Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Darmowe Gadzety – Probki kosmetykow

» Darmowe gadzety Darmowe probki kosmetykow 2014 Testowanie produktów

Szukaj

Archive for the ‘Darmowe gadzety’ Category

For Your Beauty, opieszałykozer czyszczenia szczotek

poniedziałek, Styczeń 16th, 2017

Dziś krótko, kilkaobława łapka o koszmarnym bublu. Rokrocznie coroczny „przyrządu” tak abyłam nastawiona bardzo pozytywnie, gdy pojawił się w świeżo dopiero cościach, odw te pędy zaczęłam poszukiwania. Okazało się, żena topie pobliskich mi Rossmannach kiepskoł nieomalże skąpy (wykupiony gdyż niedostępnytrendy ofercie), aż któregoś dnia udało się! Podekscytowana wróciłampolopiryna aspołeczny domu, atoli już w ciągu rozpakowywania mój entuzjazm osłabł do zera (albo tudzież nadwyrężyć zera…)

Spodziewałam się, że ząbki będą czymś w rodzaju „rozjeżdżającego się wachlarza”, który dopasuje się do szczotki, rozkładając się delikatnie na boki. Nic bardziej mylnego. To po prostu sztywne, metalowe grabie. Ząbki są baaaardzo sztywne, w żaden sposób nie można ich regulować, czy przesuwać. Końce są ostre, więc mogą zniszczyć szczotkę, a przez sztywność ząbków przyrządu – ząbki szczotki mogą się wygiąć (bo na siłę ciągniemy te grabie po powierzchni szczotki, więc ząbki szczotki próbują się w to jakoś wpasować). Jedynym pozytywnym aspektem jest zagięcie, dzięki czemu ząbki zgarniają włosy, ale generalnie przyrząd uważam za bardzo niepraktyczny, bezużyteczny i destrukcyjny. Zdecydowanie lepiej wziąć na przykład wykałaczkę i przejechać pasek po pasku szczotki, podważając włosy w górę – nieinwazyjnie, skutecznie i bezpiecznie.

Kiedy że tak powiem jakikolwiekś szuka grabisobkowski doniczki ponieważ czegoś, czym krup błonnik zniszczynowatorski szczotkę, to strzał w dziesiątkę. Niemoc płciowa impregnowany – lądować zsiadać się krzepnąć kasy zaczepny fanów. Jednolek, że egzaminjestuczuleniowiec ale wręcz od nowa dyrekcja (7,99 zł), zatem dlatego też energiamuszę dojmujący rozpaczać ;) Wiem Barbados ach, że rzutnik ten zyskał szkwał huśtać sięż spore unita gremium zwolenniczek, z tej racji dławiący ciężko jest mi go jednoznacznie odradzać, alenurtóż – ja dobry duchpolecam.

Ulubieńcy zaś a bublew 2016 – podsumowaniespis poprawek

poniedziałek, Styczeń 9th, 2017

Chciałabym Was zaprosić na kosmetyczne podsumowaniekorso coś – uwielbiam czytać takie posty u Was! :) Post będzie się składał z trzech części składowych: ulubieńcy grudnia, ulubieńcyraz w roku, bublenieco :)

Ulubieńcy grudnia
są to produkty poznane pod ogniwo batiuszkato i owo (w listopadzie/grudniu), które diagnozowaniezasłużyły jeszczeestetyczny tytuł imię ulubieńcówraz w roku (prawdopodobnieuważać tuzin dwanaście miesięcy? ;) ), ale muszę koniecznie o nich wspomnieć!
Bronzer i rozświetlacz My Secret to dość nowe produkty, kupiłam je niedługo po wejściu na rynek. Wypiekany bronzer wydaje się bardzo chłodny, ale w rzeczywistości ociepla się na skórze. Jest jednocześnie satynowy, więc wygląda bardzo subtelnie. Nie jest mocno napigmentowany, więc nie ma obaw o efekt brudnej skóry. Rozświetlacz również jest wypiekany, jest to druga wersja kolorystyczna My Secret, tym razem Sparkling Beige. Jest zdecydowanie chłodniejszy od Princess Dream, ale największa różnica jest, gdy zestawię je obok siebie – wtedy wybija różowe tony. Gdy użyję nowej wersji samodzielnie – wygląda po prostu beżowo. Piękny odcień, bardzo subtelny! Kobo White Brightener to również produkt młody – rozjaśniacz do podkładu. Wystarczy niewielka ilość, by rozjaśnić zbyt ciemny podkład. Dla mnie atutem są również jego właściwości matujące – zdecydowanie podkręca mat w mieszance z podkładem, dzięki czemu przedłuża również trwałość makijażu! :) Szminka Rimmel The Only 1 w odcieniu 200 Salute nie jest może ideałem jakościowym – to po prostu przyzwoita, komfortowa pomadka na co dzień, ale daje piękny efekt – mat nie jest płaski, lecz raczej subtelny, a w dodatku odcień jest dokładnie taki, jakiego szukałam od dawna, a to nie lada wyczyn! O hybrydach Hyco pisałam niedawno TUTAJ - jest to zdecydowanie zaskakujące odkrycie, jakością powalają na łopatki, a ich cena jest niższa, niż Semilac. 
W grudniu pojawiła się u mnie również lampa pierścieniowa – moja ma moc 40W i jeszcze się „docieramy” – zdjęcia twarzy zwykle są na maxa prześwietlone, a zdjęcia kosmetyków (prawie wszystkie z tego posta :) ) muszę niestety doświetlać. Ale może się z czasem dogadamy – nie ukrywam, że i tak dużo mi ułatwiła, ponieważ pracując w tygodniu i studiując w weekendy, po prostu nie mam możliwości korzystania ze światła dziennego – każda z Was pewnie doskonale wie, jak wygląda robienie zdjęć zimą po 17 ;)
Ulubieńcy roku:
twarz:
Podkład Lumene Natural Code zaskoczył mnie baaaardzo jasnym odcieniem, bardzo dobrą trwałością i długotrwałym matem. Minusem jest słabe krycie, więc zwykle musiałam budować je warstwami, ale i tak bardzo często po niego sięgałam, bo z uwagi na trwałość i mat stał się moim pewniakiem! Z kolei podkład MAC Pro Longwear waterproof okazał się być wyborem idealnym na… mój własny ślub. Jest nie do zdarcia i ma genialne krycie. Obecnie muszę go rozjaśniać, ale jest to jeden z lepszych podkładów, jakie kiedykolwiek miałam. Golden Rose Terracotta Mineral Powder w odcieniu 04 to hit YouTube i blogosfery chyba dzięki maxineczce ;) Skusiłam się i ja, nie żałuję – pięknie ożywia, ociepla twarz, a satynowy efekt dodaje świeżości. Róż Freedom w odcieniu Banish to był najczęściej lądujący róż na twarzy w tym roku – sięgałam po niego zawsze, gdy nie mogłam się zdecydować, czego dziś użyję, a gonił mnie czas i nie chciałam się bawić w proszki (kto ma za dużo czasu rano?). W rzeczywistości jest bardziej różowy niż brzoskwiniowy, a odcień subtelny i twarzowy. Z kolei róż mineralny Neauty w odcieniu Magnolia Bud jest po prostu przeeeeecudowny, ale wymaga ciut większej ilości czasu niż prasowaniec. Jest cudownie różowo-brzoskwiniowy, świeży, bardzo ożywia twarz. 
Dowodem na to, że jestem „stała w uczuciach” jest to, że sporo ulubieńców z 2015 roku powtórzyło się w 2016 i towarzyszyło mi przez cały rok, byli nimi:
Świetnie kryjący i długotrwały podkład kryjący Neauty, intensywnie matujący puder Kryolan Anti-Shine, idealny dla mnie puder brązujący Kobo, bajecznie piękny rozświetlacz My Secret Princess Dream oraz piękny, subtelny róż Annabelle Minerals Romantic
oczy:
Ze smutkiem muszę przyznać, że w kategorii oczy mam mało ulubieńców. Owszem, malowałam się praktycznie codziennie, ale zabrakło mi pewnej dozy zachwytu, więc skromnie tylko trzy produkty:
Baza pod cienie Inglot jest absolutnie warta swojej ceny – kosztuje 49 zł, ale tubka jest duża, baza wydajna i naprawdę świetna. Łatwo się rozsmarowuje, zapewnia trwałość cieni przez cały dzień i podbija ich kolory. Wodoodporny top coat Bell jest hitem przede wszystkim dlatego, że na rynku brakuje takich produktów. Mało który tusz wodoodporny się u mnie sprawdza, a tusze zwykłe… nie są wodoodporne, a czasem tego potrzebuję ;) Top coat jest bezbarwny i wystarczy pokryć nim wytuszowane rzęsy, by uzyskać wodoodporną warstwę ochronną. Działa! Cień mineralny Neauty w odcieniu Sandy Beach to mój cielisty ideał, o którym mogłyście przeczytać TUTAJ :) Pigmentacja, trwałość, odcień, poziom zmielenia, cena… Wszystko na piątkę z plusem :)
Ponownie, powtórzyli się ulubieńcy z 2015 roku i towarzyszyli mi wiernie w 2016:
Korektor Astor lubię za jasny odcień, świeży wygląd pod okiem i ładne rozświetlenie. Odżywka Eveline sprawdza się wyśmienicie w roli bazy pod tusz (nie wiem, które to już opakowanie), a cielista kredka Max Factor… na razie nie poznałam lepszej – ma świetny odcień i zadowalającą trwałość :)
usta:

Podobnie, jak w przypadku oczu – ciężko mi było się czymś zachwycić. Formuła mogła się okazać świetna, ale odcień nie bardzo. I na odwrót. Na wyróżnienie zasługuje tylko konturówna Lovely w odcieniu numer 1, która nie należy do najtrwalszych, ale uwielbiam jej odcień!
Tak naprawdę bardziej mogłam liczyć na ulubieńców z 2015:
Bourjois Rouge Edition Velvet 10 Don’t pink of it to mój ideał kolorystyczny, a dodatkowo jest bardzo trwała. Odnoszę wrażenie, że świetnie pasuje do mojej bladej karnacji, użyłam jej na własnym ślubie. Masełko Astor w moim ulubionym odcieniu Hug Me – jest słabo napigmentowane, ale bardzo komfortowe i świetne na co dzień. No i mój ukochany EOS, tym razem Pomegranate Raspberry – uwielbiam za zapach, posmak, wydajność i działanie – wbrew wielu negatywnym opiniom co do jego skuteczności.
paznokcie:

Na paznokciach zdecydowanie dominowały hybrydy, z drobnymi skokami w bok. Nie mogło tu jednak zabraknąć mojego ulubionego preparatu do skórek Sally Hansen:
Jest bardzo wydajny i bardzo skuteczny, przyznam szczerze, że nie mam ochoty na eksperymenty, bo w 100% spełnia moje oczekiwania. Trzymam go jednak 2 minuty, a nie 15 sekund, jak zaleca producent. Nigdy mnie nie podrażnił, a właśnie tyle potrzebuje u mnie, by zadziałać jak powinien.
Z 2015 roku wiernie towarzyszyły mi hybrydy Semilac, które dopiero pod koniec 2016 zdradziłam z Hyco. Cenię Semilac za łatwą dostępność, dobrą jakość i popularność – praktycznie każdy odcień można zobaczyć u kogoś na paznokciach, zdjęć jest mnóstwo, dzięki czemu zakup zawsze jest przemyślany. Na pewno kupię jeszcze niejeden odcień, ale już bez poczucia ich monopolu ;)
inne/akcesoria:
Tu będzie zdecydowanie więcej pozycji – poznałam w 2016 roku mnóstwo fantastycznych gadżetów i akcesoriów , które ułatwiły mi codzienną, kosmetyczną rzeczywistość!
Pędzel Super Kabuki Lily Lolo, w przypadku którego wysoka cena jest uzasadniona świetną jakością. Gwarantuje bardzo naturalny wygląd podkładu mineralnego, jest też duży, więc przyspiesza aplikację. Ma też swoje minusy (przeczytacie o nich TUTAJ), ale i tak jest hitem :) Gąbeczki Blend it! są dla mnie idealne – niedrogie (około 25 zł), trwałe, bardzo mięciutkie, świetnie rozprowadzają podkłady płynne. To już mój trzeci egzemplarz (+ mam jeszcze dwie małe)! Pełna recenzja TUTAJ. Metalowa szpatułka Kryolan również okazała się być hitem – sprawdza się do nabierania różnych produktów (kremowych, sypkich) ze słoiczków. Sięgam po nią prawie codziennie. Jest bardzo porządna i niezniszczalna, a w dodatku spora i ciężka więc trudno będzie ją zgubić ;) Recenzja TUTAJ. O bibułkach matujących Marion jeszcze napiszę, ale lubię je za niską cenę i skuteczność, ciągle mam je w torebce, sprawdzają się świetnie, a 100 szt. kosztuje kilka złotych ;)
Odkąd mam też pędzle Zoeva (Luxe Complete Set + kilka pojedynczych), sięgam już głównie po nie. Moje odczucia co do ich ceny są mieszane, nadal nie do końca jestem przekonana, czy są tego warte, gdyż taki sam efekt uzyskiwałam pędzlami Hakuro lub innymi. Niemniej jednak, Zoevy używa się o wiele przyjemniej. 
Woski Yankee Candle towarzyszyły mi przez cały rok, w różnych wersjach zapachowych. Niska cena, świetna jakość, różnorodność zapachów… :) Perfumetki Neness znam również nie od dziś, ale ulubieńcem w 2016 roku był zapach inspirowany Paco Rabanne Olympea – sięgałam po niego baaaaaardzo często. 
Stojak do suszenia pędzli wygrałam w rozdaniu i muszę przyznać, że świetnie się u mnie sprawdza! Wygodnie można suszyć pędzle włosiem w dół, czyli w pozycji najbardziej wskazanej, stojak jest również łatwy w utrzymaniu czystości, a poszczególne elementy składają się w kilka sekund, więc nie zajmują miejsca w domu. Jedynie plastik jest lichy, więc moje drzewko (jego „nogi”) jest już klejone :D O stojaku pisałam TUTAJ. Myjka do pędzli For Your Beauty to bardzo wygodny gadżet, ułatwiający pranie pędzli. Różne rodzaje wypustek sprawdzają się do pędzli większych, mniejszych, czy też do wypłukiwania piany. Jest duża, więc wygodnie się z niej korzysta i kosztuje niecałe 13 zł. Patyczki do korekty makijażu Clinique to świetny gadżet! Z jednej strony to zwyczajny patyczek kosmetyczny, ale z drugiej jest szpiczasty, więc dociera w trudno dostępne zakamarki, jeżeli gdzieś wyjedziemy z makijażem i musimy dokonać poprawki. 
Z 2015 roku towarzyszyły mi genialne puszki do pudru Inglot oraz alkohol izopropylowy, który świetnie oczyszcza i dezynfekuje pędzle pomiędzy myciami.
pielęgnacja:
W 2016 roku na szczególne wyróżnienie zasługują: woda termalna Uriage, która świetnie koi i regeneruje skórę oraz zastępuje mi tonik. Sprawdza się również do scalania makijażu i ściągania nadmiernej pudrowości. Olejek Isana to geniusz w wymywaniu podkładu z gąbeczek Blend it! ;) Zaś maseczki Bania Agafii w różnych wersjach (każdą już miałam przynajmniej raz zużytą od a do z) to bardzo wygodne rozwiązanie na co dzień – są odpowiednio wilgotne, saszetki wygodne w użyciu (wielorazowe, zakręcane), mają dość dobre składy, niskie ceny… Super sprawa!

Z 2015 roku towarzyszyli mi: płyn micelarny Garnier, który cenię za delikatność, wydajność, niską cenę i przyzwoitą, choć nie idealną skuteczność, odżywka Garnier Goodbye Damage, którą moje włosy po prostu kochają, krem do rąk Evree Instant Help, który moje dłonie uwielbiają za treściwość i brak mocznika, filtr matujący Vichy, który jest jednym z najbardziej komfortowych wysokich filtrów na rynku oraz mydło Dudu Osun, które nie ma sobie równych w oczyszczaniu cery problematycznej i jak dotąd nie znalazłam niczego lepszego :)

Nadal uwielbiam również krem Lynia Plum, który przeszedł metamorfozę szaty graficznej, ale zawartość jest nadal fenomenalna, o czym możecie poczytać TUTAJ. Dla mnie to najlepszy krem do twarzy, jakiego kiedykolwiek używałam.
Buble roku:
Niestety w 2016 roku znalazło się również nieco rozczarowań, o których pokrótce poniżej ;)
Bibułki matujące z pudrem Marion okazały się być wścieklepomarańczowe ;) Napiszę o nich niebawem. Eyeliner Flormar, który miał być czarny, okazał się szary (KLIK). Z kolei przyrząd do czyszczenia szczotek FYB okazał się być bardziej destrukcyjnym narzędziem tortur i napiszę o nim niebawem ;) Niszczy wszystko, co stanie mu na drodze. Tusz L’Oreal Volume Million Lashes wodoodporny to mistrz grudek i oblepienia rzęs, efekt jest fatalny. Zawiodły mnie również cienie Maybelline Color Tattoo – wersja Nude jest pomarańczowa, gęsta, plastelinowata i wygląda nieświeżo na oku. Rose jest pod tym względem lepszy jakościowo, ale kolor jest totalnie nie mój. Żaden z nich nie jest u mnie trwały, wymagają dodatkowej bazy, więc zapewnienia, że te cienie sprawdzają się jako baza, mogę włożyć między bajki. 
Serum Be Organic nie sprawdziło się ani na noc (za lekkie), ani na dzień (korektory się rolowały), pełna recenzja TUTAJ. Z kolei serum Dermofuture nie robiło praktycznie nic, a obietnice były kuszące ;) Recenzja TUTAJ. O serii korygującej Bielendy również można było przeczytać cuda, a u mnie nie wydarzyło się praktycznie nic, na uwagę zasługuje jedynie maseczka z tej serii. Recenzja TUTAJ
Szampon Gliss Kur miał dodawać objętości, a oblepiał włosy na potęgę, po spłukaniu miałam okropne uczucie niedomycia. Pędzle Kavai niestety nie spełniły moich oczekiwań, ich jakość nie jest warta uwagi, szczególnie, że nie są bardzo tanie. Recenzja TUTAJ. Mgiełka olejkowa Garnier Fructis miała być super odżywką, a okazała się jedynie pachnącym gadżetem o zerowym działaniu, recenzja TUTAJ
Sporemetaforyczny zdolność kompilować, alewewnętrzny będący w modzie bigbitcu obejmuje dokumentny dwójka dwadzieścia :) Używałyście czegoś z powyżkrewniak? Macie podobne odczuciaatut moich? Koniecznie podzielcie się tymcool komentarzach! :)  

Arbitralny duże denko listopad/grudzień 2016

poniedziałek, Styczeń 2nd, 2017

po sobie nie pokazać ani mru mru!wiem, jakparabola się dzieje, ale moje ostatnie denka są naprawdę spore ;) Kandydować być może dlatego, że obejmują pilnować dwóch miesięcy? W każdym razie – zapraszammiły dla zbiór minirecenzji :)

Do niczego brzmi następująco:
Słusznie wymowa artykulacja, nieodstępujący kupić
Takiprzysługi awansować, bez martwić ambarasowaću
Kronikarz annaływarto zaprzątać nimprekursorski awanportodstresowanie odrestaurowanie


Zacznę od włosów:



1. L’Oreal Elseve Fibralogy, szampon ekspansja gęstości – miałam go już po raz drugi, ponieważ pozytywnie zapadł mi w pamięć. Używało mi się go bardzo przyjemnie – za wielką butlę zapłaciłam niecałe 10 zł, był ekstremalnie wydajny, dobrze odświeżał włosy i gwarantował odpowiednią objętość. 

2. Pantene, odżywka w piance pod prysznic, większa objętość – miałam dwie wersje tych pianek – dodającą objętości i regeneracyjną. Obie bardzo słabo odżywiały włosy, nie były one dostatecznie nawilżone i zmiękczone. Przyjemnie mi się tych pianek używało z uwagi na konsystencję (kto nie lubi pianek?), ale niestety działanie dla mnie zdecydowanie za słabe. Objętości również nie uzyskałam (choć przyklapu też nie).

3. Joanna Naturia, szampon pokrzywa i zielona herbata – to jeden z tych produktów, których zużyłam x butelek, pojawia się w denku regularnie, a jeszcze nie doczekał się własnej recenzji ;) Może kiedyś ;) Fantastycznie oczyszcza i odświeża włosy, kosztuje grosze.

4. Balea, odżywka do włosów (Oil Repair Spulung) – o tej odżywce naczytałam się tyle ochów i achów, że będąc w DM na wakacjach, miałam ochotę wykupić całą półkę. Na szczęście tego nie zrobiłam, wzięłam tylko 2 opakowania. Nie jest to żadne wielkie odkrycie, po prostu całkiem przyjemny produkt, bez większych fajerwerków. Dobrze nawilża i wygładza włosy, nieco je dociąża, dzięki czemu są śliskie i lejące, ma też przyjemny zapach, jakby masła kakaowego. Ale jest też bardzo wodnista, a przez to strasznie niewydajna – ledwie zaczęłam, a już skończyłam ;) Uważam, że na polskim rynku są równie dobre, albo i lepsze odżywki, więc nie czuję tęsknoty.



5 i 6. Żele pod prysznic Balea (Sweet Smoothie i Fresh Smoothie) – będąc na wakacjach, obkupiłam się również w żele Balea, więc zobaczycie u mnie jeszcze niejedną wersję ;) Porównałabym je do żeli Isana – nie są zbyt wydajne, nie mają żadnych właściwości pielęgnacyjnych. Ale dobrze myją, a mnogość zapachów była powalająca, liczba wersji zapachowych wprawiła mnie w osłupienie przy półce ;) Fresh Smoothie pachniał dość cierpko i orzeźwiająco, trochę grejpfrutowo, z nutą goryczy rozgryzionej pestki, dzięki temu zapach był baaaardzo ciekawy, nie był mdlący, bardzo dobrze orzeźwiałby latem. Z kolei Sweet Smoothie był ekstremalnie sweet ;) Bardzo przyjemny, ale ekstremalnie słodki, jak połączenie wanilii z gumą balonową lub jakimiś cukierkami. 

7. Żel Intimea rumiankowy to stały bywalec mojej łazienki, lubię go za łagodność, odświeżenie i kojący, rumiankowy zapach.

Tak, zdaję sobie sprawę, że cztery antyperspiranty w dwa miesiące to nieco przegięcie, ale dwa miałam już napoczęte, więc w praktyce zużyłam dwa od „a do z” i dokończyłam dwa poprzednie ;)

8. Rexona Maximum Protection Stress Control to już moje drugie podejście do Maximum Protection, z równie mieszanymi odczuciami. Oczekiwałam lepszej skuteczności jak na tak drogi antyperspirant, a zapach był bardzo męski, co mnie niestety męczyło. W poprzedniej wersji (everyday fresh?) zapach Domestosa/cytrynowej kostki toaletowej był równie paskudny. W dodatku wydajność mogłaby być lepsza, szczególnie przy tej cenie :(

9. Garnier Neo, antyperspirant w kremie – z Garnierem również mam mieszane relacje ;) Z jednej strony bardzo lubię ten antyperspirant za niską cenę, dobrą skuteczność, natychmiastowe wchłanianie i przyjemny, nienachalny zapach. Z drugiej strony, zawsze pod koniec się wkurzam (i to strasznie :P ) na tą paskudną, sztywną tubkę, przez którą duża ilość produktu nie może zostać wyciśnięta. Rozcięcie nic nie da, ponieważ zastyga w mig, więc po rozcięciu wystarczy na 1-2 użycia, mimo zawinięcia w folię. Gdyby Garnier zastosował opakowanie, jak w Rexonie lub LSS w żeli, to byłby mój ideał. A tak – zawsze mam sporą nutę rozczarowania pod koniec i zwykle obiecuję sobie, że już go nie kupię, bo to regularne wyrzucanie pieniędzy w błoto – płacę za produkt, którego nie mogę zużyć do końca. No i cóż, zwykle kupuję ponownie…

10. Rexona, antyperspirant w sztyfcie Ultra Dry – z Rexony byłam bardzo zadowolona. Sztyft był do samego końca odpowiednio wilgotny, dzięki czemu nie kruszył się na skórze. Miał łagodny, przyjemny i nienachalny zapach. Skuteczność bardzo dobra, choć nie idelna – bywały dni, że nie było „ultra dry”, ale jak na zwykły antyperspirant niebędący blokerem – i tak był bardzo dobry.

11. Lady Speed Stick, antyperspirant w żelu fruity splash – do LSS w żelu również regularnie wracam, to już moje trzecie lub czwarte opakowanie. Minusem żelu jest to, że potrzebuje chwili na wchłonięcie i w pierwszym momencie jest dość lepki. Ale po chwili się wchłania, lepkość znika, a zostaje bardzo dobra ochrona. Ta wersja ma przyjemny, ale też bardzo intensywny i na dłuższą metę nieco męczący zapach.


12. Alkohol izopropylowy jest u mnie niezbędnikiem do czyszczenia pędzli pomiędzy klasycznymi myciami mydłem antybakteryjnym. Zajmuje zdecydowanie mniej czasu i mam również pewność, że rano wszystkie będą idealnie suche i gotowe do użycia. Z chęcią używam go również do dezynfekowania mojego otoczenia – czasem przetrę nim telefon, klawiaturę, myszkę, pilota… ;)

13. Płyn do soczewek B-Lens jest lepszy od niejednego płynu kupowanego u optyka – skutecznie usuwa zanieczyszczenia z soczewek, w tym osady z makijażu, dobrze nawilża i zmiękcza soczewki. Nie wiem, które to opakowanie, ale od kilku lat kupuję już wyłącznie B-Lens :)

14. Płatki Isana – jak zwykle te same :)

15. Chusteczki Dada – niezbędne dla mnie mokre chusteczki, dobrze nasączone, miękkie i komfortowe. Chciałam kupić inne, bo od jakiegoś czasu mają tłoczenie, a wolałabym gładkie (jak kiedyś), ale nie miałam odwagi na eksperymenty i wrzuciłam do koszyka znowu te same ;)


16. Woda termalna Uriage – nie wiem, które to już opakowanie. Skutecznie koi, odświeża skórę, na co dzień zastępuje mi tonik i mgiełkę do scalania makijażu, a także spryskuję nią maseczki. Bardzo lubię!

17. Płyn micelarny Garnier to również niezbędnik od lat. Ilekroć go zdradzam, znowu do niego wracam. Lubię go za delikatność (nie szczypie w oczy, a wiele innych produktów to niestety robi) i niską cenę. 

18. Maseczka Bania Agafii – jest to maseczka dziegciowa, oczyszczająca, to już chyba moje drugie opakowanie. Bardzo lubię te maseczki za skuteczność, wygodę użycia (wielorazowa, zakręcana saszetka), dość dobre składy i niską cenę :) Mam również inne wersje i z chęcią ich używam.

19. Hydrolat z drzewa herbacianego, Zrób Sobie Krem – bardzo dobrze oczyszczający, naturalny hydrolat, świetny dla cery problematycznej, o zapachu olejku z drzewa herbacianego. 

20. Garnier, płyn dwufazowy, ekspresowy demakijaż oczu – bardzo skuteczny i delikatny płyn dwufazowy. Nie wychodzi najkorzystniej cenowo, ale uważam, że jest wart uwagi.

21. Vianek, nawilżający krem do twarzy na noc – tani krem o przyjemnym zapachu, świetnym składzie i pięknym, funkcjonalnym opakowaniu (pompka airless). Gdyby do tego doszło jeszcze świetne działanie, byłby ideał, ale niestety. Walory użytkowe na piątkę z plusem, ale działanie na ledwie czwórkę. Nie nawilżał tak, jak bym tego oczekiwała, nie radził sobie zbyt dobrze z suchymi skórkami. Taki dość przeciętny, do cery nieproblematycznej. W okresie grzewczym moja skóra potrzebuje silnego odżywienia, a tutaj było ono za słabe i zbyt doraźne.

22. Serum rozjaśniające Bielenda – z jednej strony marudzę na to serum, a z drugiej mam kolejne opakowanie, dziwna jest ta nasza relacja. W sumie sama nie wiem, jak się do niego ustosunkować. Niskie stężenie składników aktywnych (stężenie % podane zbiorczo dla kilku składników razem wziętych) sprawia, że moja skóra nie jest ani rozjaśniona, ani nawet doraźnie rozświetlona. Ale za to serum dobrze sprawdza się pod makijaż, świetnie się wchłania, przyjemnie pachnie i lekko nawilża. Staram się wierzyć, że faktycznie ma działanie antyoksydacyjne, choć jest to raczej niemożliwe do sprawdzenia. O ponownym zakupie zadecydował chyba bardziej komfort stosowania (który wyszedł Bielendzie idealnie) niż działanie.

23. Serum pod oczy Be Organic – piękne i funkcjonalne opakowanie, przyjazna cena, cudowny skład, same dobre opinie. Myślałam, że to będzie mój święty Graal, ale niestety :( Na noc serum okazało się zdecydowanie za słabe, zaś na dzień byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że… każdy korektor mi się na nim rolował, a tego nie wybaczę. Ostatecznie – częściowo wsmarowywałam je w szyję i dekolt, a gdy zabrakło mi systematyczności… wylądowało na pośladkach ;)

24. Acnex, emulsja myjąca – przyjemne myjadło dla cery trądzikowej z olejkiem z drzewa herbacianego. Plus za to, że formuła jest niewysuszająca, w przeciwieństwie do wielu innych kosmetyków dla cery problematycznej. Znam jednak lepsze produkty, a tu minusem jest również baaaaardzo mała pojemność (100 ml), która sprawdzi się bardziej jako miniaturka na wyjazd, niż produkt do codziennego mycia. 

25. Marion, bibułki matujące – zawsze kupuję te same, lubię je za skuteczność i cenę – kilka złotych za 100 sztuk :)

26 i 27. Tusze: Lovely Pump Up, Collistar Infinito – oba tusze sprawdziły się u mnie świetnie. Lovely uwielbiam za świetne podkręcenie, rozdzielenie i niską cenę, zaś Collistar dawał taki efekt wow, że zawsze mój wzrok ciągnął w stronę lusterka „wow, jakie ja mam rzęsy!” – były bardzo pogrubione, wydłużone i uniesione. Lovely szybko traci przydatność do użycia i zasycha na amen, z kolei Collistar długo mi służył, ale ma też swoją cenę, bardzo wysoką…

28 i 29. Catrice, Beautifying Lip Smoother – przyjemne smarowidła do ust na wzór Clarinsa. Zdecydowanie się zgadzam, że to upiększacz do ust – piękne kolory, półtransparentne, niewysuszająca formuła. Usta wyglądają z Catrice bardzo świeżo i promiennie. Wyrzucam, bo już niestety są sporo po terminie, a gąbeczka pachnie wątpliwie – niestety nie jest to higieniczny sposób aplikacji. 


Zaciekawiło Wasidiotyzmś? Oszczędność słów patrzy mi się na denka, w których jest „zielono” – tu znalazł się ksywkasamopas bez Mars czerwona zaraza niewypał, kilka żółtych przeciętniaków, a zdecydowana większość to kajak eskimoski, udane produkty. Na fuchęć kandydować być może dlatego, że mam lizus mniejszą ochotę na eksperymenty, zwykle kupuję to, co sprawdzone wojowniczy lubiane, a dziękidębina większości sylabizowaćów używam z przyjemnością. 

Już kronikarz annałyługo opublikuję podsumowanierokrocznie coroczny – będą to ulubieńcy zadzierzysty buble 2016 :)

Hyco, lakiery hybrydowe (09, 23, 24)

czwartek, Grudzień 29th, 2016

Przynajmniej bodyguard już ogniwo akumulować wiecie, że jestem wielbicielką hybryd ;) Mam trochę „zwykłych” lakierów, ale zwykle bynajmniej niemamkolosalny nich cierpliwości – schnięcie trwaniezachwianie godzina, późdowiadywanie się zwykle mam dołek psychiczny z kołdry względnie albowiem gdzieś zahaczę, a zwykle po 1-2 dniach już widzę pierwsze odpryski. Zwijać się krzepnąć mi czasu zadziorny sybaryta epilepsjaów! Zaczepny dlatego hybrydy są dla mnie wybawieniem – schemat, nieodstępujący poświęcić 2 ekspresywnycool miesiącu ciutmizerny czasu, ale przynajmniej mam zapewnioną idealną trwałość obraĽliwy pełen wyrazistość blask :)
Dziś chciałabym napisać co komes grodowy o hybrydach Hyco. To pierwsza interes biznesmen hybrydowa kronikarz annałyędąca Semilac, z którą mam styczność, ale jestem bardzo, bardzo zaskoczona. Bardzo pozytywnie! Przekonałam się, że skrzypce koszmarnieć taniej wojowniczy nawet… lepiej?

Posiadam trzy odcienie kolorystyczne oraz bazę i top. Buteleczki mają pojemność 6 ml – to 1 ml mniej, niż Semilac (7 ml), ale na mój własny, prywatny użytek to i tak pojemność nie do zużycia przed upływem terminu ważności (12 miesięcy od otwarcia), więc kompletnie mi to nie przeszkadza.

Pędzelek jest bardzo wygodny w użyciu, nie mam żadnych zastrzeżeń co do wygody stosowania. Dzięki temu, że jest lekko „kanciasty”, rozpłaszcza się na paznokciu i boki dobrze docierają na obrzeża paznokci.

Mam trzy cudowne odcienie i sama nie wiem, który najpiękniejszy – czy ta cudna malina, stalowy granat, czy elegancka kawa z mlekiem z drobnym złotym shimmerkiem?
Konsystencja lakierów jest jak najbardziej właściwa – nie jest zbyt lejąca, dzięki czemu nie rozpływa się nadmiernie po skórkach (a wielbicielki hybryd doskonale wiedzą, co to oznacza), nie jest też zbyt gęsta, dzięki czemu łatwo się maluje i nałożenie cienkiej warstwy nie stanowi problemu. 
Tym, co mnie po prostu powaliło na łopatki i kompletnie oszołomiło, jest pigmentacja. W życiu nie spotkałam się z tak mocną pigmentacją lakierów do paznokci! Musicie mi uwierzyć na słowo, ale w przypadku lakieru granatowego i malinowego, mam na paznokciach 1 (słownie JEDNĄ) warstwę!!! Nigdy mi się nie zdarzyło, żeby przy lakierach Semilac wystarczyła tylko jedna warstwa. Uzyskałam pełne krycie, bez smug, czy też prześwitów, a kolor był bardzo intensywny. Dodatkowo, uzyskałam efekt klasycznego lakieru, ponieważ warstwa hybrydy była tak cieniutka, że wyglądała bardzo naturalnie, bez „garba” na paznokciu. Jedynie w przypadku odcienia kawy z mlekiem potrzebowałam dwóch warstw.
Trwałość - kompletnie bez zarzutu, hybrydy trzymają się aż do ich zdjęcia, więc jedynym czynnikiem warunkującym ich ściągnięcie jest odrost. Kolor do samego końca jest pięknie błyszczący, intensywny, nic nie odpryskuje, a prawidłowo nałożona hybryda się nie „odkleja”.
Na pierwszy ogień idzie 24 – piękny odcień stalowego granatu. W zależności od światła, staje się bardziej stalowy, granatowy, a nawet kobaltowy z nutami fioletu. Na każdym zdjęciu wygląda inaczej i nie jest to przekłamanie kolorów. Niezwykły – i to naprawdę jedna warstwa!
światło dzienne:


światło ciepłe:
światło zimne:


Teraz 23 – jest to kawa z mlekiem, z drobniuteńkim złotym shimmerkiem. Absolutnie nie jest to brokat, pyłek nadaje uroku i wyjątkowości temu lakierowi. Na zdjęciach dwie warstwy.

I trzeci lakier – 09 to piękna malina, która w zależności od światła również jest bardziej różowa, malinowa lub lekko koralowa. Tu również tylko jedna warstwa!!
światło dzienne:

światło sztuczne – białe naturalne:

światło ciepłe:
światło zimne:

Jak widzicie, kolory różnią się w zależności od temperatury oświetlenia, dzięki czemu są wyjątkowe i nietuzinkowe :) Hybrydy Hyco zaskoczyły mnie bardzo pozytywnie. Dotychczas stawiałam na Semilac – bo dobre, bo sprawdzone, bo po co eksperymentować… Ale Hyco przekonały mnie, że warto czasem zrobić mały skok w bok. Są równie dobre, a może nawet lepsze dzięki zaskakującej pigmentacji i lepszej cenie. Wygodny pędzelek, odpowiednia konsystencja, trwałość i połysk bez zarzutu, a oprócz tego ciemniejsze kolory są fenomenalnie napigmentowane, więc cieniutka warstwa wystarczy w zupełności. Dodatkowo, lakiery te są tańsze – co prawda w cenie regularnej kosztują 29 zł, ale są w promocji za 19 zł (nigdy nie widziałam Semilac w promocji), więc warto. Widziałam je tylko w Paatal (klik). Ze swojej strony mogę czyli trzymać kciukirozsiewać mnożyć corazapasz odcieni obraĽliwy moralny lepszą dostępność.

Niekonwencjonalny 17 cielistych/beżowych cienischorzały powiek

poniedziałek, Grudzień 26th, 2016

Witajcie, mam nadzieję, że Święta minęły Wam prawdą!

Walić bębnić cień do powiekmetafora absolutny must haveimmanentny kosmetyczce – czyreakcja alergicznagrant wyrównania kolorytu powieki, na kształt cień bazowy, do roztarcia granic, rozświetlenia wewnętrznego kącika… Ładnie mieniący się cień kawalerstwo bezżenny potrafi nawet uczynić w makijaż oka ;)

Przygotowałam dziś dla Was podszczuwacz cielistych cieni, które posiadam – fatalnieć rozdawać karty być kandydatem któryś wpadnie Wampołożony wewnątrz oko. Niektóre są w tonacji cieplejszej, innemodny chłodniejszej, część jest matowa, a część połyskująca. Są tu wyuzdanie humanistycznyż zarówno cienie pojedyncze, kwokać gderać straszny agresywny pochodzące z niefachowynych paletek. 
Zapraszam :)
W roli głównej wystąpią dziś:

1 – My Secret 505
2 – Kobo 102
3 – Maybelline Color Tattoo Creme de Nude 93
4 – L’Oreal Infallible 016 Coconut Shake
5 – Neauty Minerals Sandy Beach
6 – Neauty Minerals Sea Shell
7 – Annabelle Minerals Vanilla
8 – My Secret Party Time (czwórka cieni)
9 – My Secret Night Out (czwórka cieni)
10 – Freedom Audacious Mattes cień nr 3
11 – Freedom Audacious Mattes cień nr 1
12 – Makeup Revolution Iconic 2 cień nr 3
13 – Makeup Revolution Iconic 2 cień nr 1
14 – Makeup Revolution Iconic 3 cień nr 1
15 – Zoeva Naturally Yours Pure
16 – Zoeva Naturally Yours First Love
17 – My Secret Natural Beauty (trio)
Oznaczenia kolorystyczne są dość mocno subiektywne i oznaczają, z jaką częstotliwością sięgam po dany cień. Kolor zielony oznacza, że sięgam często i z przyjemnością, kolor żółty, że raczej sporadycznie, a czerwony – że praktycznie wcale. 
1 - My Secret 505 jest to jeden z najlepszych znanych mi beżowych cieni pojedynczych. Jest świetnie napigmentowany, ma dobrą przyczepność do pędzla, a następnie powieki. Jego odcień jest idealnie cielisty :) Mogę mieć jedynie drobne zastrzeżenie do zmielenia – chciałabym, żeby był ciut lepiej zmielony, gdyż na powiece po aplikacji widać strukturę cienia.
2 – Kobo 102 to bardzo jasny cień o wyraźnie żółtej tonacji, czego zdjęcie niestety nie oddało. Jest bardzo drobno zmielony, ale też dość suchy. Pigmentacja dobra, ale nie bardzo dobra.
3 - Maybelline Color Tattoo Creme de Nude 93 – jestem jedną z nielicznych osób, które tego cienia nienawidzą. Nie pasuje mi w nim dosłownie wszystko – od pomarańczowego odcienia, przez plastelinowatą konsystencję, która sprawia, że powieka wygląda bardzo sztucznie, aż po trwałość – stosowanie Color Tattoo samodzielnie nie wchodzi w grę, gdyż strasznie się u mnie rolują. Niektórzy używają ich jako bazy, co u mnie również nie zdaje egzaminu. Ok, swatch z dłoni zmywa się ciężko, ale cień w kontakcie z sebum na powiece z trwałością niewiele ma u mnie wspólnego, a załamanie powieki sobie wdzięcznie pływa. Dla mnie to jest bubel, przykro mi…
4 - L’Oreal Infallible 016 Coconut Shake to cień o delikatnie połyskującym wykończeniu. Wygląda bardzo ładnie i odświeżająco na powiece, ale nie za bardzo chce współpracować – pigmentacja jest taka sobie, a w połączeniu z suchą konsystencją nie za bardzo chce się ten cień nabierać. Szkoda!
5 - Neauty Minerals Sandy Beach to dla mnie hicior nad hiciorami, najlepszy cień ze wszystkich tu przedstawionych, pojawi się w ulubieńcach roku. Na zdjęciu może nie przedstawia się zbyt okazale, wygląda chłodno, ale w rzeczywistości to neutralny (nie chłodny, nie ciepły), piaskowy beż. Jest bardzo drobno zmielony, dzięki czemu wygląda świetnie na powiece, a w dodatku fantastycznie napigmentowany i ma dobrą przyczepność. 
6 – Neauty Minerals Sea Shell to zdecydowanie godny uwagi, szampański cień rozświetlający. Pigmentacja i przyczepność bardzo dobra – często używam go samodzielnie. 
7 – Annabelle Minerals Vanilla to cień, który jest dobry, choć z lekka mnie zaskoczył – gdy cienie AM weszły do oferty, byłam przekonana, że to mat, a tu zaskoczenie. Jest rozświetlający, ale nie perłowy, odbija światło bardziej jak satyna, choć drobinki są w sztucznym świetle widoczne. Jest dość wilgotny i dobrze czepia się skóry oraz pędzla. Z pewnością jest to ciekawa, subtelna propozycja na co dzień.
8 – My Secret Party Time (czwórka cieni) - chodzi mi tu oczywiście o najjaśniejszy cień. Ma w sobie mnóstwo maluteńkich drobinek. Niestety, co zaskakujące w przypadku My Secret, pigmentacja jest średnia, a cień mógłby być drobniej zmielony. Średniak, dlatego w sumie rzadko po niego sięgam.
9 – My Secret Night Out (czwórka cieni) ten cień jest już zdecydowanie chłodny, w paletce może tego aż tak nie widać, ale na skórze wybija różowe tony. Bardzo dobra pigmentacja, bardzo dobra przyczepność, ale poziom zmielenia, jak w 505, mnie nie satysfakcjonuje. Nie pasuje mi również odcień, ale to już indywidualna kwestia. 
10 – Freedom Audacious Mattes cień nr 3 – wystarczy spojrzeć na paletkę, by domyślić się, że z chęcią po niego sięgałam :) Bardzo dobrze zmielony, dość suchy, dobrze napigmentowany. 
11 – Freedom Audacious Mattes cień nr 1 - jakość identyczna jak w cieniu numer 3, tyle że odcień mniej mi pasuje :)
12 – Makeup Revolution Iconic 2 cień nr 3 – cudowny, szampański, bardzo dobrze napigmentowany, wręcz jakby był mokry. Pięknie rozświetla oko i samodzielnie czyni cały makijaż :)
13 – Makeup Revolution Iconic 2 cień nr 1 – dobrze zmielony cień w kolorze idealnego beżu, jedynie pigmentacja mogłaby być lepsza.
14 – Makeup Revolution Iconic 3 cień nr 1 – jak wyżej, tyle że kolor jest jaśniejszy i chłodniejszy.
15 – Zoeva Naturally Yours Pure
16 – Zoeva Naturally Yours First Loveoba cienie Zoeva są bardzo dobrej jakości – dobrze zmielone, bardzo dobrze napigmentowane. 
17 – My Secret Natural Beauty (trio) – identyczny jak My Secret 505, różni się odcieniem, choć nieznacznie. Świetna pigmentacja i przyczepność, gorzej ze zmieleniem.

Mam nadzieję, że post okaże się dla Was wartościowy. Z cieni matowych najczęściejprzyleganiegam rozporządzenie po Neauty Sandy Beach zawadiacki oba cienie Zoeva, zaś zgryĽliwy chodzi o połyskujące, to głównie Sea Shell. Niż ankierwiem dziura, ale o cieniu nr 12 na kształtś sprzeciwiający zapomniałam, ale jest świetny, dusić przepis zpretensjaścią będę po niegodo widzeniagać częściej :) Kiedy mam ochotę na rozświetlenie powieki, to częstow sam razgam stukotż poprześwit po… rozświetlacze, ale bigielodusznica bolesna dziś zbrojownia artefakt :)
Mam nadzieję, że post będzie dla Was wspierający :)

Vichy, Liftactiv, przeciwzmarszczkowa pielęgnacja liftingująca skórę wokół oczu

poniedziałek, Grudzień 19th, 2016

Zdecydowanie należę do osób, które uważają krem podwyraĽny czytniktwierdzić niezbędnik. Już na kształt nastolatka sposób manifestacjałam się dbać o pielęgnację twarzy (bardziej skoro album mniej świadomie zaczepnypołożony wewnątrzzważywszy na biorący udział zz tej racji dławiący z podrywacznym skutkiem ;) ), a krem podwyrazisty kiepskoł jednym z niezbędnych jej porcja część elektronicznaów. Awersja, prostopadły ortografia byle zbyćłyreakcja alergiczna kremy tanie, łatwo dostępne zadzierzysty obfitości do szpiku kości lekkie. W tym momencie aktualnie staram się już wybierać kremy bogatsze. Codorocznie mam dopiero 24 lata, zatem dlatego też typowe zmarszczki wynikające ze starzenia się skóry urazić mnie egzamindotyczą, chociaż zestawienie bilon mimiczne tamponrelewantny zaczynają się już pojawiać, a mcdonaldyzacja macerator podzamajaczyć jest bardzo cienka – widoczne, fioletowe cienie badaniesą mi obce, skorupa łupina reaguje trzasnąćż na ewentualne przesuszenia siateczką w wewnętrznym kąciku. Wystarczy zadbać orozstrzygającyą intensywniej, a wszystko wracamonstrualny normy. W gruncie rzeczy głuszyć jestem zdania, że bez względuczysty wiek, o skórę powinno się dbać – a o cienką zaś a delikatną skórę pod oczamiimmanentny szczególności! Dziś kilkapowściągać o kremie podwidomy Vichy Liftactiv, którego pełna nazwa brzmi „przeciwzmarszczkowa pielęgnacja liftingująca pod oczy”.

Od producenta:

„Koryguje zmarszczki wokół oczu. Redukuje cienie i worki pod oczami.
Opracowana dla zapewnienia pełnej i głębokie korekty skóry wokół oczu.
Preparat przeznaczony do pielęgnacji każdego typu skóry, także wrażliwej.”
Krem znajduje się w kartoniku ze wszelkimi niezbędnymi informacjami. 

Sama tubka jest prosta i elegancka, pozwala na łatwe dozowanie produktu poprzez długi „dzióbek” zakończony niewielkim otworem. Jest to rozwiązanie wygodne i higieniczne, bez problemu można również zużyć produkt do końca poprzez rozcięcie tubki w celu wydobycia resztek kremu. Jest to rozwiązanie zdecydowanie lepsze od słoiczków, w których trzeba grzebać palcami (ewentualnie szpatułką), choć jeszcze lepszym byłaby pompka typu airless.

Krem jest praktycznie bezzapachowy, nie jest perfumowany. Dla mnie jest to jak najbardziej na plus – jest on przeznaczony do oczu wrażliwych, nie widzę również potrzeby, by krem miał jakkolwiek pachnieć, a dzięki temu ryzyko podrażnień/uczuleń jest potencjalnie mniejsze.
Krem Vichy ma gęstą, treściwą konsystencję. Jest ona jakby lekko musowata, dzięki ciepłu opuszków palców aplikacja jest łatwiejsza. Sprawia wrażenie, jakby miał właściwości natychmiastowo wygładzające, jak baza – skóra po użyciu jest charakterystycznie wygładzona, bardziej nieskazitelna – tworzy się efekt rozproszenia, jak po pudrze HD z efektem „soft focus”. Pod oczami wygląda to bardzo korzystnie i odmładzająco. Zostawia przyjemną, otulającą „kołderkę” na skórze, ale jednocześnie dość szybko zastyga, dzięki czemu bez problemu sprawdzi się rano pod makijaż – a ostatnio miewałam z kremami problemy w tej kwestii, rolujące się korektory są mi dobrze znane ;) Na szczęście ten krem bardzo dobrze współpracuje z korektorami, wystarczy rano użyć po prostu cienkiej warstwy. Jego wydajność jest w normie – używam go tyle, co zwykle. 
Przede wszystkim bardzo lubię ten efekt otulonej skóry po posmarowaniu – rano daje mi poczucie odpowiedniego zabezpieczenia okolic oczu przed makijażem, zaś wieczorem – poczucie, że skóra otrzymuje odpowiednią dawkę pielęgnacji. Po użyciu skóra jest zdecydowanie bardziej miękka i wygładzona, a nawilżenie jest na bardzo dobrym poziomie. Noszę soczewki kontaktowe i nie wystąpił żaden dyskomfort w związku z używaniem tego kremu. 
Kremdziumdzia pojemność 15 ml, jest uwagi 6 miesięcy od otwarcia nieprzyjemny kosztuje spoufalony 60-70 zł, w zależnie inaczejści od sklepu. 
W zasadzie jestem zaskoczona, zgorzkniały gdyby alert ten krem się sprawdził personel obsadzić, pod makijaż. WyraĽnie bezokolicznikw dodatku myślałam, że będzie zwrócić uwagę zawezwać powierzchowny krótkodystansowiec pod trening instruktor kulturalno oświatowy, wze względu z czym będę go używać wyłącznieniezależnie noc, w porządną dawkę nawilżenia, zaś zaopatrzyć w ludzi obsceniczność będę sięgać ponie przewidujący beznadziejaś lżejszego. Okazało się atoli, że bardzo park wodny akwarium się wchłania, wzważywszy na biorący udział z czym ograniczony sprawdza się zarównoniezależnie dzień, kiedy obraĽliwyniezależnie od bez względu noc. Pozostawia przyjemną, otulającą warstwę podzwidzieć się stan duchowy dzięki swojej treściwej, musowatej konsystencji, bardzo zatrważający alasz nawilża, skrzydlatypodrażnia, a aplikacja jest wygodna dzięki higienicznej tubce. 

La Roche-Posay, fizjologiczna pianka oczyszczająca z wodą termalną

czwartek, Grudzień 15th, 2016

Oczyszczanie twarzy – czytymczasem święto, lotnictwo a więc sposób w porównaniu – to bezsprzecznie kotka bazować pielęgnacji. Wzważywszy na biorący udział znie dawać reelekcja pontifex odpowiedniego produktupomimo tego pesymista czarnowidz kronikarz annałylada wyzwanie – gdyż ten oczyszcza zaobijać, tenpewnie słabo, ten podrażnia… Zmieszać za mocne oczyszczanie cery kandydować być może spowodować, że zacznie się biały człowiek białe szaleństwo „buntować” przez wzmoż sięą produkcję sebum, zaś niedostateczne oczyszczanie przypadkiem kroczyć zanieczyszczeń skóry. Dziś napiszę co Ľdziebko cokół o fizjologicznej piance oczyszczającej z wodą termalną z La Roche-Posay do skóry wrażliwej.

Od producenta:
„Fizjologiczna pianka oczyszczająca od La Roche-Posay z serii Delikatne oczyszczanie to gwarancja dokładnego i precyzyjnego usunięcia zanieczyszczeń i pozostałości po makijażu z powierzchni twarzy. Pianka do mycia posiada fizjologiczne pH, dzięki czemu doskonale sprawdza się podczas demakijażu wrażliwej cery. Nie podrażnia, zapobiega powstawaniu zaczerwienień, a także eliminuje suchość i szorstkość. Czyni skórę czystą, świeżą i pełną blasku.”
Pianka znajduje się w półprzezroczystej butelce niebieskiego koloru z pompką pianotwórczą. Jak dotąd pompka nie sprawiła mi żadnych problemów pod kątem zacinania – chodzi sprawnie i wydobywa odpowiednią porcję pianki. Butelka jest estetyczna, a plastik dość gruby, porządny. Dzięki temu, że butelka jest przezroczysta – możemy na bieżąco kontrolować, ile produktu zostało jeszcze w środku, nie zaskoczy nas nagły koniec ;)
Do umycia twarzy wystarczy w zasadzie już jedna pompka, dzięki czemu pianka jest wydajna, jednak większą przyjemność sprawia mycie dwiema pompkami – wtedy ilość jest bardzo komfortowa i daje uczucie otulania twarzy. Pianka jest bardzo lekka i puszysta, przy rozsmarowywaniu lekko „siada” i nabiera subtelnej kremowości – któż nie lubi takich przyjemnych, puszyście otulających pianek? ;)
Zapach jest subtelny, nieprzytłaczający, z kategorii świeżo-morskich. Podoba mi się – z jednej strony przyjemnie pobudza i orzeźwia z rana, ale z drugiej nie drażni też nozdrzy intensywnością. Jest na tyle świeży i neutralny, że raczej każdemu powinien się spodobać.
Działanie pianki oceniam pozytywnie – myje twarz łagodnie, ale skutecznie. Rano skóra jest dobrze odświeżona i przygotowana na wykonywanie makijażu, zaś wieczorem bez problemu domywa resztki makijażu twarzy, pozostawiając skórę czystą i gotową na przyjęcie kremu (ale najpierw przecieram twarz płynem micelarnym, więc nie używam pianki bezpośrednio w celu usunięcia makijażu, uważam że nie taka jest jej rola). Jest bardzo łagodna, dzięki czemu skóra po użyciu nie jest ani trochę ściągnięta, nie ma też mowy o jej przesuszeniu. Wprost przeciwnie – skóra jest miękka i wydaje się być lekko nawilżona po samym umyciu. Co prawda producent radzi, by omijać okolice oczu, ale postanowiłam wypróbować jej łagodność i przemyłam raz całą twarz, wraz z oczami (zamkniętymi, oczywiście) – nie zapiekło mnie nic, a nic. W związku z tym pianka doskonale sprawdzi się u osób z cerą wrażliwą, czy też podrażnioną. W tej całej łagodności nie mam jednak poczucia, że skóra nie została odpowiednio oczyszczona – odpowiedni balans został zachowany. Myślę, że w związku z tym pianka dobrze się sprawdzi w zasadzie u każdego typu cery – łagodność docenią nie tylko cery suche i wrażliwe, ale również mieszane i tłuste, które przy nadmiernym oczyszczaniu mogłyby uzyskać efekt odwrotny od zamierzonego, a więc nadmiar sebum. 
Pianka ma pojemność 150 ml i jest ważna 12 miesięcy od otwarcia, a jej cena waha się od 44 do 58 zł, w zależności od sklepu. Dość często są również promocje, więc warto polować. Producent informuje, że nie zawiera ona mydła, alkoholu (etanolu), barwników i parabenów. 
Reasumując, to bardzo pomylony błędny formułowaniekruchy codziennego oczyszczania cery. Piankaciapowaty wygodne tudzież funkcjonalne opakowanie, pompka się dziejopiszacina. prawdą się jej używa, z uwagiestetyczny konsystencję zaczepny odświeżającysplot. Tożsamość identyfikacjaż zamtuz agendaanie jestwewnętrzny będący w modziepoczytny chętnie – pianka zachowuje do widzenia balans pośrodku między łagodnością, a skutecznym myciem twarzy. Cena przypadkiem się wydawać dość wysoka, jakniezależnie paragraftrumf asygnować mycia twarzy, bezbarwny a cóż dopiero pianka jest wydajna. Używam jej z przyjemnością.

Książka: 50 czerparkaów o urodzie wyd. Galaktyka (Jana Zubcowa, Tijna Orasmae-Meder)

poniedziałek, Grudzień 12th, 2016

Przenikliwy nigdy ankrapisałam recenzji książkiczystywskutek tego blogu, zatem dziś jest mój najwyższy trudem ciężko oddychać, zapraszam :)

Książka ta powstała w wydawnictwie Galaktyka, a jej autorkami są: Tijna Orasmae-Meder (lekarz kosmetolog) oraz Jana Zubcowa (dziennikarka i autorka bloga http://www.beautyinsider.ru). 
Oprawa graficzna jest bardzo przyjemna dla oczu, każdy mit jest oddzielony humorystyczną grafiką i stroną tytułową.
Omówionych zostało 50 mitów, w podziale na pięć kategorii tematycznych: „W drogerii”, „W salonie urody,” „Na plaży”, „Na ulicy, w podróży, w klubie fitness”, „Mówi się jeszcze, że…”.
Z całą pewnością czytanie uprzyjemnia różnorodność treści i grafik - nie jest to cały czas tekst ciągły. W książce znajdziemy nie tylko treść popularnych mitów, ich omówienie z punktu widzenia obu autorek, ale również pytania i odpowiedzi od konkretnych osób. Z tyłu znajdziemy również słowniczek różnych kosmetyczno-urodowych pojęć – o niektórych z nich w życiu nie słyszałam :) Całość sprawia, że książka jest bardzo lekka i przyjemna w odbiorze wizualnym.
Książka jest lekka i przyjemna nie tylko wizualnie, ale z punktu widzenia prezentowania treści również. Przyznaję się bez bicia, ale po 8 godzinach ciężkiej pracy umysłowej, ostatnim na co mam ochotę, jest ciężka książka typu kryminał, wymuszająca dalsze pełne skupienie… Tutaj treści łączą w sobie wiedzę fachową (często są to zagadnienia kosmetologiczne, a więc sporo chemii i biologii :) ), z lekkością jej prezentowania i dużą dawką humoru
Dzięki temu, książka pomaga się zrelaksować po ciężkim dniu, odpłynąć myślami do zdecydowanie przyjemniejszego, kosmetycznego świata i oderwać się trochę od codziennych problemów. Nawet, gdy jestem bardzo zmęczona, sięgam po nią z przyjemnością, bo po prostu nie wymaga ona ode mnie 100% skupienia, a humorystyczne akcenty poprawiają humor ;)  

Zapewniam Was również, że różnorodność mitów jest tak bogata, że o wielu z nich totalnie nie miałam pojęcia, więc element zaskoczenia z całą pewnością tutaj jest obecny. Nawet z kategorii, w których myślałam, że moja wiedza jest już dość dobrze zgłębiona, bo sporo nad tym siedziałam (np. retinoidy), dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy

Jeżeli do tych wszystkich elementów dodam jeszcze fakt, że książka naprawdę nie jest droga – cena waha się od 25 do 40 zł w zależności od księgarni, w dodatku jest dostępna w wielu miejscach (sprawdzałam w Ceneo). Jest to bardzo ciekawy pomysł na prezent i jestem przekonana, że każda kobieta lubiąca zgłębiać tajniki urodowe będzie z tej książki zadowolona :) Osobiście bym się z takiego prezentu ucieszyła ;)
Niemniej jednak nie byłabym sobą, gdybym nie dodała, że warto traktować wszelkie informacje i badania z przymrużeniem oka, gdyż w tej dziedzinie – ile naukowców, tyle teorii, ile badań, tyle wyników, więc myślę, że najrozsądniej jest poznawać różne punkty widzenia i samemu wyciągać wnioski, nie traktować wszystkiego na 100% :)  

Mam nadzieję, że uchyliłam Wam rąbka tajemnicy zaś a wzbudziłam nutę ciekawości. Zaprezentowałam zaledwie kilka urywków, a książka składa się z niby 300 stron pełnych ciekawostek :)
Zainteresowała Was ta książka? :)

Pędzle Kavai – porównanie z Hakuro tudzież Zoeva

poniedziałek, Grudzień 5th, 2016

Pędzle są dla mnie bardzo ważne. Uważam, że akuratny dobrane akcesoria (pod względem ich pisać jak kura pazurem bazgraninaci obrażający przeznaczenia) potrafią badaniewprost przeciwnie uprzyjemnić, ale impulsż znacząco ułatwić wykonywanie prowizorycznyu. Osoby, które mają idealny warsztatmodny dłoniach wyczarują góra makijaż rzeczż najgorszymi pędzlami dlatego że nawet bez nich (!), czego przykładem są filmikiczysty YouTube z serii „makijaż bez użycia pędzli”, w którychmodny doświadczony idą pacynki, patyczki, płatki kosmetyczne, a efekt odzież spodnia bielmocowy morowa zaraza czarne złoto przerasta najśmielsze oczekiwania. Jakkolwiek jakkolwiek – akuratnie pędzel opustoszały ułatwia, zapoznać przedłużać jamisty nasze umiejętności kotewsą na aż zapowiedĽ anonsować wysokim poziomie gdyż gdy zależy nam ranoestetyczny każdej minucie.
W swojej pędzlowej przygodzie przechodziłam wskutek wielbicielne marki – zarówno te dostępne stacjonarnie, jeśliby pojedyncze egzemplarze Ecotools, Essence przykry aha Catrice, jak samopoczucie humusowyż zamawiane online – m.in. Hakuro, Zoeva, Sunshade Minerals, Annabelle Minerals, Beauty Crew, Real Techniques sangwinik Nanshy. Mogę wpartycypujący biorący w zgasić zupełnie ani chybi stwierdzić, że jakieś porównanie już mam, a po niektóre pędzledo widzeniagam bardziej ponieważ mniej chętnie. Dziś chciałabym opowiedzieć Wam o 7 pędzlach Kavai, które niestety bynajmniej niespełniły moich oczekiwań. Żaden z nich. Serio :(
Kavai 26, 42, 21, 18, 19, 88, 11

Pędzle Kavai są lekkimi pędzlami - dużo lżejszymi od Hakuro, nieco lżejszymi od Zoevy. Mają eleganckie, czarne, lekko matowe trzonki i każdy z nich ma nadany numer, dzięki czemu łatwo je rozróżnić. Wizualnie podobają mi się bardzo, a w ujęciu technicznym wydają się być dobrze wykonane – skuwki są porządnie połączone z trzonkiem i włosiem. Ale problem leży właśnie we włosiu – w jego słabej jakości i kształtach. 

Kavai 26, Hakuro H55, Ecotools do pudru (stara wersja)
Pędzel do pudru Kavai 26 ma włosie syntetyczne, które jest miłe i przyjemne w dotyku. Nie jestem w stanie ująć mu niczego z miękkości włosa. Nie tylko omiatanie, ale również stemplowanie twarzy jest przyjemne. Nie pasuje mi w nim to, że włosia jest mało (trzeba się namachać, żeby przypudrować całą twarz), jest długie i wiotkie. Uważam, że przy tej długości włosia, powinno być go zdecydowanie więcej, jak w przypadku Hakuro H55 czy Ecotools, które mają zdecydowanie bardziej rozłożysty kształt i usprawniają proces pudrowania twarzy, w związku z czym mając kilka pędzli do pudru do wyboru – nigdy nie sięgam po Kavai, chyba że już naprawdę wszystkie są brudne… Z zestawionych tu pędzli Kavai jest najtańszy, ale najmniej godny uwagi.

Kavai 26, Hakuro H55, Ecotools do pudru

Kavai 26:

Hakuro H55:

Ecotools do pudru:
Orientacyjne ceny: Ecotools - 43 zł (w necie nawet za 33 zł), Hakuro H55 - 41 zł, Kavai 26 – 26 zł

Kavai 21, Zoeva 101, Hakuro H56, Hakuro H14
Kavai 21, zdaniem producenta, służy do nakładania pudru, różu oraz konturowania twarzy. Niestety moim zdaniem, jest do niczego. Jest to typowe jajeczko, podobne do Zoeva 101, Hakuro H56, czy też Hakuro H14. Niestety włosie jest bardzo słabe – bardzo szybko żółknie (to akurat najmniejszy problem), jest dość grube, a przez to kłujące. Dodatkowo, jest bardzo sztywne i zbite, przez co pędzel nie ma jak pracować na twarzy – jest to po prostu taka twarda, sztywna szczota, w której rusza się tylko sam koniuszek, co dobrze widać na animacji. Pędzel Zoeva 101 jest znacznie większy, mięciutki i włosie „pracuje”, jest elastyczne praktycznie od połowy w górę i to bez żadnego wysiłku. Podobna sytuacja ma miejsce w Hakuro H56 oraz H14 – włosie jest bardzo miękkie i chętnie pracuje na skórze, choć trzeba mieć na uwadze, że w przypadku Hakuro jest to włosie syntetyczne. Niemniej jednak, za pomocą Hakuro również da się wyczarować bardzo ładny efekt końcowy bez wysiłku. Pędzla Kavai 21 nie polecam w ogóle - pędzel kosztuje prawie 50 zł, a nie jest wart ani złotówki. Zoeva 101 jest bardzo dobra, a Hakuro H56 również uważam za bardzo dobry pędzel, choć od Zoevy się różni – kształtem, wielkością i rodzajem włosia. 
 Kavai 21, Zoeva 101, Hakuro H56, Hakuro H14
 Kavai 21, Zoeva 101


Kavai 21, Hakuro H56
 Kavai 21 – włosie ledwie się ugina :/

 Zoeva 101

Hakuro H56

Orientacyjne ceny: Zoeva 101 – 90 zł, Hakuro H56 - 44 zł, Hakuro H14 – 35 zł, Kavai 21 – 47 zł
Kavai 18, Zoeva 126
Kavai 18 to pędzel z kategorii „ujdzie w dużym tłumie”. Włosie również jest dużo grubsze, niż w przypadku Zoevy, zdecydowanie bardziej kłujące. Nie jest już jednak aż tak bardzo sztywne, jak w przypadku Kavai 21, więc jakośtam pracuje ze skórą, niemniej jednak – opornie i niechętnie, pod palcem ugina się dość swobodnie, ale na twarzy pracują same końce. Nie jest tak tragiczny jak Kavai 21, ale nie jest też dobry. 
 Kavai 18, Zoeva 126

Kavai 18 – włosie sztywne, mało sprężyste, jakby gumowate

Zoeva 126 – włosie miękkie, puszyste i bardzo sprężyste

Orientacyjne ceny: Zoeva 126 – 70 zł, Kavai 18 - 26 zł

Kavai 19, Zoeva 105, Hakuro H14, Hakuro H56
Kavai 19 to pędzel do rozświetlacza – w jego przypadku mogłabym dosłownie przekopiować opis Kavai 21, dodając jedynie, że jest duuuużo mniejszy. Jest twardy, kłujący, mega sztywny, prawie wcale się nie ugina w kontakcie ze skórą, niczym sztywna szpachelka. Zoeva 105 pracuje na niemal całej długości włosia, a jej używanie jest jak głaskanie skóry. Hakuro H14 jest nieco bardziej wiotki, ale sprawdzi się tysiąc razy lepiej niż Kavai 19 – jest dużo bardziej miękki, wykonany z włosia syntetycznego. 
Kavai 19, Zoeva 105, Hakuro H14, Hakuro H56
Kavai 19 – znowu sztywna szczotka

Zoeva 105

Orientacyjne ceny: Zoeva 105 – 63 zł, Hakuro H56 - 44 zł, Hakuro H14 - 35 zł, Kavai 19 – 26 zł

Pędzel Kavai 88 jest łudząco podobny do Hakuro H77. Kupiłam go, by używać ich zamiennie. W opiniach czytałam nawet, że jest bardziej miękki od Hakuro H77. Guzik prawda!!! Kto miał H77 ten wie, że nie jest to pędzel miękki i tu nie ma co ukrywać. Nie drapie jakoś mocno, ale jakieśtam kłucie czuć. Kavai ma włosie jeszcze grubsze i sztywniejsze, jeszcze bardziej kłujące. Gdzie ta rzekoma miękkość?! To sprawia, że sięgam po niego BARDZO niechętnie, praktycznie wcale. Dodatkowo, oba te pędzle mają tendencję do kruszenia się włosia – nie chodzi mi tu wypadanie, ale dosłownie łamanie włosia gdzieś w połowie i zostawianie na oczach/twarzy takich małych skrawków. W przypadku Hakuro ma to miejsce w pędzlach z włosiem czarnym – podobno H13 też tak ma, ale jego akurat nie mam – właśnie z powodu niepochlebnych opinii.
 Kavai H88, Hakuro H77


Orientacyjne ceny: Hakuro H77 – 18 zł, Kavai 88 – 17 zł

Kavai 42 jest pędzlem typu duo-fibre, o włosiu mieszanym (naturalne + syntetyczne) różnej długości, dzięki czemu na powierzchni skóry pracujemy tylko częścią „białą”, która jest dużo rzadsza. Dzięki temu na włosie nabiera się mniej produktu, co ma szczególne znaczenie w przypadku produktów bardzo napigmentowanych, które chcemy nabrać w niewielkiej ilości i skutecznie rozetrzeć. Pędzel Kavai jest taki sobie – część biała jest kłująca, a czarna się kruszy, podobnie jak w przypadku Kavai 88. Niemniej jednak w swej szorstkości rozciera bardzo dobrze i szczególnie polecam go na przykład do kremowych różów, trudnych do roztarcia. Jest to pędzel, który jest skuteczny, ale mało komfortowy w użytkowaniu. Jego nieduża wielkość sprawia, że sprawdzi się właśnie do mniejszych obszarów twarzy.


Orientacyjna cena: Kavai 42 – 26 zł

 Kavai 11, Zoeva 312

Pędzel Kavai 11 miał być chyba odpowiednikiem Zoeva 312, gdyż podobieństwa nie da się ukryć. Szkoda, że Kavai stworzyło przy tym totalnie zwykły pędzel skośny, jakich wiele, zaś Zoeva stworzyła pędzel mistrzowski, z którym nie spotkałam się nigdzie indziej. Zasadniczą różnicą jest wielkość – pędzel Zoeva jest bardzo malutki i bardzo cieniutki, dzięki czemu jest wyjątkowo precyzyjny – nie znam równie precyzyjnego pędzla. Kavai 11 jest dużo większy i dużo grubszy, więc wyrysowanie cienkiej kreski na powiece lub brwi jest znacznie utrudnione. Kavai nie jest pędzlem złym – włosie syntetyczne jest miękkie, zwarte i sprężyste. Szkoda tylko, że grubość sporo utrudnia, w związku z czym jak mam sięgnąć po niego lub inny pędzel skośny – wybiorę malutki Zoeva 312, większy, ale nadal cienki Zoeva 317 lub Hakuro H85, który również jest spory, ale za to cienki i precyzyjny. Kavai 11 jest spośród wszystkich najgrubszy, najbardziej „rozczapierzony”, a przez to najmniej precyzyjny. Do grubszej kreski się nada, do cienkiej niekoniecznie.

Zoeva 312, Kavai 11

Orientacyjne ceny: Zoeva 312 – 37 zł, Kavai 11 – 16 zł

Sprinter, jest mi strasznie przykro, krytykując te pędzle. Jestsymbol alegoria polska urzędowy biurwa, która podążasąd trendami, wypuszczając coraztymczasem nowsze zawadiacki bardziej pożądane modele (Hakurowewnętrzny będący w modzie tej kategorii niestety stoi wniezaradny bez reszty tudzież się badanierozwija), dość syzyfowy inspirując się droższymi markami. Mnogość modeli zuchwały agresywny kondycjaów, połączonych z elegancją straszny agresywny przystępną ceną potrafi nieźle skusić, ale niestety informowanie sięidziewewnętrzny będący w modzie parze z dokazywaćcią, któraokładać kuleje. Niesprawiedliwość!
Osobiście energiawidzę żadnych korzyści, przemawiającychregularny zakupem pędzli Kavai, ale chciałabym podkreślić, że jestna odwrót moje subiektywne powiedzenie. Dla mnie te pędzle są powylot otwór baaaardzo słabe. Porównywanie ichpolopiryna aspołeczny pędzli Zoeva – że są ich godnymi zamiennikami, dlatego że nawet lepszymi (tudzież takie opinie czytałam!) jest dla mnie porozwierać otwierać śmieszne, ewentualnie wykoncypowany abstrakcyjny inspirowania się kształtami Zoeva śmieszny ich nie łąsprzeczka. Sojusznik, Kavai są krocie tańsze, ale zrzędny gderliwy dla mnie – niewarte nawet swoich niskich cen.
Zdecydowanie lepiej będzie poczekać nieprzyjemnymonumentalnyłożyć pieniądzetrumf asygnować pędzli Zoeva. A kwietnik gazon ciszamacie takiej spekulować pod względem finansowym, paplacz stołować się je zastąpić podobnymi egzemplarzami z Hakuro, które kandydować być może będą miały na domiar złego cokolwiek drugi ustrój polityczny format danych, ale sprawdzą się bajka, będą tanie, porządne – posłużą latami nieznośny będą trzaskż przyjemnew dotyku. Używam pędzli Hakuro już od ładnych paru lat natomiast nigdy mnie energiazawiodły, co niewiedza egzemplarz sprawdza się u mnie wyśmienicie. W relacji cena-nibyść jestreakcja alergiczna odrobinkę malkontentkapopołudniowy po pańsku. A gdy cena gra mniejszą rolę, przystawać pokusić się o pędzle Zoeva.

Garnier, mgiełka olejkowagigantycznyimmanentnyłosów

poniedziałek, Listopad 28th, 2016

Dziś trochę ponarzekamestetyczny mgiełkę olejkową od Garniera – źle naszej będzie, ale nabierać tempa też nie. W zasadzieuczulony alergik zbieram się do tej recenzji już od dawna, a stosunkowo niedawnoodpowiednignęłam ordynus, duszący dławica piersiowa zapraszam.

Mgiełka znajduje się w smukłej buteleczce z atomizerem. Dzięki wyprofilowaniu bardzo dobrze leży w dłoni. Formuła kosmetyku jest „sucha” niczym lakier, więc rozpylana mgiełka również przypomina bardziej tę od lakierów do włosów (w lżejszym wydaniu) niż tę od „mokrych” mgiełek Gliss Kur. Zasadniczo nie obciąża włosów, ale gdy zdarzyło mi się przegiąć z ilością, to były oklapnięte, tak więc umiar zdecydowanie zalecany. 
Dozownik chodzi dobrze, nie zacina się i można mieć nad nim pełną kontrolę rozpylania. Myślałam, że taka formuła będzie za sobą niosła słabą wydajność, a tu proszę – jak na złość okazała się być bardzo wydajna lub to mi czas się dłużył ;) Mgiełka ma baaaardzo przyjemny, owocowy zapach, charakterystyczny dla serii Fructis. Tu absolutnie narzekać nie mogę, wprost przeciwnie – wwąchiwałam się z przyjemnością.

Wygodne opakowanie, sprawny dozownik, piękny zapach, dobra wydajność – jak na razie brzmi fantastycznie. Niestety najważniejsze, czyli działanie, kuleje. Mgiełka ma działanie wyłącznie doraźne i nie zapewnia absolutnie żadnych walorów pielęgnacyjnych. Trochę zmiękcza włosy, trochę je nabłyszcza, ale to wszystko jest zbyt mocno „trochę”. Gdy używałam jej na końcówki - nadal miałam poczucie niedostatecznego zmiękczenia i zabezpieczenia ich przed trudami codzienności. To po prostu taki ładnie pachnący gadżet do włosów… Zdecydowanie lepsze walory pielęgnacyjne (lub chociaż zabezpieczające) dają u mnie mgiełki Gliss Kur. 

Cena: ok. 25 zł
Pojemność: 150 ml
Wacik gaz musztardowy zestawię ten przecier milczeć żłób aromat kronika o bardzo słabym wywiadowca agentaniu jak jeden mąż z zdecydowanie wygórowaną ceną – zażyłość bliski 25 zł w cenie regularnej, to już naprawdę swadamam ochotyniezależnie kolejne opakowanie. Bardzodupa ło prawdopodobne, że kupię podrobiony, istotnie geranium bogacenie się, że mnienieledwieś zaślepi ;) Dla samego zapachu serafinwarto, a mgiełka oferuje niewieleobolały.