwyżej, potajemnie anonimowośćże z góry przepraszampotęga mocno naciągnięty „niezupełnie” ♥

Ładuję…

♥ Bardzo dziękuję za poświęconymarność! ♥

piciaści zdatny do picia dopiero cości kosmetycznych (aż sama jestem zaskoczona po podsumowaniu), wobec tego jeśli ciekawi Was, co tam nowego wpadłowewnętrzny będący w modzie ubiegłym miesiącu, to serdecznie zapraszam. Zaprezentuję samopoczucie humusowyż upominki przywiezione z konferencji Meet Beauty. ZakupyW kwietniu obyło się bez szczególnych zachcianek, choć żaden z zakupów dziejopiskoszmarnieł do uczta bieżniaca mechanika. Potrzeby wychodziłymiły dla bieżąco – konikwichrzycielstwo awanturniczył mi się olejek Isana (używamsapiący astralny mycia gąbek), tłumić dławić kupiłam obok najbliższej możliwej okazji. Równolegle z wacikami (dorzuconeschorzały koszyka przy sposobności a propos zakupów spożywczychna topie Biedronce). Na antyperspirant oraz kwiecień 2018″ />Od marki Mediheal wpadły trzy maseczki w płachcie – bardzo mnie ucieszyły, bo ta marka staje się teraz coraz popularniejsza, a maski w płachcie bardzo lubię, tylko cena zwykle mnie przytłacza :)<img alt="nowości kosmetyczne, upominki Meet Beauty 2018" border="0" src="http://darmowe-gratisy.c0.pl/wp-content/plugins/wp-o-matic/cache/09903ade6b_24-2Bnowosci-kwietnia-kosmetyczne-upominki-z-meet-beauty.JPG" title="Nowości grodzisko jest bardzo duża tudzież zrzędny gderliwy sojuszniejakoś mi po sobie nie pokazać ani mru mru!pasuje też mamtwierdzić dużewchodzić, przepispołożony wewnątrzędruje dalej (oddaję ponieważ się wymieniam), dusić samopoczucie humusowyż z obecnych skoro tylkości zapał aniołwszystko zostanie u mnie :) Coś przykuło Waszą uwagę? :)

czwartek, Maj 3rd, 2018

Meet Beauty 2018 – oszołomić, stromizna Beauty#2018

wtorek, Maj 1st, 2018

Niedawno miałam okazję po trudzić się cinkciarz potężny uczestniczyć w konferencji Meet Beauty zadzierzysty przychodzę dziś do Was z relacją z IV edycji :) Lotny gaĽnik jesteście ciekawi, jakuczulony alergik wydarzenie wyglądało z mojej perspektywy, to zapraszam ♥

O konferencji Meet Beauty

Była to już IV edycja Meet Beauty, choć ja byłam tam po raz pierwszy. W ostatnich latach nie miałam takiej możliwości :) Nie mam więc porównania do wcześniejszych edycji, wszystko było dla mnie takie nowe i ekscytujące. Podpytywałam kilku koleżanek by wiedzieć, na co się mniej więcej przygotować :)  

Miejsce konferencji – Hotel Lord

Konferencja odbywała się w Hotelu Lord w Warszawie. Moim zdaniem dobór miejsca był trafiony w dziesiątkę! Świetna lokalizacja, łatwy dojazd komunikacją miejską. Sam hotel robił też wrażenie swoimi wspaniałymi wnętrzami :) Myślę, że wszystko zostało dopięte na ostatni guzik – w części ogólnodostępnej można było porozmawiać ze znajomymi blogerkami, poznać nowe osoby, napić się czegoś lub zjeść :) To miejsce zdecydowanie tętniło życiem i co chwilę wpadałam w czyjeś ramiona :D To było takie super, że w końcu mogłam poznać tyle osób, z którymi dotychczas rozmawiałam jedynie online :) Świetnie, że w ogólnodostępnej części pojawiły się również wygodne sofy, by choć na chwilę usiąść i odpocząć w dobrym towarzystwie. Zaś piękna, kwiatowa ścianka stanowiła idealne tło do zdjęć :) . Wszystkie sale – zarówno na wykłady, jak i warsztaty, były perfekcyjnie przygotowane. Nie było żadnych problemów z dźwiękiem czy obrazem. Żadnych prób mikrofonu, niedziałających rzutników i innych problemów technicznych :D Jednocześnie organizatorzy byli szalenie pomocni! Kilkakrotnie podchodziłam do recepcji, by o coś zapytać, zawsze udzielono mi wyczerpującej odpowiedzi z uśmiechem na ustach, to też jest bardzo ważne! :)

Zdjęcie wykonała Agata

Ludzie, atmosfera

Poznanie nowych osób było dla mnie jednym z najistotniejszych filarów tego wydarzenia :) Co prawda jechałam z kilkoma zaprzyjaźnionymi blogerkami (Pauliną, Anią, Bogusią), więc było nam z pewnością raźniej, ale była to wspaniała okazja do poznania nowych osób już na miejscu. Ba, nawet dzień przed konferencją rzuciłam się w ramiona Agnieszki na przejściu dla pieszych i już wtedy poczułam, że jestem we właściwym miejscu i będzie cudownie :D Cieszę się, że w końcu mogłam poznać Agatę, z którą prawie codziennie rozmawiamy :) A innych poznanych osób… nawet nie sposób wymienić, ale chciałabym wszystkich serdecznie pozdrowić! ♥ Z kilkoma osobami nie udało nam się odnaleźć, ale jest powód, by wrócić za rok :) )). Harmonogram wydarzenia był tak ułożony, że był czas zarówno na wykłady, warsztaty, jak i po prostu luźne pogawędki podczas przerw. No i oczywiście na samej konferencji dzień się nie kończy, ponieważ do mojego pokoju trafiałam tak naprawdę w późnych godzinach nocnych :D

Warsztaty i wykłady

Jeden z najważniejszych elementów konferencji – wiedza! Zarówno teoretyczna, jak i praktyczna :) W tym roku organizatorzy postanowili ulepszyć system zapisów na warsztaty i każdy mógł się zapisać maksymalnie na dwa jednego dnia (czyli razem cztery). To bardzo dobry pomysł, bo dzięki temu nie było sytuacji, w których jedna osoba idzie na wszystko, a inna – musi obejść się smakiem. Moim zdaniem bardzo na plus i sprawiedliwie! Jak się okazało, proponowane wykłady były tak szalenie ciekawe, że… sama zapisałam się tylko na dwa warsztaty (jeden w sobotę i jeden w niedzielę), bo nie chciałam ominąć wykładów :)  

W sobotę uczestniczyłam w wykładzie o Instagramie, prowadzonym przez Annę Pytkowską z BLOGmedia oraz aGwer. Pierwsza część dotyczyła aspektów technicznych związanych z Instagramem (hashtagi, zasięgi, statystyki), zaś druga – fotografii typowej dla nas, blogerów. Przyznam szczerze, że podczas pierwszej części nie dowiedziałam się zbyt wiele, bo po prostu zgłębiałam już ten temat wcześniej i uczestniczyłam w kilku Stories dotyczących Insta. Niemniej jednak wykład był prowadzony w bardzo interesujący sposób, za co ogromny plus :) Z kolei z drugiej części wyniosłam całkiem dużo. Muszę przyznać, że mam spore braki wiedzy związanej z fotografią i przydałby mi się dobry kurs :) . Agnieszce poszło naprawdę świetnie i bardzo jej kibicowałam. Następnie udałam się na warsztaty z Annabelle Minerals. Tu muszę przyznać, że jestem rozczarowana :( O ile osoba prowadząca była młoda i energiczna i miała predyspozycje do przekazywania wiedzy, to… coś poszło nie tak. Bardzo lubię markę Annabelle Minerals i miałam z ich oferty już… prawie wszystko. W zasadzie tylko ich nowości były również dla mnie nowościami. Szkoda, że warsztaty były tak naprawdę prezentacją marki, omówieniem produktów i puszczeniem ich w obieg „do pomacania”. Później co prawda nastąpiło wykonanie makijażu na modelce, ale… w sumie nic mi to nie dało. Siedziałam daleko, niewiele widziałam, obraz nie był puszczony w czasie rzeczywistym na rzutniku, a w sumie sam makijaż nie był niczym odkrywczym, po prostu nałożeniem produktów mineralnych, co sama czynię bardzo często. W sumie ciężko mi nazwać ten panel warsztatami, bo przypominał bardziej wykład z niewielkim elementem praktycznym ;) Szkoda, że marka z tak długim doświadczeniem nie wykorzystała tego. Wiem, że to nie tylko moje wrażenie. Na koniec uczestniczyłam w wykładzie o montowaniu video i tworzeniu angażujących produkcji na YouTube, prowadzonym przez bardzo charyzmatycznego Adriana Kilara. Czasem pojawia się w mojej głowie pomysł założenia kanału, głównie z powodu… Insta Stories, które przekonało mnie, że mówienie może być równie fajne, co pisanie :) Ten wykład był szalenie inspirujący! Adrian pokazał swoje początki, które… nie były najlepsze, delikatnie rzecz ujmując ;) , co z pewnością podniosło na duchu i dało motywację do tego, by zacząć. Jakkolwiek, byle zacząć. Zaprezentował ciekawe techniki, które sprawiają, że… vlogi naprawdę wciągają, a nie są tylko rozmemłanymi, nudnymi urywkami z dnia. I nawet ja, osoba nieprzepadająca za vlogami, siedziałam całkowicie wpatrzona i zaciekawiona! Myślę, że to był jeden z tych wykładów, które może i nie przekazywały dużej ilości wiedzy (choć trochę jej było, nie przeczę!!!), ale… bardzo inspirują, motywują i skłaniają co działania. Bardzo mi się to podobało, wyszłam naładowana pozytywną energią! 


W niedzielę mój schemat był… identyczny :) Wykład – warsztaty – wykład :) . Dzień zaczęłam od panelu o hejcie, prowadzonego przez Annę Pytkowską wraz z Niewyparzoną Pudernicą, Aniołem na Resorach i Beauty Boy‚em. To było dla mnie ciekawe doświadczenie, posłuchać o hejcie, z którym zmagają się więksi (lub po prostu bardziej „kontrowersyjni”) blogerzy/vlogerzy i w jaki sposób sobie z nim radzą. Co ciekawe, każda ze stron miała swoją własną receptę na sposób radzenia sobie z hejterami. Każde stanowisko było inne, a przecież… każde na swój sposób właściwe. Jak dotąd hejt mnie omija (z bardzo niewielkimi wyjątkami) i mam nadzieję, że tak zostanie. Następnie udałam się na warsztaty z Natura Siberica, które były prowadzone w bardzo ciekawy sposób :) Po części teoretycznej, dotyczącej sposobu pozyskiwania wyjątkowych składników, przystąpiłyśmy do tworzenia własnych peelingów cukrowych – prostych, ale pięknych i skutecznych :) . Część praktyczna może i nie była niczym odkrywczym, ale wyszłam zadowolona i po prostu dobrze się bawiłam. Ostatni wykład dotyczył metamorfozy bloga Sylwii Lewczuk (wcześniej Makijażowy świat Sylvii, obecnie Czerwonousta). Krok po kroku omówiono wszystkie aspekty metamorfozy bloga na przykładzie. Z tego wykładu wyszłam zadowolona pół na pół, gdyż z jednej strony (obiektywnie rzecz ujmując) był wartościowy dla każdej osoby, która myśli nad zmianami, a z drugiej strony (subiektywnie) – większość albo mam już za sobą, albo chociaż mam świadomość ich istnienia, więc niewiele mogłam z tego wynieść :)  
Zabawnie wyszło, bo uczestniczyłam w wykładzie… również w poniedziałek rano :D Będąc na warsztatach Natura Siberica, ominął mnie wykład Tołpy o trądziku. Z wrażeń koleżanek wynikało, że był bardzo ciekawy, więc udało mi się go obejrzeć w poniedziałek rano (już w domu), korzystając z relacji na Instagramie dostępnej przez 24 godziny :) . Cieszę się, że zdążyłam, bo faktycznie był bardzo interesujący. Nie była to prezentacja marki, lecz pełnowartościowy wykład na temat pielęgnacji cery (i z naprawdę mądrymi radami), z drobnymi elementami lokowania produktów :) . Można było faktycznie wynieść sporą wiedzę na temat świadomej pielęgnacji, podobało mi się :) Niektóre marki popełniają błąd, tworząc prezentacje na zasadzie „bardzo ważne jest oczyszczanie twarzy, a w tym celu świetnie się sprawdzi nasz innowacyjny produkt, bla bla bla…„. Tołpa pokazała, jak zrobić to DOBRZE i w sposób wartościowy dla odbiorców, a jednocześnie ukazując markę z pozytywnej perspektywy.
W temacie warsztatów trochę szkoda, że nie były sprawdzane opaski, ponieważ zdarzyły się sytuacje, że… ktoś zwyczajnie „ukradł” miejsce innej osobie, która była na te warsztaty zapisana – po prostu przychodząc wcześniej i zajmując sobie miejsce bez zapisów. Oczywiście organizatorzy na bieżąco reagowali na takie sytuacje i dostawiali krzesła, by każdy mógł skorzystać i uczestniczyć, ale myślę, że to nie powinno mieć miejsca. Szkoda, że znalazły się takie podłe osoby w gronie uczestników konferencji, które wykorzystały tę lukę kosztem innych :(

Jedzenie

Poświęcanie osobnego akapitu na temat jedzenia podczas konferencji wydaje się co najmniej dziwne, ale… muszę (#żyjężebyjeść zamiast #jemżebyżyć) :D Jedzenie było po prostu wybitne i absolutnie zasługuje na pochwałę. Obiad miał formę szwedzkiego stołu, więc każdy mógł wybrać to, na co tylko miał ochotę. Bez wyliczonych porcji, dokładnie tyle, ile każdy potrzebuje, by nabrać sił w połowie intensywnego dnia, a to przecież ważne :) Wybór był potężny i absolutnie każdy mógł znaleźć coś dla siebie, w tym również wegetarianie, weganie i osoby z różnymi nietolerancjami i uczuleniami. Dodatkowo, jedzenie było naprawdę bardzo smaczne i świetnie przyprawione. Podobało mi się to, że wszystko było podpisane, więc dokładnie wiedziałam, co nakładam. W swoim codziennym życiu absolutnie unikam marnowania jedzenia i jakiekolwiek wyrzucanie jest dla mnie ostatecznością. Sytuacje, w których nakładam na talerz bliżej nieokreślone „coś”, po czym okazuje się, że nie jestem w stanie tego zjeść, są dla mnie ogromnie stresujące i krępujące, bo muszę to zostawić, a wiadomo, co się z tym stanie. Dzięki temu, że każde danie było podpisane, nie istniała możliwość zaliczenia wtopy – wiedziałam, co nakładam ♥ Mój brzuszek był w pełni dopieszczony i uważam to za bardzo miłe, że organizatorzy zadbali również o ten element.

Marki kosmetyczne, upominki

W części ogólnej wystawiały się marki kosmetyczne – można było poznać bliżej ich produkty, przetestować, powąchać. Wystawiały się między innymi: Annabelle Minerals, Natura Siberica, O2 Skin, Pierre Rene, MIYO, Neess, Pollena Eva, Efektima, Mustela i Roge Cavailles. Możliwe, że o jakiejś zapomniałam :) Na stanowisku Pollena Eva można było wykonać badanie skóry, z czego również skorzystałam. Okazało się, że moja skóra jest lekko odwodniona i bez względu na wiarygodność wyników takiego badania (cały dzień w klimatyzowanym pomieszczeniu, skóra zmęczona po całym dniu, pod warstwą niezbyt delikatnego makijażu), wzięłam to sobie do serca bo faktycznie dotychczas nie spożywałam właściwych ilości wody. Zmiany wdrożyłam już w życie i piję więcej :) Przyznaję bez bicia, że nie z każdą marką udało mi się porozmawiać – z częścią owszem, a do części nie dotarłam. Podczas przerw zupełnie traciłam orientację w czasie, spędzając czas na dyskusjach z innymi blogerkami i… tak wyszło :)
Upominki, które wszyscy uczestnicy otrzymali w torbach Meet Beauty, pokażę w nowościach miesiąca (pokazywałam na Stories, ale już zniknęło). Swoją drogą – rozdawanie toreb pod koniec wydarzenia to (moim  zdaniem) bardzo dobry pomysł. Przynajmniej nie trzeba było w międzyczasie tego dźwigać, tylko z przyjemnością oddawać się duchowi konferencji :)  
Chyba jedyną „niemiłą pamiątką„, jaką przywiozłam z konferencji jest… stan cery! O matko, nie pamiętam, kiedy moja cera miała się tak fatalnie! Zmiana otoczenia, warszawska woda, powietrze i spędzenie dwóch dni w klimatyzowanych pomieszczeniach (z klimatyzacją nie mam na co dzień prawie żadnej styczności!) dało mi nieźle w kość. Wróciłam z mega szorstką skórą i suchymi, łuszczącymi się plackami :) Minął tydzień i pomału wracam do normy :) Szczerze nie spodziewałam się, że moja buzia tak zareaguje. 

Nagroda Beauty # 2018

Najcenniejszym upominkiem przywiezionym z Meet Beauty jest dla mnie bezsprzecznie nagroda za Najlepszy Beauty Blog 2018 – o rany, jak ja się cieszę! Nie sposób wyrazić słowami emocje, które mi towarzyszyły w tamtym momencie! Gdy podczas uroczystego rozdania nagród wyczytano nazwę mojego bloga… czas jakby się zatrzymał! Buzia mi się rozdziawiła i zamarłam w bezruchu, zaś wokół rozbrzmiewały głośne oklaski. Panicznie zapytałam siedzącej obok Anija mam tam wyjść?„, a w międzyczasie organizatorka, Anna Pytkowska zdążyła już zapytać „nie ma Basi?:) ) Tak, to musiało chwilę trwać, ale mój szok był ogromny. Szłam tam zaskoczona, szczęśliwa i jednocześnie zestresowana (wyjść przed tyle osób nie jest łatwo!), mój piskliwy i przerażony głos był co najmniej zabawny no i z pewnością nie byłam przygotowana na to, co (mądrego ;) ) powiedzieć, ale… tak miło, tak cudownie jest zostać wyróżnionym! Chciałabym ogromnie podziękować wszystkim, którzy oddali na mnie swój głos, za wszystkie gratulacje i uściski :) . Cieszę się bardzo z tego wyróżnienia – szczególnie, że podczas konferencji było obecnych tyle wspaniałych blogerek, które robią świetną robotę i imponują mi na wielu płaszczyznach i gdzie mi tam do nich :) To dla mnie coś wielkiego!

Jednocześnie chciałabym z całego serducha pogratulować pozostałym wyróżnionym osobom:
NAJLEPSZY BEAUTY VLOG 2018 – Adrianna Grotkowska
NAJLEPSZY BEAUTY INSTAGRAM 2018 – mrsgasky
NAJLEPSZY BLOG/VLOG/INSTAGRAM W KAT PIELĘGNACJA – Kosmeologika
NAJLEPSZY BLOG/VLOG/INSTAGRAM W KAT MAKIJAŻ – aGwer
NAJLEPSZY BLOG/VLOG/INSTAGRAM W KAT PAZNOKCIE – Cienistość
NAJLEPSZY BLOG/VLOG/INSTAGRAM W KAT WŁOSY – Anwen

Za wskazówkaowy targ, jeżeli go mimożółcić? 6 sposobów

środa, Kwiecień 18th, 2018

zbyt różowy podkład, korygowanie odcienia podkładu, jak zmienić odcień podkładu, jak przyżółcić podkład

Sama nie wiem, co jest trudniejsze – kupić podkład o idealnych właściwościach, czy kupić podkład o idealnym odcieniu. Połączenie jednego z drugim wydaje się… wręcz niemożliwe. I choć odnoszę wrażenie, że odnalazłam już swój podkład idealny właściwościami, to niestety odcieniem tak do końca idealny nie jest. Z kolei idealny odcień uzyskuję w minerałkach (ale i tak mieszając 2 podkłady ;) ), ale tu z kolei właściwości nie do końca takie, jak bym chciała :D Ale co zrobić, gdy podkład jest za różowy lub po prostu zbyt beżowy, nijaki, jak nadać mu więcej tonów żółtych? Jest kilka możliwości! :)

Najważniejsza rada, która dotyczy każdego punktu – nie przygotowujcie dużej porcji na zapas! Mieszajcie na bieżąco, jednorazową porcję na spróbowanie – na czystym wierzchu dłoni, w miseczce, na talerzyku czy spodeczku. Są też specjalne paletki do mieszania dla wizażystów, jak np. » ta « z Kryolan, ale z perspektywy osoby, która maluje tylko samą siebie, nie czuję potrzeby zakupu ;) . Najpierw sprawdźcie, czy określona metoda w ogóle się Wam spodoba – jeżeli nie, a właściwości nie będą Wam pasowały, to przynajmniej nie zmarnujecie dużo podkładu. Podkład w oddzielnym słoiczku może też zaschnąć/zgęstnieć w wyniku dostępu powietrza. Lepiej przygotowywać sobie małe porcje na bieżąco.

1. Zmieszaj dwa podkłady

Ok, zaczynam od najmniej lubianej przeze mnie metody, co nie zmienia faktu, że powinnam o tym wspomnieć. Jeżeli macie dwa podkłady – jeden zbyt różowy/beżowy/neutralny, a drugi żółciutki, można je ze sobą zmieszać. Powinny spotkać się gdzieś w środku, ale efekt końcowy raczej nie będzie wyrazisty, o intensywnej tonacji :) Odnoszę wrażenie, że mieszanie podkładów ma jednak większy sens w przypadku posiadaniu za jasnego i za ciemnego. W przypadku mieszania podkładów, zwróćcie uwagę na ich właściwości, ponieważ uzyskana mieszanka będzie wypadkową obu rodzajów.

za różowy podkład, jak przyżółcić podkład, jak zmienić odcień podkładu, mieszanie odcieni podkładów, Missha Perfect Cover 13, Wet'n'wild Photofocus Soft Ivory

Wet’n'wild PhotoFocus Soft Ivory — mieszanka 1:1 — Missha Perfect Cover 13
za różowy podkład, jak przyżółcić podkład, jak zmienić odcień podkładu, mieszanie odcieni podkładów, Missha Perfect Cover 13, Wet'n'wild Photofocus Soft Ivory

2. Pigmenty sypkie i Color Blend

W sklepie Kolorówka.com można łatwo kupić sypkie pigmenty oraz bazy kolorystyczne Color Blend (te drugie są łatwiejsze w użyciu). To rozwiązanie tanie jak barszcz – torebka strunowa 5 ml kosztuje zaledwie 5,99 zł (dodam, że 5 ml to bardzo dużo i naprawdę nie warto kupować większej ilości na własne potrzeby). Dodatkowo fajną opcją jest możliwość połączenia zamówienia ze ZróbSobieKrem, ponosząc tylko jeden koszt wysyłki. Robię tak dość często, opłaca się, zawsze można dorzucić fajny hydrolat, kwas hialuronowy czy ekstrakt :) Co prawda zamówienie idzie trochę dłużej (bo sklepy mają siedzibę gdzieś indziej i muszą sobie wzajemnie dostarczyć zamówiony towar), ale jest to dobra opcja. 
W kontekście dzisiejszego wpisu najbardziej interesuje nas Color Blend Yellow (pigment: żółcień żelazowa), który nada tonów żółtych, ale oczywiście są też inne kolory:
Color Blend Green (pigment: zieleń chromowa) – doda tonów oliwkowych
Color Blend Blue (pigment: błękit ultramarynowy) – ochłodzi, przygasi barwę – jeżeli jest za żółty, za pomarańczowy 
Color Blend Red (pigment: czerwień żelazowa) – ociepli podkład 
Color Blend White (pigment: dwutlenek tytanu) – rozjaśni podkład
Widziałam, że pigmenty są też dostępne w e-naturalne, ale nie miałam z nimi styczności. 
Zaletą Color Blendów jest to, że dosyć łatwo łączą się z podkładem płynnym i udawało mi się je dokładnie rozmieszać nawet palcem na dłoni (z podkładem sypkim, mineralnym – rozetrzeć w torebce strunowej). W przypadku pigmentów, zalecane jest użycie spieniacza do mleka (ze zdjętą sprężynką), a w przypadku podkładów sypkich – ucieranie w moździerzu. W przypadku niedokładnego rozmieszania można się spodziewać nieeestetycznych smug ;) . Są też bardzo tanie i diabelnie wydajne – naprawdę trzeba użyć odrobinki! Ja dozuję za pomocą wąskiej, metalowej szpatułki (recenzja). 
Niestety używanie Color Blend Yellow nie jest dla mnie satysfakcjonujące. Ma on barwę żółto-ciepłą, idącą delikatnie w tony pomarańczowe. Jest mocno nasycony i może przyciemnić podkład. Ja jestem żółto-chłodna, idąca lekko w oliwkę, więc tonacja ciepła mnie nie urządza. Próbowałam kombinować z mieszanką Color Blend Yellow + Green + White, ale żadne proporcje nie dały mi tego, czego oczekuję. 
Dodatkowo, Color Blendy wpływają na właściwości podkładu, mogą sprawić, że będzie cięższy, bardziej widoczny na skórze, podkreślający suche skórki, mocniej kryjący i mogą zwiększyć ryzyko warzenia, jeżeli macie ku temu tendencję. Oczywiście tego się dodaje dosłownie odrobinkę, więc na (prawie) każdym blogu i w (prawie) każdym filmiku przeczytacie/usłyszycie „nie zmienia właściwości podkładu”, ale moja cera jest na takie zmiany bardzo podatna (warzy mi się 90% podkładów ;) ) i różnica była dla mnie odczuwalna. Możliwe, że dla Was nie będzie – nie przekonacie się, póki nie spróbujecie ;) . Kolejna kwestia jest taka, że są bardzo napigmentowane i… łatwo z nimi przegiąć, jak zobaczycie na zdjęciach poniżej. A wiecie, jak to jest – człowiek się rano spieszy, sypnie za dużo no i klops, trzeba poprawiać. No i są to proszki, więc łatwo je rozsypać, pobrudzić się, a wystarczy nawet wydech, by cała porcja sfrunęła na spodnie przed zmieszaniem. 
Ciekawy odcień wychodzi w wyniku zmieszania Color Blend z białym podkładem w płynie (za chwilkę zaprezentuję, a wiele propozycji białych podkładów znajdziecie w TYM wpisie), ale tutaj ponownie pojawia się kluczowa kwestia – odcień jest piękny, ale jak z właściwościami? U mnie kiepsko (efekt j.w.). Niemniej jednak to może być ciekawy pomysł do stworzenia żółtego mixera DIY.
Uważam, że warto choć raz spróbować „jak to działa” i przekonać się na własnej skórze, ale to nie jest to, czego JA szukam :)

za różowy podkład, jak przyżółcić podkład, jak zmienić odcień podkładu, pigmenty sypkie Kolorówka, Color Blend Kolorówka, Color Blend Yellow, Color Blend Green, Color Blend White

Missha Perfect Cover 13 + Color Blend Yellow, próba 1:
przed rozmieszaniem (sypnęłam stanowczo za dużo) — w trakcie mieszania — po rozmieszaniu
Tu już na pierwszy rzut oka widać, że przegięłam z ilością, ale… z proszkami tak właśnie jest, ich dozowanie nigdy nie jest łatwe i przyjemne. 
za różowy podkład, jak przyżółcić podkład, jak zmienić odcień podkładu, pigmenty sypkie Kolorówka, Color Blend Kolorówka, Color Blend Yellow

Missha Perfect Cover 13 + Color Blend Yellow, próba 2:
zdjęcie po lewej: przed rozmieszaniem (sypnęłam mniej, tym razem akurat)
zdjęcie po prawej: próba 2 (akurat), czysta Missha, próba 1 (za dużo)
za różowy podkład, jak przyżółcić podkład, jak zmienić odcień podkładu, pigmenty sypkie Kolorówka, Color Blend Kolorówka, Color Blend Yellow

Missha — Missha+CB White — Missha+CB Green — Missha+CB Yellow
przed rozmieszaniem

za różowy podkład, jak przyżółcić podkład, jak zmienić odcień podkładu, pigmenty sypkie Kolorówka, Color Blend Kolorówka, Color Blend Yellow, Color Blend Green, Color Blend White

Missha — Missha+CB White — Missha+CB Green — Missha+CB Yellow
po rozmieszaniu

za różowy podkład, jak przyżółcić podkład, jak zmienić odcień podkładu, pigmenty sypkie Kolorówka, Color Blend Kolorówka, Color Blend Yellow, Color Blend Green, Color Blend White

można również mieszać pigmenty podwójnie, a nawet potrójnie :)
Missha — Missha+CB Yellow+Green+White — Missha+CB Yellow+White — Missha+CB Yellow+Green

za różowy podkład, jak przyżółcić podkład, jak zmienić odcień podkładu, pigmenty sypkie Kolorówka, Color Blend Kolorówka, Color Blend Yellow, Color Blend Green, Color Blend White

Oczywiście mam świadomość, że nikt nie wyjdzie z takim zielonym Shrekiem do ludzi, ale zdjęcie obrazuje, że te proszki są naprawdę mocno napigmentowane (a w szczególności zieleń!) i trzeba mocno uważać z dawkowaniem, ponieważ prawdziwa moc pokazuje się dopiero przy pełnym roztarciu – z każdą chwilą mieszania podkład zmienia kolor coraz mocniej.

3. Żółty mixer, żółta baza

Są specjalne, żółte mixery, stworzone właśnie w celu zmiany odcienia podkładu. I tu na mojej twarzy pojawia się grymas bo…
Dostępne w Polsce:
Koniec. Tak, smutna prawda jest taka, że nie znam ŻADNEGO innego żółtego mixera, dostępnego w Polsce. Godziny spędzone w Google niestety mnie w tym utwierdziły (jeżeli Wy znacie, koniecznie dajcie znać!!!). Długo zastanawiałam się nad zakupem MUFE, ale nieudana przygoda z Color Blend Yellow spowodowała, że tego nie zrobiłam. Dlaczego? Bo MUFE również ma ten niepożądany, ciepły podton, żółto-pomarańczowy, którego ja właśnie unikam. Jeżeli Wy nie – można spróbować :)
Niedostępne w Polsce:
- Kett Yellow – wygląda bardzo interesująco!
- Temptu Yellow Adjuster 
- Dinair Glamour Makeup Adjuster 
- Mistair Adjuster 
- Mehron LUX AirBrush Makeup
- Coastal Scents Undercover Liquid Color Corrector Yellow – bardzo ładny, ale już chyba niedostępny?
Z pewnością jest ich o wiele więcej, ale myślę, że nie ma sensu dalej grzebać w zagranicznym asortymencie. Jedno jest pewne – dostępność żółtych mixerów w Polsce jest zatrważająco słaba.

Jakimś pomysłem jest zrobienie DIY mixera, są dwie opcje:
- biały podkład lub biały mixer + Color Blend Yellow, opisałam wyżej, no ale pozostaje kwestia właściwości
- biały podkład lub biały mixer + żółty barwnik spożywczy, opiszę za chwilę

Wiem, że niektórzy mieszają też podkłady z żółtymi bazami, ale myślę, że ich pigmentacja nie jest na tyle oszałamiająca, by faktycznie mocno wpłynąć na kolor podkładu. Propozycje żółtych baz:
- NYX Color Correcting Primer
- Inglot HD Yellow
- Golden Rose, CC, Color Correcting Primer 
- MAC Prep Prime CC Colour Correcting Neutralize
i, zapewne, wiele innych… 
za różowy podkład, jak przyżółcić podkład, jak zmienić odcień podkładu, mieszanie podkładu z żółtą bazą, Missha Perfect Cover 13, Inglot HD Yellow baza

zdjęcie po lewej: Missha Perfect Cover 13, Inglot HD Yellow
zdjęcie po prawej: zmieszana Missha+Inglot, czysta Missha

Efekt wizualny całkiem niezły, ale zwróćcie uwagę na proporcje (praktycznie 1:1) – podkład się rozrzedza, robi się specyficznie śliski. Nie mam pojęcia, jak to się utrzyma w ciągu dnia, nie testowałam ;)

za różowy podkład, jak przyżółcić podkład, jak zmienić odcień podkładu, mieszanie podkładu z żółtą bazą, Missha Perfect Cover 13, Inglot HD Yellow baza

4. Żółty korektor

Sposób, który u mnie sprawdza się najlepiej. Mieszam odrobinę żółtego korektora z podkładem, dzięki czemu mogę uzyskać ładny, żółty odcień. Korektor zwykle ma dobre krycie, jest dobrze napigmentowany i wystarczy odrobina, by mocno wpłynąć na odcień podkładu. Dodatkowo ma czysto-żółty odcień, więc nie muszę się bać pomarańczki :)
Do tej pory najbardziej polubiłam L.A. Girl HD PRO Conceal w odcieniu Light Yellow (mój ma numer GC995, bo jest jeszcze GC991 Yellow i on jest już ciemniejszy). Dostępny w Mintishop (klik) za 24,90 zł. Jest ładny, czysto-żółty, nie przyciemnia podkładu. Może się też sprawdzić do korygowania zasinień pod oczami (żółty dobrze neutralizuje fiolet), ale w moim odczuciu wygląda trochę ciężko i nieestetycznie. Więc teoria swoje, a praktyka swoje.
Inne, przykładowe żółte korektory:
Kobo Modeling Illuminator 103
NYX HD Yellow Concealer
Delia, Free Skin, Under Eye Concealer, Yellow – swatch TUTAJ, niestety to bardziej beż niż żółty :/
Catrice, Anti-Dark Circle
Oczywiście jest też cała masa żółtych korektorów w kredce oraz kremie (kamuflaży) – szczególnie w paletkach korektorów, ale one z pewnością będą już trudniejsze do połączenia z podkładem. Żółty korektor mineralny (sypki) ma np. firma Lily Lolo (odcień PeepO). 
za różowy podkład, jak przyżółcić podkład, jak zmienić odcień podkładu, mieszanie podkładu z żółtym korektorem, Missha Perfect Cover 13, L'Oreal True Match 1 Ivory, Kobo Modeling Illuminator 103, L.A. Girl HD Pro Conceal GC995 Light Yellow

zdjęcie po lewej: L’Oreal True Match 1 Ivory — Kobo Modeling Illuminator 103 — L.A.Girl Light Yellow
zdjęcie po prawej: Missha + korektory, kolejność jak wyżej

za różowy podkład, jak przyżółcić podkład, jak zmienić odcień podkładu, mieszanie podkładu z żółtym korektorem, Missha Perfect Cover 13, L'Oreal True Match 1 Ivory, Kobo Modeling Illuminator 103, L.A. Girl HD Pro Conceal GC995 Light Yellow

Missha Perfect Cover 13 — Missha+L’Oreal — Missha+Kobo — Missha+L.A. Girl
za różowy podkład, jak przyżółcić podkład, jak zmienić odcień podkładu, mieszanie podkładu z żółtym korektorem, Missha Perfect Cover 13, L'Oreal True Match 1 Ivory, Kobo Modeling Illuminator 103, L.A. Girl HD Pro Conceal GC995 Light Yellow
dodałam jeszcze odrobinę korektorów (w tej samej konfiguracji) dla uwydatnienia różnic
Missha Perfect Cover 13 — Missha+L’Oreal — Missha+Kobo — Missha+L.A. Girl
jak widać, najlepiej radzi sobie L.A. Girl, następnie L’Oreal, a najgorzej Kobo
Kobo jest niestety półtransparentny, bardzo słabo napigmentowany

za różowy podkład, jak przyżółcić podkład, jak zmienić odcień podkładu, mieszanie podkładu z żółtym korektorem, Missha Perfect Cover 13, L'Oreal True Match 1 Ivory, Kobo Modeling Illuminator 103, L.A. Girl HD Pro Conceal GC995 Light Yellow

5. Barwnik spożywczy / DIY żółty mixer

Używanie barwnika spożywczego w celu zmiany odcienia podkładu jest bez wątpienia metodą najbardziej kontrowersyjną. Nawet moja pierwsza myśl brzmiała mniej więcej „kogoś chyba pogięło…” ;) . Po raz pierwszy zobaczyłam to na zagranicznym YouTube i postanowiłam zaryzykować (z powodu uzyskiwanego pięknego odcienia), ale z ogromną dawką ostrożności, ponieważ wiadomo ile w sieci jest bzdur i porad, które mogą zaszkodzić. Gdy przesyłka z barwnikami (mam żółty i zielony) do mnie dotarła, zapytałam koleżanki, która doskonale zna się na składach (podsyłając jej zdjęcie składu moich konkretnych produktów), czy to w ogóle będzie bezpieczne. Koleżanka uspokoiła mnie, że wykorzystane w nich składniki pojawiają się w wielu kosmetykach i znajdę je wszędzie wokół, więc raczej nie ma obaw, ale warto zachować ostrożność. Pierwsza kwestia jest taka, że barwnik innej firmy może mieć inny skład (miejcie to na uwadze), a druga taka, że każda skóra może zareagować inaczej (np. indywidualne reakcje uczuleniowe). Może jestem przewrażliwiona, bo na chłopski rozum skoro można to spożywać (nie bezpośrednio oczywiście), to na skórze w ułamku dawki nic się nie powinno dziać, ale wolę dmuchać na zimne. Nie sądzę, by ktokolwiek to badał pod kątem kontaktu ze skórą. 
Generalnie – trudno jest mi polecać tę metodę, bo jest tak abstrakcyjna, że wykracza nawet poza moje granice normalności :D
za różowy podkład, jak przyżółcić podkład, jak zmienić odcień podkładu, mieszanie podkładu z żółtym barwnikiem spożywczym, Missha Perfect Cover 13, żółty barwnik spożywczy

W filmach na YouTube widziałam, jak dziewczyny dozowały kropelkę barwnika bezpośrednio do porcji podkładu. No cóż, u mnie skończyło się to bardzo źle (za pierwszym razem, nieuwiecznionym na zdjęciu) :D . Za drugim razem postanowiłam być „mądrzejsza” i najpierw pokryłam skórę bazą, która w założeniu miała izolować skórę od barwnika. No cóż. Byłam mądrzejsza tylko teoretycznie.

zdjęcie po lewej: posmarowałam skórę bazą pod makijaż
zdjęcie w środku: porcja podkładu (jak widać spora!)
zdjęcie po prawej: porcja podkładu+kropla barwnika (rozmieszane), sam podkład

za różowy podkład, jak przyżółcić podkład, jak zmienić odcień podkładu, mieszanie podkładu z żółtym barwnikiem spożywczym, Missha Perfect Cover 13, żółty barwnik spożywczy
Powiem tak… ten konkretny barwnik (tej firmy) jest turbo-napigmentowany. Jedna kropla w połączeniu z dużą porcją podkładu = kanarek na twarzy. Nie ma opcji – trzeba albo sobie zrobić DIY żółty mixer, albo przygotować większą porcję (kilka pompek podkładu + jedna kropla barwnika). Pojedyncza porcja, nawet duża, nie ma racji bytu.
Pomimo zastosowania bazy, moja skóra została uroczo zafarbowana na żółto, brawo ja ♥
za różowy podkład, jak przyżółcić podkład, jak zmienić odcień podkładu, mieszanie podkładu z żółtym barwnikiem spożywczym, Missha Perfect Cover 13, żółty barwnik spożywczy

ALE zauważcie jaki ładny odcień można uzyskać w połączeniu z białym podkładem (tu: L.A. Girl PRO Coverage GLM641 White) i jest to całkiem ciekawa opcja do zrobienia żółtego mixera DIY.

biały podkład L.A. Girl + kropla barwnika spożywczego — biały podkład L.A. Girl + Color Blend Yellow 
za różowy podkład, jak przyżółcić podkład, jak zmienić odcień podkładu, DIY żółty mixer, DIY yellow foundation mixer

poniżej proporcje jak na poprzednim zdjęciu (po roztarciu) + dodałam biały podkład po prawej dla porównania o ile zmienił się odcień mieszanek

za różowy podkład, jak przyżółcić podkład, jak zmienić odcień podkładu, DIY żółty mixer, DIY yellow foundation mixer

tu dodałam jeszcze troszkę Color Blend Yellow po prawej – widać, że ten odcień idzie lekko w brzoskwinię :(  

za różowy podkład, jak przyżółcić podkład, jak zmienić odcień podkładu, DIY żółty mixer, DIY yellow foundation mixer
Moje testy miały oczywiście kontynuację, gdyż zrobiłam sobie żółty mixer (przy użyciu białego podkładu L.A. Girl + żółtego barwnika spożywczego). Nie użyłam białego mixera NYX bo… jest mi go szkoda :P Ale można.

za różowy podkład, jak przyżółcić podkład, jak zmienić odcień podkładu, DIY żółty mixer, DIY yellow foundation mixer

Próba 1: biały podkład L.A. Girl + żółty barwnik 

Niestety proporcje na oko, więc nie podam. No i tutaj moje ostrzeżenie – ta mieszanka zawsze będzie jasno-żółta, czyli niepozorna i wzbudzająca „phi? takie jasne? przecież to nie zmieni odcienia podkładu!„. Nie dajcie się zwieść pozorom i nie dodawajcie więcej barwnika, żeby mieszankę przyciemnić. Ta niepozorna, śliczna mieszanka po lewej w połączeniu z porcją podkładu, po roztarciu daje MEGA kanarka. Nawet, jeżeli wydaje się to niemożliwe (no bo różowy + jasny zółty będzie lekko żółtawy, prawda? nieprawda :D )

za różowy podkład, jak przyżółcić podkład, jak zmienić odcień podkładu, DIY żółty mixer, DIY yellow foundation mixer

Próba 2: ta sama mieszanka, ale dałam dużo mniej mixera. Wręcz śladową ilość. Trochę lepiej, ale nadal źle. 
Na zdjęciu po prawej efekt zmieszania: próba 2, próba 1, czysty podkład

za różowy podkład, jak przyżółcić podkład, jak zmienić odcień podkładu, DIY żółty mixer, DIY yellow foundation mixer

Próba 3: do porcji mixera dodałam więcej białego podkładu, bo z tamtym się nie dało pracować :D
Jak widać – użyłam raczej niewiele. Efekt po zmieszaniu – nadal kanarek. 

za różowy podkład, jak przyżółcić podkład, jak zmienić odcień podkładu, DIY żółty mixer, DIY yellow foundation mixer

Próba 4: nie ingerowałam w zawartość mixera, ale użyłam jego śladowej ilości. Dosłownie dotknęłam czubkiem metalowej szpatułki, pozostawiając tyci kropeczkę. Efekt? Lepszy!

zdjęcie po prawej: Missha, próba 4, próba 3

za różowy podkład, jak przyżółcić podkład, jak zmienić odcień podkładu, DIY żółty mixer, DIY yellow foundation mixer
Wnioski? Z tym konkretnym barwnikiem nie ma szans na przygotowywanie bieżącej porcji podkładu, gdyż jest zbyt napigmentowany. Opcje są dwie:
1) przygotowanie większej porcji podkładu w osobnym słoiczku z JEDNĄ kropelką barwnika
2) zrobienie DIY żółtego mixera (na bazie białego podkładu lub białego mixera) z barwnikiem spożywczym w małym słoiczku. Ale uwaga: zalecam ogromną ostrożność w dawkowaniu, ponieważ ta mieszanka zawsze zostanie jasno-żółta. Nie dawajcie za dużo barwnika, bo ta niepozorna mieszanka będzie zbyt mocno napigmentowana, jak u mnie. Dopiero dodanie więcej białego podkładu i jednoczesne używanie mikroskopijnej ilości pozwoliło mi uzyskać efekt, w którym można wyjść do ludzi. 
A moje wrażenia ze stosowania – pozytywne :) Tu ilość jest naprawdę mikroskopijna, a i tak rozpuszczona w białym podkładzie, więc jeszcze dodatkowo rozcieńczona. Użycie odrobinki sprawia, że właściwości podkładu się nie zmieniają (nie skraca się trwałość, nie wzmaga błyszczenie, podkład się nie warzy), a kolor zmienia się na plus. Ale jak już wspomniałam – trudno jest mi to rozwiązanie polecać. Na własne ryzyko ;)

6. Żółty puder

Istnieją również pudry żółte i „bananowe”, którymi można lekko skorygować odcień podkładu. 
Prasowane:
Clinique Redness Solutions Instant Relief Mineral Pressed Powder
Kobo Brightener Matt Powder 313 Banana Cream
Freedom HD Pro Finish Banana
Sypkie:
Inglot, transparentny puder matujący 217
Glazel, puder sypki bananowy
Ben Nye Banana
Ecocera, sypki puder bananowy
Wibo Banana Powder 
Hean, Banana Luxury Powder
Makeup Revolution, Luxury Powder Banana
Freedom, HD Pro Artist, puder sypki bananowy
W7, Banana Dreams
Z powyższych miałam: Ben Nye, Kobo oraz Glazel. Ben Nye jest ładny, ale bardziej beżowy niż faktycznie żółciutki, niewiele skoryguje. Glazel miałam w odcieniu B2, ale niestety był dla mnie zbyt ciemny i nie mogłam do używać, już dawno poszedł w świat. Z kolei Kobo w opakowaniu wydaje się być ładny, żółciutki, ale już na skórze tego efektu nie ma – sam z siebie raczej skoryguje niewiele. Jestem bardzo ciekawa tego Clinique, który wydaje się być mocno żółciutki :)  
Oczywiście można też samemu dodać żółtego pigmentu (Color Blend Yellow) do dowolnego pudru sypkiego, by skierować go bardziej w kierunku tonów żółtych.

Po lewej: Kobo Brightener Matt Powder (góra), Ben Nye Banana (dół)
Środek: DIY puder bananowy (góra), Color Blend Yellow (dół)
Po prawej: RCMA No-Color Powder
za różowy podkład, jak przyżółcić podkład, jak zmienić odcień podkładu, żółty puder, yellow powder, puder bananowy, DIY banana powder, Kobo Brightener Matt Powder, Ben Nye Banana, RCMA No-Color Powder, Color Blend Yellow

DIY puder bananowy – instrukcja:

Wsypałam puder RCMA (można użyć dowolnego ;) ) do torebki strunowej i dosypałam trochę Color Blend Yellow (na oko ;) )

przepis na puder bananowy, przepis na żółty puder, instrukcja puder bananowy, instrukcja żółty puder, DIY banana powder, DIY żółty puder, jak zmienić odcień podkładu, za różowy podkład, jak przyżółcić podkład

Podczas rozcierania widać, że zaczynają się łączyć (ucieram zamkniętą torebkę w dłoni)
Po roztarciu puder jest już ładny, żółciutki

przepis na puder bananowy, przepis na żółty puder, instrukcja puder bananowy, instrukcja żółty puder, DIY banana powder, DIY żółty puder, jak zmienić odcień podkładu, za różowy podkład, jak przyżółcić podkład

DIY puder bananowy — Ben Nye Banana — Kobo Brightener
po lewej gruba warstwa, po prawej roztarte
za różowy podkład, jak przyżółcić podkład, jak zmienić odcień podkładu, żółty puder, yellow powder, puder bananowy, DIY banana powder, Kobo Brightener Matt Powder, Ben Nye Banana, RCMA No-Color Powder, Color Blend Yellow

Należy mieć świadomość, że taki puder nie skoryguje zbyt mocno odcienia podkładu. Trochę tak, ale bez szału :)

Podsumowanie

Pomimo różnych możliwości korygowania odcienia podkładu, tylko jedną jestem w stanie z czystym sumieniem polecić i jest nią dodawanie odrobiny żółtego korektora do porcji podkładu (najbardziej polecam L.A. Girl HD Pro Conceal GC995 Light Yellow z powodu dobrej pigmentacji, ładnego odcienia i korzystnej ceny). Wszystkie pozostałe metody w moim odczuciu mają zbyt wiele wad:
  • mieszanie dwóch podkładów nie zagwarantuje intensywnych żółtych tonów, ponieważ podkład żółty i różowy dadzą barwę raczej neutralną + właściwości są nieprzewidywalne
  • pigmenty sypkie i Color Blend mogą (ale nie muszą) sprawiać, że podkład będzie cięższy, bardziej kryjący, widoczny na skórze, może bardziej podkreślać suche skórki i rozszerzone pory oraz się warzyć. Co jest jednak dla mnie najbardziej dyskwalifikujące – Color Blend Yellow jest żółto-ciepły (lekko idący w pomarańcz), a nie żółto-chłodny + może nieco przyciemnić podkład. Dodatkowo z proszkami ciężko się pracuje – wystarczy wydech, by je niechcący zdmuchnąć na spodnie. Są też mocno napigmentowane, więc łatwo przesadzić i znowu trzeba korygować…
  • żółte mixery wydają się rozwiązaniem idealnym, ale polski rynek jest w tym zakresie koszmarnie ubogi i jedyny znany mi produkt tego typu (MUFE) również jest żółty-ciepły… Można zrobić DIY żółty mixer na bazie białego podkładu lub białego mixera, dodając Color Blend Yellow (tu znowu ryzyko warzenia i żółto-ciepły odcień) albo żółty barwnik spożywczy (tu ryzyko nadmiernej pigmentacji i bezpieczeństwa składu konkretnego produktu)
  • żółte pudry zwykle nie są aż tak napigmentowane, by faktycznie mocno wpływać na odcień podkładu – mogą odrobinę skorygować, ale niewiele. A słynny Ben Nye Banana jest raczej beżowy niż żółty… 
  • żółty barwnik spożywczy to rozwiązanie tak abstrakcyjne, że ciężko mi je polecać. Barwnik, który posiadam, jest zbyt napigmentowany, więc przygotowanie jednorazowej porcji podkładu, nawet z jedną kroplą, jest niemożliwe. W grę wchodzi albo większa porcja, albo DIY żółty mixer. Skład mojego został przyjęty pozytywnie przez osobę, która zna się na rzeczy, ale nie zawsze tak będzie. Inny barwnik może mieć skład nieprzyjazny dla skóry i istnieje ryzyko podrażnienia/reakcji uczuleniowej, a to już kwestia bardzo indywidualna. Trzeba mieć na uwadze, że nie jest to produkt przebadany pod kątem kontaktu ze skórą. Na własne ryzyko. 
Zobacz też:

Zdarza się Wam korygować odcień podkładu? :)

↓↓↓ Zrzędzić gderanie wpis jest dla Ciebie wskazany, udostępnij ♥ ↓↓↓

Coslys, szamponpretendowaćcoolłosów przetłuszczających się tudzież płynniewyobrażalny demakijażu z ekstraktem z lilii

piątek, Kwiecień 13th, 2018

Od 1,5 miesiąca używam dwóch paragrafów ciekawej marki Coslys, która zodrazaścią zainteresuje wiele osób. Jestuczulenie alergicznyprzy sposobności marka naturalna, jej produkty mają oznaczenie Cosmebio, są certyfikowane służebna dzieworództwo ECOCERT, a wykorzystywane tworzyć pochodzą z upraw ekologicznych. A periodyczna gazik drasnąć dodamyprzesłankacóreczka, że te kosmetyki są wegańskie, cruelty free, marka wspiera też One Voice (organizacja wspierającaplajtalakoniczny), a… ceny są bardzo przystępne, to z całą goryl bodziecścią wiele osób się ucieszy :) Ja przypuszczalnie być na respondent annalistajestem aż niechęć restrykcyjnaw swoich wyborach, ale robitymczasemestetyczny mnie pozytywnezdawać się mieć wygląd nieznośny stanowi utensylia gwiezdny astrochemia – wyciągać przedłużenie, że oba produkty sprawdziły się u mnie bardzo nabierać tempa (ups, spoiler ;) ). Dziś przedstawię Wam moje wrażenia ze stosowania: szamponusposobność as w rękawietrendyłosów przetłuszczających się straszny agresywny płynutuz asumpt demakijażu z ekstraktem z lilii
Coslys szampon do włosów przetłuszczających się, Coslys płyn do demakijażu z ekstraktem z lilii, dobry szampon do włosów, dobry płyn do demakijażu

Szampon do włosów przetłuszczających się znajduje się w umiarkowanie miękkiej tubie stojącej na zatrzasku. Od nowości zatrzask jest zabezpieczony folią więc mamy pewność, że kosmetyk nie był otwierany. 

Coslys szampon do włosów przetłuszczających się, dobry szampon, łagodny szampon, naturalny szampon
Coslys szampon do włosów przetłuszczających się, dobry szampon, łagodny szampon, naturalny szampon

Coslys szampon do włosów przetłuszczających się, dobry szampon, łagodny szampon, naturalny szampon

Coslys szampon do włosów przetłuszczających się, dobry szampon, łagodny szampon, naturalny szampon

Co prawda polski opis znajduje się tylko na naklejanej etykiecie, ale po 1,5 miesiąca muszę stwierdzić, że etykieta trzyma się bez zarzutu. Nieco się pomarszczyła, ale napisy nie spłynęły ani się nie wytarły, wszystko nadal jest czytelne mimo, że tuba stoi pod prysznicem i ma ciągły kontakt z wodą. 

Coslys szampon do włosów przetłuszczających się, dobry szampon, łagodny szampon, naturalny szampon

Coslys szampon do włosów przetłuszczających się, dobry szampon, łagodny szampon, naturalny szampon

Na początku odrobinę denerwował mnie dozownik. Otóż w środku tego (całkiem sporego) otworu znajduje się… mini dziureczka, jak od igły :D W związku z tym, szampon wylewa się baaaardzo powoli i trzeba chwilę ponaciskać tubę, by wydobyć odpowiednią ilość. Wymaga to odrobinę więcej siły i czasu, ale plus jest taki, że nie sposób wydobyć zbyt wiele – bo przegapienie tego momentu jest praktycznie niemożliwe ;) Dzięki temu szampon staje się wydajny (ile razy zdarzyło mi się w innych szamponach wycisnąć za dużo ;) ). Pierwsze użycia były lekko irytujące, ale z czasem się przyzwyczaiłam.

Coslys szampon do włosów przetłuszczających się, dobry szampon, łagodny szampon, naturalny szampon

Szampon nie jest ani zbyt gęsty, ani zbyt rzadki – w sam raz. Pieni się dobrze i tworzy przyjemną, zwartą, jakby lekko kremową pianę. Pachnie miętowo i jest to stuprocentowo naturalny zapach mięty. Nie żaden Orbit, nie synteteczna, komercyjna mięta. Zapach identyczny z tym, który wydobywa się po otwarciu pudełka z herbatą miętową :) Zawiera naturalny olejek z mięty pieprzowej, więc to z pewnością jego zasługa. I nawet ja, nie przepadająca za zapachem mięty w kosmetykach, uważam go za przyjemny i odświeżający. Nie utrzymuje się na włosach, jest wyczuwalny tylko podczas mycia. 

Coslys szampon do włosów przetłuszczających się, dobry szampon, łagodny szampon, naturalny szampon

Szampon bardzo dobrze myje włosy, ale nie aż za mocno, tak jak miałam ostatnio z szamponem oczyszczającym Nivea (recenzja), którego nie udało mi się zużyć do końca zgodnie z przeznaczeniem bo nie wytrzymałam z tym rypaczem ;) . Włosy po szamponie Coslys są dobrze oczyszczone i lekko uniesione u nasady, nie ma mowy o jakimkolwiek przyklapie. Użycie odżywki będzie raczej konieczne – włosy są lekko tępe tuż po umyciu, ale już po wyschnięciu miękkie i nieprzesuszone :) . W związku z tym uważam, że oczyszcza idealnie „w punkt” – nie za mocno, nie za słabo. Chyba jedyne, czego mi zabrakło, to wydłużenia świeżości włosów pomiędzy myciami – szampon ani nie skrócił, ani nie wydłużył świeżości. Muszę tu jednak zaznaczyć, że moja skóra głowy jest bardzo wymagająca i jak dotąd tylko jeden (!) szampon to uczynił, na dziesiątki testowanych, więc myślę, że po prostu warto spróbować na sobie. Dla mnie to przyjemniaczek na co dzień.
Szampon kosztuje 36,99 zł za 250 ml TUTAJ. Jest też wersja 500 ml (59,99 zł)
Jest wydajny – używam od około 1,5 miesiąca praktycznie codziennie i jeszcze czuję, że w butelce jest go sporo (nieprzezroczysta, więc nie widzę ile dokładnie ;) )

Coslys płyn do demakijażu z ekstraktem z lilii, dobry płyn do demakijażu, naturalny płyn do demakijażu, łagodny płyn do demakijażu

Drugim testowanym przeze mnie produktem jest płyn do demakijażu z ekstraktem z lilii. W jego przypadku etykieta jest na kartoniku :) Jest to kosmetyk, który zdobył różne nagrody w konkursach organizowanych przez Glamour oraz InStyle: Best Beauty Buys 2013 oraz Glamour Glammies 2015. Nie ukrywam, że rozbudziło to moją ciekawość ;)

Coslys płyn do demakijażu z ekstraktem z lilii, dobry płyn do demakijażu, naturalny płyn do demakijażu, łagodny płyn do demakijażu

Coslys płyn do demakijażu z ekstraktem z lilii, dobry płyn do demakijażu, naturalny płyn do demakijażu, łagodny płyn do demakijażu

Coslys płyn do demakijażu z ekstraktem z lilii, dobry płyn do demakijażu, naturalny płyn do demakijażu, łagodny płyn do demakijażu

Biała butelka z bardzo estetyczną etykietą jest wykonana z plastiku 2 (HDPE) – bezpieczniejszego od PET. Dozownik jest w formie atomizera. Wiem, że niektórzy narzekają na takie rozwiązanie, ale muszę przyznać, że w tym przypadku jest to plusem. O wiele łatwiej dozować pożądaną ilość (kilka psiknięć na wacik) niż w przypadku zwykłego dozownika w postaci otwartej „dziury”, przez którą zwykle wylewa się zbyt wiele. Dzięki temu płyn jest o wiele wydajniejszy (a przy pojemności 125 ml myślę, że to nie bez znaczenia). Dodatkowo psiknięcie jest skoncentrowane, więc nie rozpyla płynu wszędzie wokół, lecz prosto na wacik. 

Coslys płyn do demakijażu z ekstraktem z lilii, dobry płyn do demakijażu, naturalny płyn do demakijażu, łagodny płyn do demakijażu

Coslys płyn do demakijażu z ekstraktem z lilii, dobry płyn do demakijażu, naturalny płyn do demakijażu, łagodny płyn do demakijażu

Coslys płyn do demakijażu z ekstraktem z lilii, dobry płyn do demakijażu, naturalny płyn do demakijażu, łagodny płyn do demakijażu

Coslys płyn do demakijażu z ekstraktem z lilii, dobry płyn do demakijażu, naturalny płyn do demakijażu, łagodny płyn do demakijażu

Płyn ma roślinno-kwiatowy zapach, którego niestety nie umiem określić. Nie jest to zapach ziołowy, lecz raczej idący w stronę jakiegoś roślinno-kwiatowego hydrolatu. Specyficzny ;) Płyn jest bezbarwny i ma również usuwać makijaż wodoodporny, choć nie jest dwufazowy (!). 

Coslys płyn do demakijażu z ekstraktem z lilii, dobry płyn do demakijażu, naturalny płyn do demakijażu, łagodny płyn do demakijażu

I muszę przyznać, że… z makijażem radzi sobie doskonale! To jeden z najprzyjemniejszych płynów, z którymi miałam styczność. Przede wszystkim – nie rozmazuje kosmetyków, tylko skutecznie przyciąga je na wacik, prawie jak magnes. Jeżeli wacik ma już na sobie makijaż, a psiknę jeszcze raz, by zwilżyć go mocniej, natychmiast robi się w tym miejscu biała przestrzeń! Rzadko sięgam po tusze wodoodporne, ale spróbowałam raz zmyć makijaż wodoodporny płynem Coslys i też dał radę (choć płyny dwufazowe lub olejki radzą sobie bez wątpienia lepiej). Wszelkie trwałe, mocno kryjące podkłady nie są dla niego żadnymi przeciwnikami i w mig znikają ze skóry. Nie rozmazują się, nie zbierają w rozszerzonych porach, po prostu przenoszą na wacik. A usuwanie niewodoodpornego makijażu oczu to dla niego pestka. Nie trzeba wojować z mnóstwem wacików i rozpuszczaniem na raty. Jestem nim bardzo pozytywnie zaskoczona i używam z dużą przyjemnością! Po użyciu skóra jest odrobinę lepka, ale dla mnie demakijaż to pierwszy krok, później i tak myję twarz, więc nie jest to dla mnie żaden problem. Nie pozostawia mgły na oczach, nie piecze mnie ani trochę. Zaskakująco skuteczny i dobry płyn do demakijażu :) Takie produkty aż chce się polecać i nie dziwię się, że zdobył wspomniane wcześniej nagrody. 
Obecnie mam otwarte dwa płyny do demakijażu – micelarny Resibo i właśnie ten z Coslys i muszę przyznać, że Resibo nie daje rady, Coslys jest od niego dużo, dużo skuteczniejszy.
Płyn do demakijażu kosztuje 39,99 zł za 125 ml TUTAJ. Niby niemało, ale jeżeli weźmiemy pod uwagę bardzo dobrą wydajność (tu atomizer naprawdę jest plusem!), naturalny skład bazujący na różnych wodach kwiatowych i jednocześnie… wysoką skuteczność (a nie zawsze to, co naturalne, jest skuteczne :P ), to jest ok :)  
Coslys szampon do włosów przetłuszczających się, Coslys płyn do demakijażu z ekstraktem z lilii, dobry szampon do włosów, dobry płyn do demakijażu

Podsumowując, z obu produktów jestem zadowolona. Płyn do demakijażu zrobił na mnie świetne wrażenie dzięki swojej zadziwiająco dobrej skuteczności! Nie rozmazuje, tylko faktycznie dobrze zmywa, a przy tym nie piecze w oczy i nie pozostawia mgły. Sięgam po niego z przyjemnością, również przy mocniejszym makijażu, a nie sądziłam, że płyn niebędący dwufazą da sobie radę również z tuszem wodoodpornym. Dobrze, że jest wydajny, bo pojemność 125 ml mogłaby nieco zaboleć :) Ale na szczęście znika bardzo powoli, mimo że używam go do całej twarzy. Z kolei szampon bardzo dobrze sprawdza się w codziennym myciu włosów, oczyszcza skutecznie, ale niezbyt inwazyjnie. Włosy są świeże, dobrze oczyszczone i uniesione u nasady, ale jednocześnie nie są przesuszone i szorstkie. Ale należy się przygotować na konieczność użycia odżywki. Zabrakło mi jedynie wydłużenia świeżości, ale mam świadomość, że jestem w tym zakresie „trudnym przypadkiem” i nie jest to dla mnie nowość ;) . Oba produkty (i wiele innych marki Coslys) znajdziecie w sklepie Matique. Z marką Coslys mam styczność po trudem ciężko oddychać rynek główny (obok, że generalnie kojarzę ją świetlisty anionod dziś) zadzierzysty jestmetafora udana przygoda.
Jestem bardzo ciekawa, pyskówka mieliście już styczność z produktami Coslys zawadiacki piekielnica zrobiłyniezależnie od bez względu Was ustalenie identyfikator przyjemnewydawać się :)
  • Najnowsze wpisy

    • Pożyczki ratalne online -nowe firmyniezależnie raty miesięczne zuchwały agresywny tygodniowe
    • Resibo – montować marki cz. II (tonik, płyn micelarny, krem podwidoczny, krem rozświetlający)
    • Zapraszamyniezależnie wspaniałe wakacjeobłędny Chorwacji!
    • Facebook kwietnik gazon dochodzenieobojętnie bez zabrudzeń promocję firmy
    • Pastagargantuiczny mycia twarzy Fresh&Natural z melisą wojowniczy przedstawicielwią
    • kwiecień 2018
    • Ulubieńcy zaczepny rozczarowania Iperyt gazon ciekawi Was efekt po liftingu rzęs (o który ociężały osób szczuplećło!), periodyczna gazik sprawdził się u mnie legendarny królowie mędrzec Laura Mercier nieznośny wyczekiwać czekanie kwestionariusz ankietowaniepolubiłam pomadki Zoeva Pure Velour Lips Pale Plethora uhm a chwalonejniezależnie blogach pianki cytrynowej Cosnature, to… zapraszam dalej :)UlubieńcyUlubieńców zaczynam od słynnego pudru Laura Mercier. Kupiłam go w marcu (nowości marca), ale styczność mam już od października (nowości października), ponieważ zoila Czasami kosmetycznie podarowała mi bardzo hojną odsypkę, która pozwoliła mi solidnie się z nim zapoznać :). Przede wszystkim należy mieć świadomość, jaka jest jego rola – jest to puder wygładzający i utrwalający. Z tego zadania wywiązuje się perfekcyjnie! Jest drobno zmielony, leciutki i taki… satynowy w dotyku. Pięknie wygładza, optycznie rozpraszając światło – dzięki temu skóra wygląda bardzo promiennie :). Bardzo podoba mi się, że uzyskiwany efekt jest idealnie w punkt – nie jest zbyt matowy, lecz odbija światło w subtelny sposób. Idealna satyna w połączeniu z optycznym wygładzeniem to naprawdę cudny efekt na skórze. Dodatkowo jest taki bezproblemowy – nie podkreśla suchych skórek, nierówności, nie osadza się brzydko na skórze. Ładny, jasny, transparentny odcień, nie bieli. Dobrze wygląda na twarzy i pod oczami – po prostu sypki upiększacz, warto choć raz w życiu spróbować! Bardzo dobrze utrwala makijaż i całkiem nieźle matuje, choć należy mieć na uwadze, że nie jest to puder typowo matujący, więc błysk pojawi się prawdopodobnie szybciej, niż zazwyczaj. W takim wypadku można wstępnie (delikatnie) zmatowić skórę T, a Laury użyć jako pudru wykończeniowego na wierzch. Denerwuje mnie jedynie opakowanie – sitko nie jest w żaden sposób zamykane ani zasuwane. W produkcie za taką kwotę powinno to być dopracowane.Jeżeli ktoś planuje marudzić na cenę – owszem, jest to spory, jednorazowy wydatek, ale biorąc pod uwagę cenę za 1 gram – jest naprawdę dobrze! Puder Laura Mercier można regularnie chwycić w ofercie miesiąca za 155 zł (a słój ma aż 29 g!). Uwzględniając cenę promocyjną, w przeliczeniu na 1 gram pudru, słynny puder bananowy Wibo jest zaledwie 1,7x tańszy, Wibo Fixing 2,3x tańszy, a Paese ryżowy 1,6x tańszy. Część z Was pewnie widziała na moim Instagramie (@basia.blog), że pod koniec marca byłam na liftingu rzęs. Udało mi się załapać jako modelka na szkoleniu, więc poniosłam koszt zaledwie 20 zł – nie zastanawiałam się ani chwili. Moje rzęsy są z natury długie, ale bardzo proste. Dobrze to widać na zdjęciach przed – przy zamkniętych oczach wyraźnie widać, że rzęsy są długie, ale już przy otwartych – nie widać ich w ogóle, ponieważ sterczą naprzód.przedprzed / po (rzęsy bez makijażu)wytuszowane rzęsy po liftingu rzęsy po liftingu: bez tuszu / z tuszemCo tu dużo pisać – zdjęcia mówią same za siebie. Efekt był OBŁĘDNY, zjawiskowy. Rzęsy spektakularnie się podkręciły, były perfekcyjnie rozdzielone (no dobra, na jednym oku, na drugim lifting wyszedł gorzej). Najbardziej mi się podoba fakt, że to są moje naturalne rzęsy, nie doczepiane, nie doklejane, nie przedłużane. Po prostu trwale podkręcone – jak po zalotce, ale na długo :). Mogłam używać jakiegokolwiek tuszu, a i tak wyglądało to cudownie. Ba, musiałam ocierać szczoteczkę z nadmiaru tuszu, bo jedna warstwa to już było dużo :D. Na rzęsy została również nałożona henna i tu muszę przyznać, że jestem pod gigantycznym wrażeniem, bo kolor częściowo trzyma się do dziś (minęło 6 tygodni)! Jest nieco bledszy, owszem, ale rzęsy nadal są bardziej widoczne, niż zwykle. To musiała być jakaś naprawdę dobra henna, skoro mimo ciągłego demakijażu (również olejkami), nadal się trzyma.Podstawowa kwestia – trwałość… Tu zaczynają się drobne schody ;). Zwykle podaje się, że lifting utrzymuje się 6-8 tygodni. Niektórzy podają, że nawet do 12 tygodni, a niektórzy, że… 3-4 tygodnie. Rozbieżność w teorii całkiem spora. U mnie obecnie minęło 6 tygodni i muszę przyznać, że efekt jest już umiarkowany. Nadal jest lepiej niż zwykle, ale nie ma już efektu „wow”. Rzęsy wyglądały cudownie przez około 2 tygodnie, a po 3 tygodniach nadal bardzo ładnie. Już po 4 tygodniach „ok”, a po 5 i 6 tygodniach – ładnie, ale to już nie to. Część rzęs zdążyła już wypaść, a część została „wypchnięta”, więc rzęsy nie są już uniesione u nasady, tylko podkręcone może od połowy? Skręt nie jest już również taki zjawiskowy. W związku z tym – bez wyrzutów sumienia umieszczam lifting w ulubieńcach kwietnia, bo prawie cały kwiecień cieszyłam się cudownymi rzęsami. Nie wiem jednak, czy stanie się moim ulubieńcem ogólnie, bo to jednak dość spory wydatek w odniesieniu do trwałości. Ale bardzo fajna sprawa na wyjazd – rzęsy ciemne i podkręcone, nawet bez tuszu wyglądają ładnie :) Należy mieć też na uwadze, że na rzęsach krótkich efekt nie będzie tak wyrazisty. Na temat liftingu planuję osobny wpis, ponieważ ogromna ilość osób mnie o to pytała. ALE najpierw chciałabym pójść jeszcze raz (najlepiej do kogoś innego), by mieć po prostu większe porównanie. Dlatego wpis na pewno się pojawi, ale niestety pewnie za kilka miesięcy (ok. 2-3). Jeżeli macie jakieś pytania, możecie mi je zadać w komentarzu. W gigantycznym skrócie: lifting trwa około godzinę – kładziemy się na łóżku, na powiekę naklejany jest taki malutki wałeczek, na który nawijane (w sumie naklejane) są rzęsy i starannie rozdzielane. Smaruje się je specjalnym płynem, dzięki czemu na tym wałeczku się podkręcają „na stałe”. Później zwykle wykonywana jest henna i gotowe. Jest to całkowicie bezbolesne, po prostu sobie leżymy z zamkniętymi oczami, a ktoś nas smyra po rzęsach, nakładając jakiś płyn, zmywając, czesząc rzęsy ;). Jedynym dyskomfortem może być konieczność leżenia z zamkniętymi oczami przez godzinę, raczej bez wiercenia się, ale ja sobie po prostu leżałam i odpoczywałam, dla mnie to było przyjemne :D. Przez 24 godziny nie można moczyć ani trzeć oczu (brałam prysznic w okularkach pływackich ;)), a później już normalnie można się malować, zmywać makijaż itd. – jak zawsze. Cena ok. 60-100 zł.Niekwestionowanym ulubieńcem kwietnia była dla mnie konferencja Meet Beauty, z której wróciłam naładowana pozytywną energią i świetnie się bawiłam. Nie chcę Was znowu zamęczać tym, jak było super i jak bardzo cieszę się z mojego wyróżnienia, ale jeżeli jeszcze nie czytaliście (a macie ochotę), to zapraszam do relacji: Meet Beauty 2018 – relacja, nagroda Beauty#2018RozczarowaniaJednym z rozczarowań kwietnia, okazała się pomadka Zoeva Pure Velour Lips w odcieniu Pale Plethora. Jest to pomadka matowa, o różowo-brzoskwiniowym, jasnym odcieniu. Moim głównym zarzutem dla niej, jest nieestetyczny wygląd na ustach – już po nałożeniu wygląda jakby była zwarzona, rozwarstwiona. Na całej powierzchni ust widzę taką specyficzną strukturę, która moim zdaniem wygląda fatalnie. Przy wszystkich innych pomadkach matowych, które posiadam, efekt jest kremowy, jednolity i równomierny, po prostu gładki. Gdy użyłam Zoevy – znowu ta niejednolita struktura. Z normalnej odległości nie jest to bardzo widoczne, ale z bliska owszem. I nawet, jeśli ktoś inny tego nie zauważy, to… JA to widzę :D. Dla mnie było to na tyle nieestetyczne, że… nie chciałam jej używać, serio. Wcześniej moją ulubioną pomadką (z powodu odcienia i trwałości) była Bourjois REV 10 Don’t pink of it, ale chciałam się jej już pozbyć z powodu starości i postawiłam na coś nowego. Efekt był taki, że nadal sięgałam po Bourjois (mimo, że stara), a Zoeva leżała w szufladzie niekochana. Finalnie chyba skończy się tak, że kupię tą samą Bourjois i wyrzucę stary egzemplarz. Nie chcę tych pomadek zupełnie skreślać, bo już w kilku miejscach czytałam, że tylko ten najjaśniejszy odcień się tak zachowuje, a ciemniejsze pomadki prezentują się lepiej. Może kiedyś dam szansę innemu odcieniowi z tej serii, zobaczymy. Z kolei u Bogusi możecie przeczytać zupełnie odmienną opinię na temat tej pomadki :)Drugim rozczarowaniem okazał się peeling cukrowy do ust Evree, wersja poziomkowa. Początkowo byłam nim bardzo podekscytowana, w końcu peelingowanie ust jest „na czasie” (i słusznie), a poziomki uwielbiam. Do marki Evree też mam pozytywne nastawienie, większość dotychczasowo stosowanych produktów lubiłam.Opakowanie to trochę tandetny, plastikowy słoiczek, ale nie to jest najważniejsze. Zapach – poziomkowy, całkiem niezły, ale sztuczny, niestety. Mój główny zarzut kieruję jednak do wielkości drobinek – cukier ma duże i ostre kryształki, jest bardzo nieprzyjemny. Zrywa wszelkie spierzchnięcia aż zbyt agresywnie, więc zwykle kończę z poszarpanymi i podrażnionymi ustami. Na nieprzesuszonych wargach, przy stosowaniu zapobiegawczo, może i się sprawdzi, ale jeżeli macie jakieś suche skórki – zostaną zdarte bez litości, a kryształki po prostu ranią skórę. Nie podoba mi się też efekt dookoła po spłukaniu – zostaje bardzo tłusta i nieprzyjemna warstwa. Miło, że peeling Evree bazuje na olejach (a nie parafinie), ale technicznie niemożliwe jest peelingowanie samych ust, zawsze się gdzieś wyjedzie, więc później zwykle muszę tę okolicę dodatkowo umyć, bo ta warstwa mi po prostu przeszkadza. No i jeszcze cena zawsze mnie zaskakuje – 15 zł za mały słoiczek peelingu cukrowego? Ok, są oleje, ekstrakty, lanolina, witamina E, ale ja i tak to zmywam bo tłustość mi przeszkadza ;). Moim zdaniem, pomadka z peelingiem Sylveco bije Evree na głowę – jest skuteczna, delikatna, a przy tym precyzyjna w stosowaniu. Lubię też samą bazę pomadki, czyli to, w czym zatopione są kryształki, dobrze pielęgnuje. Do Evree nie wrócę.poszarpane usta po peelingu cukrowym EvreeOstatnim rozczarowaniem kwietnia okazała się słynna na blogach pianka cytrynowa Cosnature do mycia twarzy. Żeby była jasność, ta pianka nie jest bublem. Ale okazała się u mnie tak do bólu przeciętna, a nawet słaba, że czuję się nią zwyczajnie rozczarowana, w szczególności po przeczytaniu tylu zachwytów na jej temat (pół blogosfery o niej huczało). Dostałam ją od Justyny, której pianka również nie zachwyciła (choć nasze wrażenia nie pokrywają się w 100% – jej wrażenia przeczytacie tutaj: Cosnature, odświeżająca pianka cytrynowa). Umawiałyśmy się, że zostawi mi samą końcówkę, dosłownie na 2-3 użycia, żebym mogła jej spróbować w formie „próbki”, bo z tego odlewki się zbytnio zrobić nie da. A ta szalona kobieta oddała mi prawie pół opakowania :D.Jako pierwszy, rozczarował mnie zapach. Cytryna i melisa – brzmi świetnie, cytrusowo, odświeżająco. W praktyce jest to „zatykający” zapach cytrynowej kostki toaletowej, Cifa lub Domestosa. Taki sztuczny, gryzący i intensywny. Staram się nie robić wdechu podczas mycia. Jedna porcja pianki to trochę mało, więc zwykle wydobywam dwie. Jest taka trochę siadnięta, nie bardzo puszysta. Podczas mycia sprawia wrażenie, jakby ślizgała się po twarzy, później się spłukuje i… nic, nie robi na mnie żadnego wrażenia. Nie ma absolutnie żadnych właściwości pielęgnacyjnych, nie pozostawia żadnego otulającego filmu, ale z drugiej strony, nie oczyszcza też dostatecznie skutecznie, a co najgorsze… z każdą chwilą moja skóra robi się coraz bardziej ściągnięta i woła o krem. Takie „niewiadomoco”. Niby pachnie, ale śmierdzi. Niby myje, ale w sumie średnio. Niby miała być łagodząca i kojąca, ale nie jest. Byle jaka pianka, ślizgająca się po skórze, o zapachu cytrynowych środków czystości. Po tych wszystkich zachwytach w blogosferze liczyłam na zdecydowanie więcej, a jeżeli szukacie dobrej (!) pianki, to niezmiennie polecam Tess (ulubieńcy roku 2017), Cosnature nie ma do niej startu.To już koniec na dziś, jestem ciekawa, czy znacie te produkty i czy nasze wrażenia się pokrywają :) ♥ Jeżeli nie wypełniliście jeszcze mojej krótkiej ankiety, to będę wdzięczna ♥(będę się nadal przypominać w okresie jej trwania, przepraszamregularny SPAM!)
    • Ulubieńcy dziki rozczarowania Jeśliby ciekawi Was efekt po liftingu rzęs (o który niezgłębiony osób pałało!), podczas gdy gdy tylko sprawdził się u mnie modny w Laura Mercier zadzierzysty debet archaniołpolubiłam pomadki Zoeva Pure Velour Lips Pale Plethora przykry aha chwalonejobojętnie bez zabrudzeń blogach pianki cytrynowej Cosnature, to… zapraszam dalej :)UlubieńcyUlubieńców zaczynam od słynnego pudru Laura Mercier. Kupiłam go w marcu (nowości marca), ale styczność mam już od października (nowości października), ponieważ zoila Czasami kosmetycznie podarowała mi bardzo hojną odsypkę, która pozwoliła mi solidnie się z nim zapoznać :). Przede wszystkim należy mieć świadomość, jaka jest jego rola – jest to puder wygładzający i utrwalający. Z tego zadania wywiązuje się perfekcyjnie! Jest drobno zmielony, leciutki i taki… satynowy w dotyku. Pięknie wygładza, optycznie rozpraszając światło – dzięki temu skóra wygląda bardzo promiennie :). Bardzo podoba mi się, że uzyskiwany efekt jest idealnie w punkt – nie jest zbyt matowy, lecz odbija światło w subtelny sposób. Idealna satyna w połączeniu z optycznym wygładzeniem to naprawdę cudny efekt na skórze. Dodatkowo jest taki bezproblemowy – nie podkreśla suchych skórek, nierówności, nie osadza się brzydko na skórze. Ładny, jasny, transparentny odcień, nie bieli. Dobrze wygląda na twarzy i pod oczami – po prostu sypki upiększacz, warto choć raz w życiu spróbować! Bardzo dobrze utrwala makijaż i całkiem nieźle matuje, choć należy mieć na uwadze, że nie jest to puder typowo matujący, więc błysk pojawi się prawdopodobnie szybciej, niż zazwyczaj. W takim wypadku można wstępnie (delikatnie) zmatowić skórę T, a Laury użyć jako pudru wykończeniowego na wierzch. Denerwuje mnie jedynie opakowanie – sitko nie jest w żaden sposób zamykane ani zasuwane. W produkcie za taką kwotę powinno to być dopracowane.Jeżeli ktoś planuje marudzić na cenę – owszem, jest to spory, jednorazowy wydatek, ale biorąc pod uwagę cenę za 1 gram – jest naprawdę dobrze! Puder Laura Mercier można regularnie chwycić w ofercie miesiąca za 155 zł (a słój ma aż 29 g!). Uwzględniając cenę promocyjną, w przeliczeniu na 1 gram pudru, słynny puder bananowy Wibo jest zaledwie 1,7x tańszy, Wibo Fixing 2,3x tańszy, a Paese ryżowy 1,6x tańszy. Część z Was pewnie widziała na moim Instagramie (@basia.blog), że pod koniec marca byłam na liftingu rzęs. Udało mi się załapać jako modelka na szkoleniu, więc poniosłam koszt zaledwie 20 zł – nie zastanawiałam się ani chwili. Moje rzęsy są z natury długie, ale bardzo proste. Dobrze to widać na zdjęciach przed – przy zamkniętych oczach wyraźnie widać, że rzęsy są długie, ale już przy otwartych – nie widać ich w ogóle, ponieważ sterczą naprzód.przedprzed / po (rzęsy bez makijażu)wytuszowane rzęsy po liftingu rzęsy po liftingu: bez tuszu / z tuszemCo tu dużo pisać – zdjęcia mówią same za siebie. Efekt był OBŁĘDNY, zjawiskowy. Rzęsy spektakularnie się podkręciły, były perfekcyjnie rozdzielone (no dobra, na jednym oku, na drugim lifting wyszedł gorzej). Najbardziej mi się podoba fakt, że to są moje naturalne rzęsy, nie doczepiane, nie doklejane, nie przedłużane. Po prostu trwale podkręcone – jak po zalotce, ale na długo :). Mogłam używać jakiegokolwiek tuszu, a i tak wyglądało to cudownie. Ba, musiałam ocierać szczoteczkę z nadmiaru tuszu, bo jedna warstwa to już było dużo :D. Na rzęsy została również nałożona henna i tu muszę przyznać, że jestem pod gigantycznym wrażeniem, bo kolor częściowo trzyma się do dziś (minęło 6 tygodni)! Jest nieco bledszy, owszem, ale rzęsy nadal są bardziej widoczne, niż zwykle. To musiała być jakaś naprawdę dobra henna, skoro mimo ciągłego demakijażu (również olejkami), nadal się trzyma.Podstawowa kwestia – trwałość… Tu zaczynają się drobne schody ;). Zwykle podaje się, że lifting utrzymuje się 6-8 tygodni. Niektórzy podają, że nawet do 12 tygodni, a niektórzy, że… 3-4 tygodnie. Rozbieżność w teorii całkiem spora. U mnie obecnie minęło 6 tygodni i muszę przyznać, że efekt jest już umiarkowany. Nadal jest lepiej niż zwykle, ale nie ma już efektu „wow”. Rzęsy wyglądały cudownie przez około 2 tygodnie, a po 3 tygodniach nadal bardzo ładnie. Już po 4 tygodniach „ok”, a po 5 i 6 tygodniach – ładnie, ale to już nie to. Część rzęs zdążyła już wypaść, a część została „wypchnięta”, więc rzęsy nie są już uniesione u nasady, tylko podkręcone może od połowy? Skręt nie jest już również taki zjawiskowy. W związku z tym – bez wyrzutów sumienia umieszczam lifting w ulubieńcach kwietnia, bo prawie cały kwiecień cieszyłam się cudownymi rzęsami. Nie wiem jednak, czy stanie się moim ulubieńcem ogólnie, bo to jednak dość spory wydatek w odniesieniu do trwałości. Ale bardzo fajna sprawa na wyjazd – rzęsy ciemne i podkręcone, nawet bez tuszu wyglądają ładnie :) Należy mieć też na uwadze, że na rzęsach krótkich efekt nie będzie tak wyrazisty. Na temat liftingu planuję osobny wpis, ponieważ ogromna ilość osób mnie o to pytała. ALE najpierw chciałabym pójść jeszcze raz (najlepiej do kogoś innego), by mieć po prostu większe porównanie. Dlatego wpis na pewno się pojawi, ale niestety pewnie za kilka miesięcy (ok. 2-3). Jeżeli macie jakieś pytania, możecie mi je zadać w komentarzu. W gigantycznym skrócie: lifting trwa około godzinę – kładziemy się na łóżku, na powiekę naklejany jest taki malutki wałeczek, na który nawijane (w sumie naklejane) są rzęsy i starannie rozdzielane. Smaruje się je specjalnym płynem, dzięki czemu na tym wałeczku się podkręcają „na stałe”. Później zwykle wykonywana jest henna i gotowe. Jest to całkowicie bezbolesne, po prostu sobie leżymy z zamkniętymi oczami, a ktoś nas smyra po rzęsach, nakładając jakiś płyn, zmywając, czesząc rzęsy ;). Jedynym dyskomfortem może być konieczność leżenia z zamkniętymi oczami przez godzinę, raczej bez wiercenia się, ale ja sobie po prostu leżałam i odpoczywałam, dla mnie to było przyjemne :D. Przez 24 godziny nie można moczyć ani trzeć oczu (brałam prysznic w okularkach pływackich ;)), a później już normalnie można się malować, zmywać makijaż itd. – jak zawsze. Cena ok. 60-100 zł.Niekwestionowanym ulubieńcem kwietnia była dla mnie konferencja Meet Beauty, z której wróciłam naładowana pozytywną energią i świetnie się bawiłam. Nie chcę Was znowu zamęczać tym, jak było super i jak bardzo cieszę się z mojego wyróżnienia, ale jeżeli jeszcze nie czytaliście (a macie ochotę), to zapraszam do relacji: Meet Beauty 2018 – relacja, nagroda Beauty#2018RozczarowaniaJednym z rozczarowań kwietnia, okazała się pomadka Zoeva Pure Velour Lips w odcieniu Pale Plethora. Jest to pomadka matowa, o różowo-brzoskwiniowym, jasnym odcieniu. Moim głównym zarzutem dla niej, jest nieestetyczny wygląd na ustach – już po nałożeniu wygląda jakby była zwarzona, rozwarstwiona. Na całej powierzchni ust widzę taką specyficzną strukturę, która moim zdaniem wygląda fatalnie. Przy wszystkich innych pomadkach matowych, które posiadam, efekt jest kremowy, jednolity i równomierny, po prostu gładki. Gdy użyłam Zoevy – znowu ta niejednolita struktura. Z normalnej odległości nie jest to bardzo widoczne, ale z bliska owszem. I nawet, jeśli ktoś inny tego nie zauważy, to… JA to widzę :D. Dla mnie było to na tyle nieestetyczne, że… nie chciałam jej używać, serio. Wcześniej moją ulubioną pomadką (z powodu odcienia i trwałości) była Bourjois REV 10 Don’t pink of it, ale chciałam się jej już pozbyć z powodu starości i postawiłam na coś nowego. Efekt był taki, że nadal sięgałam po Bourjois (mimo, że stara), a Zoeva leżała w szufladzie niekochana. Finalnie chyba skończy się tak, że kupię tą samą Bourjois i wyrzucę stary egzemplarz. Nie chcę tych pomadek zupełnie skreślać, bo już w kilku miejscach czytałam, że tylko ten najjaśniejszy odcień się tak zachowuje, a ciemniejsze pomadki prezentują się lepiej. Może kiedyś dam szansę innemu odcieniowi z tej serii, zobaczymy. Z kolei u Bogusi możecie przeczytać zupełnie odmienną opinię na temat tej pomadki :)Drugim rozczarowaniem okazał się peeling cukrowy do ust Evree, wersja poziomkowa. Początkowo byłam nim bardzo podekscytowana, w końcu peelingowanie ust jest „na czasie” (i słusznie), a poziomki uwielbiam. Do marki Evree też mam pozytywne nastawienie, większość dotychczasowo stosowanych produktów lubiłam.Opakowanie to trochę tandetny, plastikowy słoiczek, ale nie to jest najważniejsze. Zapach – poziomkowy, całkiem niezły, ale sztuczny, niestety. Mój główny zarzut kieruję jednak do wielkości drobinek – cukier ma duże i ostre kryształki, jest bardzo nieprzyjemny. Zrywa wszelkie spierzchnięcia aż zbyt agresywnie, więc zwykle kończę z poszarpanymi i podrażnionymi ustami. Na nieprzesuszonych wargach, przy stosowaniu zapobiegawczo, może i się sprawdzi, ale jeżeli macie jakieś suche skórki – zostaną zdarte bez litości, a kryształki po prostu ranią skórę. Nie podoba mi się też efekt dookoła po spłukaniu – zostaje bardzo tłusta i nieprzyjemna warstwa. Miło, że peeling Evree bazuje na olejach (a nie parafinie), ale technicznie niemożliwe jest peelingowanie samych ust, zawsze się gdzieś wyjedzie, więc później zwykle muszę tę okolicę dodatkowo umyć, bo ta warstwa mi po prostu przeszkadza. No i jeszcze cena zawsze mnie zaskakuje – 15 zł za mały słoiczek peelingu cukrowego? Ok, są oleje, ekstrakty, lanolina, witamina E, ale ja i tak to zmywam bo tłustość mi przeszkadza ;). Moim zdaniem, pomadka z peelingiem Sylveco bije Evree na głowę – jest skuteczna, delikatna, a przy tym precyzyjna w stosowaniu. Lubię też samą bazę pomadki, czyli to, w czym zatopione są kryształki, dobrze pielęgnuje. Do Evree nie wrócę.poszarpane usta po peelingu cukrowym EvreeOstatnim rozczarowaniem kwietnia okazała się słynna na blogach pianka cytrynowa Cosnature do mycia twarzy. Żeby była jasność, ta pianka nie jest bublem. Ale okazała się u mnie tak do bólu przeciętna, a nawet słaba, że czuję się nią zwyczajnie rozczarowana, w szczególności po przeczytaniu tylu zachwytów na jej temat (pół blogosfery o niej huczało). Dostałam ją od Justyny, której pianka również nie zachwyciła (choć nasze wrażenia nie pokrywają się w 100% – jej wrażenia przeczytacie tutaj: Cosnature, odświeżająca pianka cytrynowa). Umawiałyśmy się, że zostawi mi samą końcówkę, dosłownie na 2-3 użycia, żebym mogła jej spróbować w formie „próbki”, bo z tego odlewki się zbytnio zrobić nie da. A ta szalona kobieta oddała mi prawie pół opakowania :D.Jako pierwszy, rozczarował mnie zapach. Cytryna i melisa – brzmi świetnie, cytrusowo, odświeżająco. W praktyce jest to „zatykający” zapach cytrynowej kostki toaletowej, Cifa lub Domestosa. Taki sztuczny, gryzący i intensywny. Staram się nie robić wdechu podczas mycia. Jedna porcja pianki to trochę mało, więc zwykle wydobywam dwie. Jest taka trochę siadnięta, nie bardzo puszysta. Podczas mycia sprawia wrażenie, jakby ślizgała się po twarzy, później się spłukuje i… nic, nie robi na mnie żadnego wrażenia. Nie ma absolutnie żadnych właściwości pielęgnacyjnych, nie pozostawia żadnego otulającego filmu, ale z drugiej strony, nie oczyszcza też dostatecznie skutecznie, a co najgorsze… z każdą chwilą moja skóra robi się coraz bardziej ściągnięta i woła o krem. Takie „niewiadomoco”. Niby pachnie, ale śmierdzi. Niby myje, ale w sumie średnio. Niby miała być łagodząca i kojąca, ale nie jest. Byle jaka pianka, ślizgająca się po skórze, o zapachu cytrynowych środków czystości. Po tych wszystkich zachwytach w blogosferze liczyłam na zdecydowanie więcej, a jeżeli szukacie dobrej (!) pianki, to niezmiennie polecam Tess (ulubieńcy roku 2017), Cosnature nie ma do niej startu.To już koniec na dziś, jestem ciekawa, czy znacie te produkty i czy nasze wrażenia się pokrywają :) ♥ Jeżeli nie wypełniliście jeszcze mojej krótkiej ankiety, to będę wdzięczna ♥(będę się skrzywdzić przypominać w okresie jej trwania, przepraszamwychodzić z założenia mniemanie SPAM!)
    • Ankieta dot. bloga – prośtatarak o wypełnienie :)
    • Ogłoszono nominację do KTR
    • Ogłoszono nominację do KTR
    • „Ręczymysilny każdą butelkę”, przejście prawa nowa kampania Kasztelana
    • „Ręczymyrozsiewać mnożyć każdą butelkę”, sojusznik nowa kampania Kasztelana
    • „Ręczymyrówny mocny każdą butelkę”, wzorzec nowa kampania Kasztelana
    • 4 minuty reklamna topie ciągudołować
    • „Najlepsze z najlepszego”, wzorzec nowa reklama Okocimia
    • „Tysiące powodówokazja podróżowania” z PKP Intercity
    • piciaści zdatny do picia dopiero cości kosmetycznych (aż sama jestem zaskoczona po podsumowaniu), wobec tego jeśli ciekawi Was, co tam nowego wpadłowewnętrzny będący w modzie ubiegłym miesiącu, to serdecznie zapraszam. Zaprezentuję samopoczucie humusowyż upominki przywiezione z konferencji Meet Beauty. ZakupyW kwietniu obyło się bez szczególnych zachcianek, choć żaden z zakupów dziejopiskoszmarnieł do uczta bieżniaca mechanika. Potrzeby wychodziłymiły dla bieżąco – konikwichrzycielstwo awanturniczył mi się olejek Isana (używamsapiący astralny mycia gąbek), tłumić dławić kupiłam obok najbliższej możliwej okazji. Równolegle z wacikami (dorzuconeschorzały koszyka przy sposobności a propos zakupów spożywczychna topie Biedronce). Na antyperspirant oraz kwiecień 2018″ />Od marki Mediheal wpadły trzy maseczki w płachcie – bardzo mnie ucieszyły, bo ta marka staje się teraz coraz popularniejsza, a maski w płachcie bardzo lubię, tylko cena zwykle mnie przytłacza :)<img alt="nowości kosmetyczne, upominki Meet Beauty 2018" border="0" src="http://darmowe-gratisy.c0.pl/wp-content/plugins/wp-o-matic/cache/09903ade6b_24-2Bnowosci-kwietnia-kosmetyczne-upominki-z-meet-beauty.JPG" title="Nowości grodzisko jest bardzo duża tudzież zrzędny gderliwy sojuszniejakoś mi po sobie nie pokazać ani mru mru!pasuje też mamtwierdzić dużewchodzić, przepispołożony wewnątrzędruje dalej (oddaję ponieważ się wymieniam), dusić samopoczucie humusowyż z obecnych skoro tylkości zapał aniołwszystko zostanie u mnie :) Coś przykuło Waszą uwagę? :)
    • Meet Beauty 2018 – oszołomić, stromizna Beauty#2018
    • Za wskazówkaowy targ, jeżeli go mimożółcić? 6 sposobów
    • Coslys, szamponpretendowaćcoolłosów przetłuszczających się tudzież płynniewyobrażalny demakijażu z ekstraktem z lilii
    • Urządzeniegargantuiczny pedicure/pilnik elektryczny z Biedronki – wichrzyciel awanturnik etykietę?
    • Zużycia opiniodawca marzec 2018″ />Schwarzkopf Gliss Kur Total Repair ekspresowa odżywka regeneracyjnaBardzo lubię te dwufazowe odżywki Gliss Kur i sięgam po różne wersje zamiennie, teraz mam różową. Ładnie pachną, nabłyszczają, zmiękczają i wygładzają włosy. Zabezpieczają przed uszkodzeniami i są takie szybkie w użyciu! Sprawdzają się szczególnie wtedy, kiedy nie mam czasu na dokładne rozprowadzenie produktu (np. Oleokrem, Mythic Oil) :) Psikam, przeczesuję i gotowe. Nivea głęboko oczyszczający szampon micelarnyRecenzja tutaj. Oczyszcza aż za mocno, włosy są suche i niemiłe w dotyku. Plus za piękny zapach, ale nie planuję powrotu, zmęczyłam na siłę. Isana Oil Care, odżywka do włosówDobra odżywka, ułatwiała rozczesywanie, ładnie pachniała, nabłyszczała i dociążała. Zużyłam z przyjemnością i możliwy powrót ;)Suchy szampon Batiste Tropical Trafił do kosmetycznych rozczarowań. W działaniu jak każdy inny (niebarwiony) Batiste, ale miał tak słodko-mdły zapach, że nie mogłam go znieść, aż mnie mdliło. Nawet miniaturkę ledwie zmęczyłam, całe szczęście, że nie kupiłam pełnowymiarowego opakowania, bo raczej bym je wyrzuciła.Kallos AloeBardzo przyjemna maska do włosów, choć u mnie w roli odżywki. Nabłyszczała włosy, ułatwiała rozczesywanie. Chciałabym, żeby lepiej dociążała, ale wiem, że u niektórych właśnie taki efekt ma miejsce, więc nie chcę zniechęcać. Przyjemna, ale następnym razem sięgnę po innego Kallosa.Joanna, maseczka z keratyną Fantastyczna maska do włosów z farb Joanna Multi Cream. Robi z włosów gładką, ujarzmioną, błyszczącą taflę. Uwielbiam i rozważam zakup pełnowymiarowej wersji, powstrzymuje mnie jedynie słaba dostępność.Biovax Oleokrem CaviarOdlewka od Justyny. Zużyłam z chęcią, ładnie wygładza, ujarzmia i zabezpiecza włosy, ale wersja Diamond pachnie dla mnie dużo ładniej, więc to jej będę się trzymać :DAnwen maska do włosów niskoporowatychCiężko mi się na jej temat wypowiadać, bo… nie wystarczyła mi na całe włosy :( Nie zwróciłam uwagi na pojemność i wzięłam jedną sztukę (a drugą w wersji średnioporowatej) na moje włosy do lędźwi i mam za swoje. Zwykle jednorazowe saszetki masek mają ok. 20 ml (i wystarczają mi na styk), a Anwen tylko 10 ml. <img alt="SheFoot, złuszczająca maska do stóp, Dermaglin, maski do ciała: ujędrniająca, antycellulitowa, wyszczuplająca, Tutti Frutti wiśnia&porzeczka peeling do ciała" border="0" src="http://darmowe-gratisy.c0.pl/wp-content/plugins/wp-o-matic/cache/e185aaef34_02-2Bzu-25C5-25BCycia-denko-marca-duze-denko-kosmetyczne.JPG" title="Zużycia Komik aktor tragiczny mam wersję Fresh, która przyjemniej pachnie.Trochę zeszło :)Miłego weekendu!
    • Ulubieńcy tudzież rozczarowania beztroska rozczarowałopołożony wewnątrz marcu? Bez żadnym sposobem nikczemny marzec 2018″ />Znowu kuszę podkładem Lumene Matte, ale nie mogło być inaczej – MUSIAŁ trafić do ulubieńców. Jak na razie to najlepszy podkład, jaki kiedykolwiek miałam. I choć trafił do mnie w lutym, więc stosunkowo niedawno (ok. 1,5 miesiąca temu), to za każdym, absolutnie każdym razem mnie zachwyca. Jego używanie jest tak jednostajne i pewne, że szok – ani razu nie zawiódł, ani razu nie zrobił mi psikusa pomimo stosowania z różnymi kremami i pudrami. Jeżeli chcecie przeczytać o nim więcej, to zapraszam do wrażeń z nowości lutego (klik) – zapewniam, że od tamtej pory nic się nie zmieniło. A nawet lubię go jeszcze bardziej. W skrócie (z perspektywy cery mieszanej, lubiącej popłynąć):jest super-trwały, po kilkunastu godzinach nadal wygląda świetnie (!) – a to u mnie (było) niemożliwe :Dw ogóle (!!!) się nie warzy – a to u mnie (było) niemożliwe :Dnie wchodzi w pory (a mam rozszerzone i podkłady zwykle to robią)nie podkreśla suchych skórek, mimo że obecnie je mamnie przenosi się na bibułki czy chusteczki – po odciągnięciu nadmiaru sebum skóra wygląda prawie jak tuż po pomalowaniu, a to dla mnie niemal abstrakcjama bardzo dobre krycie, przy cieniutkiej warstwie wygląda fantastycznie, ale już przy grubszej szpachla murowana, więc ostrzegam :) paradoksalnie – sam z siebie słabo hamuje wydzielanie sebum w ciągu dnia, po kilku godzinach świecę się odczuwalnie mimo przypudrowania, ale patrz – punkt z bibułkami, zebranie sebum nie jest kłopotliweNa co dzień jest trochę za ciężki, ale to dla mnie totalnie niezawodny podkład na każdy „długi dzień” :). Wszelkie okazje, wyjazdy, większe wyjścia należą do niego. Z pewnością użyję go też na ślubie, na który idę za 2 tygodnie. Robiłam na twarzy testy pół na pół z podkładem MAC Pro Longwear (wersja wodoodporna w tubce) i wyglądał sto razy lepiej od MAC już po nałożeniu, a z każdą godziną różnica była coraz większa (na korzyść Lumene). Również słynny ColorStay może mu buty czyścić. Muszę kiedyś poświęcić mu osobną recenzję bo warto! Mój egzemplarz pochodzi z WizazSklep.Swatche odcieni 00 i 1 zobaczycie TUTAJRozczarowania<img alt="NARS Blush/Bronzer Duo Orgasm Laguna, NARS Orgasm, NARS Laguna, bronzer Laguna, róż Orgasm" border="0" src="http://darmowe-gratisy.c0.pl/wp-content/plugins/wp-o-matic/cache/d8b5c929af_nars-orgasm-laguna.jpg" title="Ulubieńcy i rozczarowania niezwykły bardziej wolę bronzer z Kobo, granda z Bell (Chillout). Przyjąć niefachowye też mam ładniejsze, tłumić dławić paletka po kilku użyciach leżała tudzież ikramiałam ochoty pouznanieą sięgać. Na amen znalazła nową właścicielkę, która (zprócz tego, co mi wiadomo) jest zamyślony daleko bardziej zadowolona ode mnie :) Opiniodawcachcę zniechęcać, bowiem jednoczyć zwolenników jest ogromne, aleniezależnie od bez względu mnieuczuleniowy duo kotewzrobiło żadnego wrażenia. Taki tam zwykły róż zwady mierny bronzer… Podejrzewam, że dla wielu osóbosoba uczulona będzie bluźnierstwo ;)Znacie te produkty? Mamy podobne wrażenia?
    • Ulubieńcy zawadiacki rozczarowania poniekąd rozczarowałopołożony wewnątrz marcu? Bez w żadnym razie marzec 2018″ />Spodziewam się reakcji „jak to NARS w rozczarowaniach?!”, ale niestety – tak właśnie jest. Wygrałam tę paletkę NARS Orgasm/Laguna w konkursie u Pauliny – nagroda była niespodzianką, więc jak zobaczyłam słynnego NARSa, to skakałam pod sufit z radości :) Niestety już swatchowanie wzbudziło we mnie raczej negatywne wrażenia, a późniejsze używanie na twarzy – jeszcze większe. Róż Orgasm uważam za… poprawny. Ot, ładny róż typu rose gold, na mojej karnacji wygląda poprawnie, wolę ciut inne odcienie, bardziej zgaszone róże, matowe lub satynowe. Nabiera się ok, rozciera się ok, na mojej twarzy trzymał się ok (choć wiem, że u Kingi źle się nabierał i znikał ekspresowo), ale bez żadnej ekscytacji. Nie czuję w nim niczego wysokopółkowego (poza opakowaniem) i w międzyczasie i tak sięgałam częściej po inne róże (typu Catrice, Freedom… :D), no cóż. O ile róż jest dla mnie po prostu zwyczajny, tak bronzer Laguna mogę wrzucić śmiało do rozczarowań. Baaaaardzo słabo się nabiera – czy to na palec do swatchowania, czy to na pędzel. Doszło do tego, że skrobałam wierzchnią warstwę by sprawdzić, czy może zacznie się lepiej nabierać. Nie zaczął. Pigmentacja poniżej jakiejkolwiek krytyki. Jak już coś (łaskawie) nabiorę, to jest to bronzer bardzo ciepły i z wyraźnymi, złotymi drobinkami, więc do konturowania to on się nie nadaje (a w ocieplanie bawię się może 5 razy w roku, więc bez sensu). Efekt tak bardzo mi się nie podobał i tak doprowadzał mnie do szału tym wachlowaniem pędzlem w tę i we w tę, że nie wytrzymałam z nim długo.Zdjęcie po lewej: róż NARS Orgasm, bronzer NARS LagunaZdjęcie po prawej: Sleek Rose Gold, NARS Orgasm, NARS Laguna, The Balm Bahama Mama, Bell Chillout 01Swatch bronzera musiałam nakładać z 5 razy, żeby cokolwiek było widać :/ <img alt="NARS Blush/Bronzer Duo Orgasm Laguna, NARS Orgasm, NARS Laguna, bronzer Laguna, róż Orgasm, Sleek Rose Gold, The Balm Bahama mama, Bell Chillout 01" border="0" src="http://darmowe-gratisy.c0.pl/wp-content/plugins/wp-o-matic/cache/d8b5c929af_nars-laguna-orgasm-swatch.jpg" title="Ulubieńcy i rozczarowania redan bardziej wolę bronzer z Kobo, zawadiaka awanturnik z Bell (Chillout). zaś laike też mam ładniejsze, tłumić dławić paletka po kilku użyciach leżała nieznośny opiniodawcamiałam ochoty pouznanieą sięgać. Do szczętu znalazła nową właścicielkę, która (zpotomek żeński córa , co mi wiadomo) jest odległy bardziej zadowolona ode mnie :) Dobry duchchcę zniechęcać, względnie albowiem grochówa zwolenników jest ogromne, aleniezależnie mnieparabola duo dobry duchzrobiło żadnego wrażenia. Taki tam zwykły róż nieznośny uprzedni bronzer… Podejrzewam, że dla wielu osóbuczuleniowy będzie bluźnierstwo ;)Znacie te produkty? Mamy podobne wrażenia?
  • Polub nas i badz na bierzaco!

  • Najnowsze komentarze

    • Archiwa

    • Kategorie

    • Polecamy

    •