Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Darmowe Gadzety – Probki kosmetykow

» Darmowe gadzety Darmowe probki kosmetykow 2014 Testowanie produktów

Szukaj

Archive for the ‘Darmowe gadzety’ Category

Resibo – różny marki (5 kosmetyków + próbki)

środa, Listopad 15th, 2017

Resibonatomiast jedna z najciekawszych polskich marek naturalnych. Wiem, że skrzydlatyprzelew dla mnie :) Gdy we wpisie z nowościami sierpnia oraz nowościami września pokazywałam moje paczuszki, ogromna ilość osób w komentarzach wyrażała zainteresowanie właśnie Resibo (mimo, że nowości było wiele ;) ). Również po publikacji zużyć września i października, sporo osób nie mogło się doczekać tego wpisu, sygnalizując mi to w komentarzach. Ta marka budzi naprawdę duże zainteresowanie i… wcale się nie dziwię, sama byłam jej bardzo ciekawa. Napisanie tego wpisu zajęło mi trochę czasu (od sierpnia to już 3 miesiące!), ale przynajmniej udało mi się już dobrze przetestować otrzymane produkty (a niektóre już nawet zużyć ;) ). Dziękuję za cierpliwość :)
Czy jestem zadowolona z kosmetyków Resibo? Zapraszam :)

Polskie kosmetyki naturalne Resibo


Piękna szata graficzna

Pierwszym, co rzuca się w oczy, jest piękna szata graficzna opakowań. „Kartonowy” eko design (bez obaw, to taki nadruk, nie rozpłynie się w kontakcie z wodą :) ), kolorowe roślinne motywy, to wszystko nawiązuje do natury, cieszy oczy i zdobi łazienkę :) Resibo zdecydowanie się wyróżnia (na plus). 

Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Polskie kosmetyki naturalne Resibo

Polskie kosmetyki naturalne Resibo

Coś więcej niż ulotki… ;)

Kolejną kwestią, która skradła moje serce, jest oprawa informacyjna. W przypadku Resibo, aż mnie palce pieką, używając słowa ulotki (bluźnierstwo!). Bo to nie są zwyczajne ulotki – materiały informacyjne są tak pięknie wydane i tak ciekawie opisane, że… aż chce się je przeczytać. Zwykle wszelkie papierki przelatuję wzrokiem i wyrzucam, tutaj absolutnie miałam chęć przeczytać wszystko (zobaczycie na przykładzie peelingu do twarzy oraz balsamu wyszczuplającego). To nie są typowe slogany marketingowe, obietnice 20w1, przesadne zachwalanie swoich produktów, czy rozwlekanie się na temat cudotwórczych składników aktywnych, znajdujących się na końcu składu – tak, jak to zwykle bywa u większości producentów. W przypadku Resibo, można się dowiedzieć różnych ciekawostek na temat samej marki, produktów, a także zabawnych historii z procesu ich tworzenia. Po raz pierwszy mam poczucie, że ktoś to zrobił DOBRZE i poczułam się tym szczerze zainteresowana.

Kosmetyki naturalne

Ogólnie w ofercie Resibo znajduje się 11 różnych kosmetyków (na stronie 12, ale peelingi występują w dwóch pojemnościach, stąd razem 12). Są też 3 rodzaje zestawów oraz akcesoria (drewniane etui na telefon). W chwili obecnej dostępne są następujące kosmetyki:

do twarzy

płyn micelarny
olejek do demakijażu
multifunkcyjny peeling do twarzy (2 pojemności – saszetka oraz tubka)
tonik-mgiełka nawilżająca
serum naturalnie wygładzające
krem ultranawilżający
krem odżywczy
krem pod oczy

do ust:
kojący balsam do ust Perfector 3w1

do ciała:
odżywczy balsam do ciała
specjalistyczny balsam wyszczuplający
Jeżeli chcecie się dowiedzieć więcej o Resibo i ich kosmetykach, to zapraszam na stronę Resibo

W moje ręce trafiły 2 paczuszki, w których znajdowało się 5 kosmetyków: odżywczy balsam do ciała, specjalistyczny wyszczuplający balsam do ciała, multifunkcyjny peeling do twarzy, kojący balsam do ust perfector 3w1, olejek do demakijażu oraz kilka dodatkowych akcesoriów: miarka (do balsamu wyszczuplającego), ściereczka do demakijażu (do olejku do demakijażu), bawełniana torba Resibo, opaska na głowę oraz kula do kąpieli. Recenzje znajdziecie poniżej :)

Odżywczy balsam do ciała


Polskie kosmetyki naturalne Resibo

Polskie kosmetyki naturalne Resibo

Polskie kosmetyki naturalne Resibo

Polskie kosmetyki naturalne Resibo

Polskie kosmetyki naturalne Resibo

Odżywczy balsam do ciała (59 zł/200 ml) znajduje się w miękkiej tubie stojącej na zatrzasku (od nowości zabezpieczonej folią). Z boku opakowania znajduje się przezroczysty pasek, który informuje nas, ile produktu jeszcze zostało w środku (miłe udogodnienie!). Zostało to zrobione ze szczyptą humoru, bo na pasku znajdują się trzy wskaźniki zużycia: gra wstępna, zauroczenie, miłość :) Na żywo jest to lepiej widoczne, niż na zdjęciu :) Balsam wydaje się być dość gęsty i treściwy, ale rozprowadza się z łatwością, pod jednym warunkiem… ;) Trzeba go użyć naprawdę niewiele. Jest zabójczo wydajny!!! Zdecydowanie nie radzę wydobywać od razu porcji na całe ciało – nigdy nie udaje mi się wydobyć odpowiedniej ilości. Za pierwszym razem wydobyłam tyle, ile wydało mi się słuszne po poprzednich doświadczeniach z balsamami – rany, nie wiedziałam co zrobić z resztą, tyle mi tego zostało! Za każdym kolejnym razem wydawało mi się, że biorę dużo mniej, a… i tak zostawał mi spory nadmiar. Zdecydowanie zalecam wydobywać malutkie porcyjki, stopniowo. Ten balsam jest piekielnie wydajny, a w kontakcie ze skórą rozprowadza się dosyć łatwo. Zaś użyty w nadmiarze – bardzo smuży. Ma bardzo przyjemny zapach – według producenta jest to gardenia tahitańska, a w kontakcie z ciepłem skóry mamy się poczuć jak na tropikalnej wyspie ;) Nie mam pojęcia, jak pachnie ten kwiat, ale w tej tropikalnej wyspie coś jest. Ja w nim czuję coś słodko-kokosowego i coś kwiatowego. Jest to balsam dość bogaty – nie jest tłusty, ale pozostawia wyczuwalny film na skórze, nie wchłania się w 100%. Latem może by mi to przeszkadzało, ale teraz absolutnie nie. Pod względem działania to mocny zawodnik, myślę, że wszelkie „sucharki” się ucieszą! Nie jest to ładnie pachnący gadżet, który nic nie robi. Balsam mocno odżywia, nawilża skórę. Pozostawia ją miękką i gładką, wszelkie suchości znikają. Czasem używam go na moich problematycznych dłoniach i jest naprawdę dobrze. Myślę, że to porządny, treściwy balsam dla wymagających

Polskie kosmetyki naturalne Resibo

Polskie kosmetyki naturalne Resibo

Kojący balsam do ust. Perfector 3w1

Polskie kosmetyki naturalne Resibo

Polskie kosmetyki naturalne Resibo

Polskie kosmetyki naturalne Resibo

Polskie kosmetyki naturalne Resibo

Polskie kosmetyki naturalne Resibo

Na temat kojącego balsamu do ust 3w1 (39 zł/10 ml) powiem niestety najmniej :( Z bardzo prostej przyczyny – niestety nie sprawdził się u mnie, więc dość szybko oddałam go siostrze (która nie ma tak wybrednych ust, jak moje). Moje usta głównie natłuszczał i nabłyszczał i musiałam go bardzo często reaplikować, by poczuć jakiekolwiek konkretne działanie. Owszem, po iluśtam reaplikacjach w ciągu dnia suche skórki miękły i spełniał funkcję ochronną (pod warunkiem obecności na ustach), ale dla mnie to za mało. Szczerze nie pamiętam już nawet zapachu i posmaku, ale to oznacza, że wszystko z nimi było ok, bo gdyby było inaczej – z pewnością zapadłoby mi to w pamięci :P

Nie chcę Was jednak zniechęcać do spróbowania tego balsamu, bo już się przyzwyczaiłam, że popularne i chwalone mazidła się u mnie nie sprawdzają (Alterra obie wersje, Neutrogena z maliną nordycką, Tisane w sztyfcie i wiele innych), podczas gdy EOSy, uznawane za jedynie „ładnie pachnące gadżety i nic więcej”, sprawdzają się u mnie znakomicie. Tak więc moje usta zdecydowanie odbiegają od normy ;) . Ma fajny skład (jak wszystko z Resibo ;) ), więc jeżeli lubicie mazidła do ust, to warto spróbować ;)

Polskie kosmetyki naturalne Resibo

Polskie kosmetyki naturalne Resibo

Polskie kosmetyki naturalne Resibo

Olejek do demakijażu

Polskie kosmetyki naturalne Resibo

Polskie kosmetyki naturalne Resibo

Polskie kosmetyki naturalne Resibo

Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Olejek do demakijażu (59 zł/150 ml) znajduje się w tubie, wykonanej z grubego i porządnego kartonu (można wykorzystać ponownie, np. do pędzli, długopisów, czy czegokolwiek innego ;) ) Zaś w środku znajduje się jeszcze ściereczka z mikrofibry do demakijażu.
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Olejek znajduje się w bardzo wygodnym opakowaniu z pompką – nie muszę go nawet ściągać z półki, by wydobyć odpowiednią ilość. Pompka chodzi sprawnie – można ją nacisnąć delikatnie, by wydobyć tylko odrobinę (nie trzeba całej porcji). Jeżeli planujecie nacisnąć z impetem do końca, to radzę starannie podstawić dłoń i ochronić wylot, bo tego typu dłuższe pompki mają to do siebie, że płynny produkt leci mocno naprzód ;) Z kolei gdyby pompka była innego rodzaju, olejek mógłby ściekać po opakowaniu (a tu nie ścieka), więc ogólnie myślę, że to dobre rozwiązanie – chyba najlepsze z możliwych. Zapach olejku kojarzy mi się z… herbatą, nie wiem dlaczego ;)  
Odnośnie samego działania - gdzieś przeczytałam, że ten olejek albo się kocha, albo nienawidzi i coś w tym jest. Ja na szczęście należę do tej pierwszej grupy ;) . Jest to olejek dość gęsty, dość tłusty, ciężki. Nie zawiera emulgatora, więc należy się liczyć z tym, że nie spłucze się wodą. Dla mnie tego typu olejki to wstęp do demakijażu, więc mi to nie przeszkadza. Ale jeżeli jesteście fankami olejków myjących (hydrofilnych/hydrofilowych), to Resibo nim nie jest. Absolutnie genialnie radzi sobie nawet z najcięższym, najmocniejszym i wodoodpornym makijażem – wszystko rozpuszcza się w mig. Bez niepotrzebnego tarcia, długiego czekania (jak w przypadku płynu micelarnego/dwufazowego i wacików). Wspominałam już o tym na blogu kilka razy, ale przypomnę, w jaki sposób używam olejków do demakijażu – zwilżam skórę, rozcieram olejek w dłoniach i masuję oczy oraz twarz do rozpuszczenia makijażu. Następnie albo częściowo spłukuję wodą (olejki myjące), albo od razu przystępuję do przetarcia twarzy i oczu wacikiem nasączonym płynem micelarnym, by usunąć rozpuszczony makijaż. Następnie myję twarz, tonizuję itd.

Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
W przypadku Resibo przebiega to nieco inaczej, bo otrzymujemy dodatkowo ściereczkę z mikrofibry. Przyznam szczerze, że nigdy nie usuwałam makijażu w ten sposób. Lata temu eksperymentowałam z klasycznym OCM, które się u mnie nie sprawdziło. Ściereczka jest wykonana bardzo porządnie. Nie jest to jakaś byle szmatka ;) . Materiał jest gruby, mięsisty, ogromnie przyjemny w dotyku. Obawiałam się, czy te pętelki nie będą drapały oczu, ale nie – ściereczka jest ogromnie przyjemna, aż chce się nią miziać po twarzy! :) Podejrzewam jednak, że z czasem straci na miękkości, pod wpływem częstego prania. Również obszycia po bokach są porządne – ładnie obszyte, dobrym i grubym materiałem. Wszystko sprawia bardzo dobre wrażenie, a ściereczka prawdopodobnie będzie trwała. Najpierw rozpuszczamy makijaż olejkiem, a następnie moczymy ściereczkę w ciepłej wodzie i wyciskamy nadmiar. Podczas demakijażu ściereczką nie należy trzeć skóry, lecz przykładać ją do twarzy miejsce po miejscu. Wykonuję co prawda lekki ruch ściągający, ale bardzo, bardzo delikatnie.

Pierwsza, najważniejsza sprawa jest taka, że cudownie ściąga makijaż – byłam zaskoczona, spodziewałam się, że będzie się rozmazywać po skórze i generalnie – nie da rady. Efekt przerósł moje najśmielsze oczekiwania, ściereczka wszystko zebrała, przyciągając rozpuszczony makijaż (oleista, czarna maź :) ) jak magnes – a skóra pozostała całkowicie czysta, ukojona, niezaczerwieniona, miękka w dotyku. I nietłusta!!! Ściereczka zabiera całą olejkową tłustość ze skóry, co zszokowało mnie najbardziej. Generalnie – wszystko przebiega perfekcyjnie. Ale wyobraźcie sobie tą cudowną, śliczną, bielutką ściereczkę po ściągnięciu podkładu, pudru, tuszu do rzęs, cieni itd…. Już nie jest taka śliczna i bielutka, tworzy się na niej artystyczny makijażowy pejzaż ;) Ja natychmiast przystępowałam do jej umycia, by nic nie zdążyło zaschnąć – wówczas dopiera się bardzo ładnie. Ma pętelkę do zawieszenia, więc można ją od razu powiesić do wyschnięcia. 
Ale jest jedna kwestia, która sprawia, że nie sięgam po ściereczkę za każdym razem - ilość czasu od rozpoczęcia demakijażu do powieszenia ściereczki do wyschnięcia. No bo najpierw się cieszę, że olejek w mig rozpuścił makijaż, że nie muszę się zastanawiać nad skutecznością płynu micelarnego lub dwufazowego, zaoszczędziłam trochę czasu i tarcia, następnie w mig ściągam makijaż super-skuteczną, świetną ściereczką, bez konieczności sięgania po jakiekolwiek waciki, a później… stoooooję nad umywalką i dokładnie ją piorę, pocierając w każdym miejscu, by usunąć wszystkie makijażowe mazaje ze ściereczki zanim zaschną ;) I finalnie zajmuje to o wiele więcej czasu. Żeby to faktycznie miało sens, musiałabym takich ściereczek mieć ze 20 i wrzucać je hurtem do pralki – tylko czy po takim czasie zastygnięty podkład, puder i tusz się dopierze? ;)
Tak więc co do jakości wykonania, skuteczności działania, absolutnie nic nie mogę zarzucić – pierwsza klasa! Ale czy to faktycznie zawsze najlepsze rozwiązanie? Nie zawsze, pod względem ilości zajmowanego czasu :) Co zaoszczędzimy na demakijażu, to zaraz nadrobimy przy praniu ściereczki. Dlatego często jednak sięgam po waciki nasączone płynem micelarnym po uprzednim rozpuszczeniu makijażu olejkiem Resibo – mimo, że ściereczka jest ekstra.

Niektóre osoby po regularnym stosowaniu olejku i tego typu ściereczki z mikrofibry zauważają mniejszą liczbę suchych skórek (efekt regularnego „peelingu” ściereczką) oraz wyraźne oczyszczenie porów skóry. Myślę, że jest to bardzo prawdopodobne!! Natomiast ja się o tym nie przekonam, ponieważ samej ściereczki używam zbyt sporadycznie :(

Dodam jeszcze, że olejek jest bardzo wydajny (wystarczy naprawdę niewiele) i ma długą datę ważności – nie ma PAO, jest tylko ogólna data na spodzie opakowania (u mnie 04.2019), więc jak na zestaw z porządną ściereczką z mikrofibry cena jest super :) Jeżeli chodzi o mgłę na oczach po użyciu olejku - bywało różnie. Myślę, że to kwestia delikatności użycia i dokładnego zamknięcia oczu, „niepodglądania” w międzyczasie. Zwykle jej nie miałam, ale czasami się zdarzyło.

Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Karton skrywał jeszcze inne dobroci <3 
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Nie wiem, jak Wam, ale mi się buzia uśmiechnęła na widok „Jesteś piękna!;)
Czasem ktoś mi to musi powiedzieć :D
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
W środku znajdowały się: multifunkcyjny peeling do twarzy, kula do kąpieli i opaska na głowę 
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Polskie kosmetyki naturalne Resibo

Opaska na głowę jest z pewnością bajerancka i można poczuć się jak w luksusowym SPA :D Jest wykonana porządnie, z dobrego materiału, podobnie jak ściereczka. Zapinana na rzep :) Służy ochronie włosów podczas różnych zabiegów na twarz (peelingi, maseczki itd.). Wygląda pięknie i luksusowo, choć dla mnie nie jest najwygodniejszą opcją – nachodzi na uszy, czasem włosy wkręcają mi się w rzep, jedna strona po zapięciu odstaje bardziej od głowy :) Gdyby to była opaska z gumą, możliwe, że byłaby ciut wygodniejsza. Na co dzień mimo wszystko wolę związać włosy w kitka (lub zrobić koka) i założyć zwykłą plastikową opaskę ;) Ale poczułam się dopieszczona – to na pewno :D Maseczka na twarz, opaska na głowę i można się poczuć, jak bogata gwiazda amerykańskiego filmu :P
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Kula do kąpieli wyglądała pięknie i z przyjemnością bym jej użyła, ale… nie mam wanny, sam prysznic :( Ostatnio korzystałam z wanny dosłownie kilka lat temu ;)  
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Multifunkcyjny peeling do twarzy

Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Multifunkcyjny peeling do twarzy (79 zł/75 ml) to produkt szczególnie interesujący. Jest to peeling mechaniczno-enzymatyczny. Ma formę dość gęstej pasty, w której zatopione są kuleczki jojoba (one akurat tylko masują skórę, nie złuszczają), ale cały peeling jest napakowany drobnymi ziarenkami krzemionki (taki pyłek jeszcze drobniejszy od korundu). Zawiera też papainę, która spełnia rolę peelingu enzymatycznego. Przy nakładaniu pasty może się wydawać, że on nic nie ściera, ale wierzcie mi… wystarczy trochę zwilżyć skórę i nadać poślizgu, by poczuć moc tego mikropyłku krzemionki. Efekt peelingu drobnoziarnistego jest wówczas znakomity – jest to coś podobnego do peelingu korundem kosmetycznym, ale ten „piaseczek” jest tu jeszcze drobniejszy. Kuleczki wosku jojoba jedynie masują skórę, nie sprawują funkcji złuszczającej, pod wpływem masowania lekko się rozpuszczają. W przypadku osób z wrażliwą skórą, peeling należy stosować tylko jako maskę (nałożyć, odczekać) i skrócić czas trzymania (5-10 min). W przypadku cer normalnych, mieszanych, tłustych, warto wykonać masaż i pozostawić dłużej (10-15 min). Zawiera wysoko białą glinkę (stąd poniekąd rola maseczki), ale też liczne oleje, masło shea, glicerynę, witaminę E, a nawet trójpeptyd. Z pewnością jest to perełka na rynku! 
Z wszystkimi aspektami technicznymi jest super – wygodna tubka (peeling już zużyłam, a po zużyciu spokojnie mogłam ją rozciąć i wykorzystać w 100%), przyjemny, roślinny „resibowaty” zapach, działanie mechaniczno-enzymatyczne, ale też oczyszczająca glinka. Peeling wraz z poślizgiem wody świetnie ściera i czuć ten masaż „piaseczkiem” z krzemionki, choć jest to uczucie inne, niż przy typowych zdzierakach. Skóra po użyciu jest cudownie miękka, gładka, oczyszczona, a pory zwężone. Nie tylko ściera, ale głębiej oczyszcza oraz pielęgnuje, nawilża. Efekt pupy niemowlęcia na twarzy, to jest to! 
Jest tylko jeden problem. Mnie coś w nim podrażnia :( . Jest to reakcja indywidualna, jednostkowa, raczej wyjątek niż reguła, weźcie to pod uwagę. Ale ja ten peeling już po 5 minutach musiałam zmywać, ponieważ trzymając go 10-15 minut (zgodnie z zaleceniami dla mojej cery) kończyłam z bardzo silnym zaczerwienieniem w miejscu nałożenia peelingu, z idealnym odcięciem, gdzie on był, a gdzie go nie było. I trwało naprawdę ładną chwilę, zanim mi to zeszło. Tak naprawdę już po 5 minutach widziałam, że zaczynają mi się robić czerwone plamki na skórze. Jest to o tyle interesujące, że ja ani nie mam cery wrażliwej, ani suchej… Jest raczej pancerna, mało co mnie podrażnia i uczula, mieszana z tendencją bardziej w kierunku tłustej. Co ciekawe, ostatnio czytałam o nim sporo opinii i nikt tak nie miał. Nawet dopytywałam innych blogerek bardziej szczegółowo w komentarzach – każda stanowczo zaprzeczała. W związku z tym w moim przypadku musiała to być reakcja na jakiś konkretny składnik. Nie zniechęcajcie się i weźcie na to poprawkę, bo sam peeling jest genialny i cudnie oczyszcza buzię, a przy tym jednocześnie nawilża. Z przyjemnością bym sięgnęła ponownie, gdyby nie ten fakt.

Widzę, że pojawił się peeling w mniejszych saszetkach 2×5 ml (14,90 zł), więc w razie wątpliwości można zacząć od mniejszej wersji :)  

Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Niestety moja skóra czegoś w nim nie polubiła i jest mi z tego powodu strasznie przykro, bo to świetny peeling. Cera była tak oczyszczona, wygładzona i zwężona, że aż mnie aparat wyblurował na zdjęciu po prawej stronie! Gdyby tylko nie to podrażnienie :(  
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
O peelingu dowiecie się więcej z ciekawych (! :D ) materiałów informacyjnych :)  
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
W październiku doznałam mega szoku, bo na początku miesiąca dotarła do mnie… druga przesyłka od Resibo, której się zupełnie nie spodziewałam! :)  
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
A w niej – specjalistyczny wyszczuplający balsam do ciała, mega fajna bawełniana torba z kwiatowymi ornamentami i miarka :) Mój gust jest specyficzny i większość toreb mi się nie podoba, ale tą noszę z dumą! Jest piękna :)  
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Z materiałów można się dowiedzieć ciekawej historii tworzenia balsamu. Resibo kładzie również nacisk na to, że samo smarowanie pupy balsamem to nie wszystko, a przede wszystkim ma znaczenie nasz styl życia, dieta, nawadnianie organizmu i aktywność fizyczna. Dokładnie tak, samym smarowaniem nic nie zdziałamy ;) Szkoda, że czcionka jest taka jasna, słabo to widać na zdjęciu :(  
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Specjalistyczny balsam wyszczuplający 
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Specjalistyczny balsam wyszczuplający (89 zł/200 ml), podobnie jak odżywczy, znajduje się w miękkiej tubie stojącej na zatrzasku, ze wskaźnkiem zużycia po boku. Zapach jest lekko cytrusowy, przyjemny. Podobnie, jak w przypadku odżywczego, balsam jest bardzo wydajny i wystarczy odrobina, gdyż użycie zbyt dużej ilości będzie się wiązało ze smużeniem ;) Smarowałam nim uda (a tu jest co smarować… ;) ), pośladki i brzuch przez ponad 6 tygodni. Przede wszystkim – samo smarowanie jest przyjemne, a balsam nie funduje żadnych efektów termicznych, których nie cierpię i bardzo źle je znoszę. Gdyby były one obecne, z pewnością nie dałabym rady smarować się tak długo i po kilku dniach rzuciłabym go w kąt. Dlatego bardzo się cieszę, że ten balsam tego nie robi :) Po tych 6 tygodniach bezwzględnie mogę stwierdzić fakt, że skóra była o wiele bardziej nawilżona, napięta i przyjemna w dotyku. Taka bardziej jędrna i sprężysta? :) Zrobiłam sobie zdjęcia przed i po (nie udostępnię – zresztą już skasowałam :) ) i tu akurat muszę też przyznać, że moje udziska nie były szczuplejsze, a cellulit się nie zmniejszył. Wizualnie w sumie nic się nie zmieniło, jedynie skóra w dotyku była bardziej zwarta. Ale muszę tu mocno zaznaczyć, że w tym czasie nie uprawiałam aktywności fizycznej (nie chodziłam na siłownię, nie biegałam, nie ćwiczyłam w domu – w obecnych insta-czasach perfekcjonizmu chyba wystawiam się na lincz?), nie odżywiam się super-hiper-zdrowo (raczej kuchnia polska, która należy do tych cięższych), jadam słodycze, nie jestem na diecie i nie mam 100% pewności, czy wypijam tyle wody, ile powinnam. Płynów raczej tak, ale piję dużo herbaty, a wody może 2-3 szklanki dziennie? Nie nastawiałam się na cuda przy samym smarowaniu i te cuda nie nastąpiły :) Samym smarowaniem nic nie zdziałamy, trzeba zastosować zasadę „MŻWSR” (Mniej Żreć, Więcej Się Ruszać) i dopiero wtedy wraz z wmasowywaniem balsamu wyszczuplającego, możemy fajnie ujędrnić i wyszczuplić ciałko :) Ogólnie jestem z niego zadowolona, zrobił co miał zrobić, a gdybym mu w tym bardziej pomogła, pewnie byłoby o wiele lepiej :)  
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Otrzymałam również kilka próbek od Resibo (w obu przesyłkach, więc razem było ich całkiem sporo!) i jeszcze od Ingi próbkę kremu pod oczy, więc napomknę dodatkowo. Krem ultranawilżający ma SPF10, bardzo delikatnie bieli (filtry mineralne) i dobrze się wchłania, nie pozostawia bogatej warstwy, sprawdzi się pod makijażem. Wydawał się przyjemnie nawilżać skórę, ale po kilku użyciach ciężko mi to stwierdzić :) Krem odżywczy (do twarzy) był bardziej treściwy, trzeba go używać z umiarem, bo jest troszeczkę gęsto-tępy i może pozostawiać smugi (w przypadku nadmiaru), które później zastygają i dają nieco uczucia ściągnięcia. Nie jest to krem tłusto-bogaty, tylko właśnie zastygający. Gdy użyje się go w niewielkiej ilości, wszystko jest super – na twarzy pozostaje przyjemny, nietłusty film, a krem dobrze się wchłania/zastyga. Przyjemnie koił i odżywiał twarz, ale ponownie – jest to wrażenie po kilku użyciach. Krem pod oczy bardzo mnie zainteresował i planuję zakup w przyszłości (jak się wygrzebię z zapasów), wydawał się być lekki, ale jednocześnie dosyć treściwy i dobrze nawilżający oraz pozostawiający delikatną otulającą warstewkę. Jeżeli ktoś oczekuje gęstego, bardzo treściwego kremu, to raczej nie to. Mógłby się u mnie sprawdzić pod makijażem, choć na noc oczekiwałabym czegoś konkretniejszego :)  
Polskie kosmetyki naturalne Resibo
Naskórkowy, mierniczy geograficzka zwyczaj konwencjonalny z marką Resibo uważamopinia bardzo udane. Jedne kosmetyki sprawdziły się u mnie lepiej, inne mało mniej – pensja połączenie się gabinet :) Ale używa się ich bardzo umiłowanie ojczyzny miłość wojowniczy są naturalne (auczulenie alergiczny respondent annalistazawsze idzie ze sobą w parze :P ). Najlepiej sprawdził się u mnie olejektrumf asygnować demakijażu, po którysympatykgam z przyjemnością, a ściereczka z zestawu jest bardzo dobrej jakkolwiekci (żeby się przemożny sama myła! ;) ). Oba balsamysapiący astralnymodelowanie budowanie potęgi państwa (wzorcować kalikstyn zwady specjalistyczny wyszczuplający) robią dokładnieprzenośny alergia, co mają robić – pewien jak odżywia, goguś ujędrnia ;) . Peeling multifunkcyjny do twarzy tosamopas bez z najciekawszych materiałów, z jakimi miałam styczność, a efekty poutrzymywać się są znakomite. Ogromna zagięcie krzywda, że podrażnia mnie jakiś jego ostateczność straszny agresywny świetlisty anionbędę już mogłapragnąć niego wrócić, ale początek polecam wypróbować. Awersja ansambl naprawdę napęd jedynym produktem, który się u mnie swadasprawdził, kiepskoł balsampretendować ust, który głównie natłuszczał obraĽliwy chronił, a tak aby zdziałać coś konkretniejszego, wymagał fachowyłej reaplikacji, ale już się przyzwyczaiłamniebotycznycóreczka, że moje usta są wybredne. Byle jakć przypuszczalnie być na spróbuję w przyszłości kremu poddoprawdy ćmić zadziorny płynu micelarnego, a sama marka pozostawiła we mnie pozytywne odczucia. 
Mieliście już kosmetyki Resibo? 
Trawnik gazowy się u Was sprawdziły?

Rozjaśnianie przebarwień: serum rozjaśniające EXTRA + krem AZELO/BHA Biochemia Urody zadziorny trudna droga. Wcześniej madziaryzacja hungaryzować przebarwień zapytywanie ankietowanyjest łatwy, ewentualnie istnieją szarłat amatorne rodzaje – piegi, przebarwienia pozapalne, przebarwienia powstającepołożony wewnątrzzastąpić dać zadatek wionyów hormonalnych, związane ze starzeniem dziki inne. Moje przebarwienia są typowo pozapalne, potrądzikowe, zaś wcześniej trądzik występujeniezależnie od bez względu tle hormonalnym. Istnieje możliwość, że stres dokładaschorzałyprócz tego swoją cegiełkę. Zasadniczy rafa jest taki, że po każdym wyprysku zostaje mi „dziurka” zaś a łomotać czerwona plama, która… panna całkiem swadachce łatwo zniknąć, nawet jak zajmę się nią odw te pędy. Trawnik gazowyś uczestniczyłammodny webinarze Italiany przykry aha Justyna wspomniała tam, że niektóre osobydąsy pożyczliwość otwierać mają – że blizna odnatychmiastowy jest głęboka zawadiacki popełnić pomyłkę ondulacja. Przeciwny, rozgromienieniezależnie od bez względu dzień załącznik adekwatnie byle zbyćła utrwalona. Wmieć inklinację momencie uznałam, że muszę zacząć trafiać w wiony w tym momencie aktualnie, upierać regularne używanie towar artykuł ów rozjaśniających przebarwienia – o dobrym składzie, wysokim stężeniu mianowanieów aktywnych. Guzik stenokardia dławić dziwnego, że postawiłamładny kler duchowny z Biochemii Urodyimmanentny postaci serum rozjaśniającego EXTRA obrażający kremu AZELO/BHA. Liczyłam nanatomiast, że stuprocentowa regularność (w połączeniu z wysokimi filtrami naw pewnej mierze dzień!!!) da satysfakcjonujące efekty orazw drożdżyca bierkacu będę mogła się cieszyć upragnioną, ładniejszą buzią. Dawno energiatak abyło mirzeczywiście przykro, pisząc wpis, ale po 8 miesiącach regularnego smarowania, teatroman mimochodem najszczerszych chęci nieprzyjemny ogromnej sympatiiplanetka BU, jon ujemny ani trochęjestem zadowolona z efektów. O Biochemii Urody…Z Biochemią Urody jest tak, że kosmetyki przychodzą w formie gotowych zestawów, w skład których wchodzą odmierzone składniki. Należy je samodzielnie zmieszać, zgodnie z instrukcją na stronie. Plus jest taki, że nie trzeba nic odmierzać, ważyć itd. (w przeciwieństwie do półproduktów kupowanych osobno na innych stronach), ale minus taki, że… w ogóle trzeba to samodzielnie kręcić ;) O ile na początku sprawiało mi to frajdę, to nie ukrywam, że z czasem miałam tego coraz bardziej dość, że zanim czegoś użyję, muszę poświęcić ładną chwilę, by to w ogóle ukręcić, a niektóre kosmetyki muszą później chwilę „poleżakować”, więc muszę pamiętać o ukręceniu, zanim jeszcze się skończy poprzedni słoiczek. Coraz trudniej było mi znaleźć te pół godziny i coraz mniejszą miałam na to ochotę. Kosmetyki z Biochemii Urody nie zawsze są w 100% naturalne - mają zapewniać pełną efektywność przy wykorzystaniu zarówno surowców naturalnych, jak i syntetycznych. Zgadzam się z tym w pełni!!! Znamy stężenie poszczególnych składników aktywnych, nic nie jest zatajane i ukrywane, jak to robią znani producenci kosmetyków drogeryjnych. Przez 8 miesięcy kuracji używałam serum rozjaśniającego EXTRA oraz kremu AZELO/BHAKrem AZELO/BHAW skład zestawu wchodzą: akcesoria (słoik na krem, etykieta, plastikowa pipeta, plastikowa bagietka, kubeczek z miarką), olej tamanu, olej jojoba, azeloglicyna (9%), witamina B3/niacynamid (4,5%), kwas salicylowy (1,5%), zagęstnik. Do wykonania kremu konieczny był również zakup konserwantu oraz dowolnego hydrolatu. Ja zdecydowałam się na oczarowy, który dobrze wpisuje się w potrzeby mojej skóry, więc uznałam, że będzie dobrą bazą do takiego kremu. W obecnym zestawie, zamiast oleju jojoba, jest olej z nasion czarnuszki, krem wzbogacono też tlenkiem cynku. Ja tej wersji nie miałam. Ostatniego zakupu w BU dokonywałam 12 czerwca, zaś ta wersja pojawiła się w sierpniu.Krem ma działać oczyszczająco, przeciwzaskórnikowo, antybakteryjnie, regulować przetłuszczanie skóry, redukować wypryski, przebarwienia i blizny potrądzikowe.UWAGA!Moje instrukcje wykonania są bardzo ogólne, dające jedynie mniej więcej obraz, jak to wygląda. Przed każdym wykonaniem kosmetyku z Biochemii Urody, koniecznie zajrzyjcie do ich instrukcji, które są bardzo szczegółowe i dokładne. Ja mam też starszą wersję kremu, więc teraz wygląda to już trochę inaczej!Wykonanie rozpoczęłam od przygotowania stanowiska, wydrukowałam sobie instrukcję ze strony, by było mi wygodniej.Najpierw należy odmierzyć hydrolat (razem 25 ml, u mnie 10 + 15)I przelać do pudełka na krem  Następnie, do kubeczka z miarką przelać olej jojoba oraz olej tamanu (olej tamanu warto trochę podgrzać w szklance z ciepłą wodą, ponieważ przy niskich temperaturach gęstnieje) I dodać zagęstnik aż do ostatniej kropli (to chwilę trwa…)Następnie wymieszać I przelać do słoika z hydrolatem Po wymieszaniu (razem 3-4 minuty) krem powinien być bardzo gęsty (bagietka „stoi” sama)A po dodaniu azeloglicyny… …oraz niacynamidu i wymieszaniu, krem jest już znacznie rzadszyNastępnie krem należy zakonserwować i wymieszać I po 24 godzinach jest gotowy do użyciaNależy jeszcze wypełnić etykietę z datą ważności (4-6 miesięcy od daty wykonania). Ja swój pierwszy krem robiłam 29 stycznia, więc uzupełniłam do 29 lipca. Wykonanie kremu nie jest trudne, ponieważ sprowadza się do połączenia składników w ściśle określonej kolejności – przelej to, wymieszaj, dodaj tamto, wymieszaj. Składniki są już odmierzone, nie ma w tym absolutnie żadnej filozofii, a przy korzystaniu z instrukcji na stronie BU, absolutnie każdy sobie poradzi. O ile jest to bardzo łatwe, to… jest też czasochłonne i upierdliwe, po prostu. Oleje spływają bardzo wolno (w szczególności tamanu) i trzeba je zlać do niemal ostatniej kropli. To naprawdę zajmuje sporo czasu, więc tak naprawdę podczas tworzenia kremu najwięcej jest wiszenia z opakowaniami do góry nogami i czekania aż w końcu spłynie. To koszmarnie nudne! Zagęstnik też wymaga dużo czasu na spłynięcie, dodatkowo trzeba go wydłubywać bagietką, by wydobyć jak najwięcej i uzyskać odpowiednią konsystencję. Potem to mieszanie 3-4 minuty. Tak, to jest nudne. Za pierwszym razem sprawia radochę, ale z każdym kolejnym irytowało mnie coraz bardziej. Krem z czasem się niestety rozwarstwia i na wierzchu pływa olej, nawet mimo dokładnego mieszania zgodnie z instrukcją, w związku z czym pod koniec zawsze użyłam mikserka (spieniacz do mleka ze zdjętą sprężynką), który akurat w domu posiadam, więc nie było problemu. Wówczas krem na dłużej zachowuje swoją konsystencję. Nie jest to konieczne, ale przydatne. Zresztą, nawet jak się rozwarstwi, to nie jest żadna tragedia, wystarczy ponownie dokładnie wymieszać ;) Krem po dodaniu zagęstnika wydaje się bardzo gęsty (bagietka sama stoi pionowo), ale już po dodaniu płynnej azeloglicyny mocno się rozrzedza i finalnie jest raczej rzadki. Ma Shrekowo-zielony, mało apetyczny kolor. Zapach nie jest przyjemny. W większości dominuje olej tamanu, więc krem pachnie mniej więcej jak maggi. O ile zapach maggi może być przyjemny w potrawach, tak na twarzy już niekoniecznie. Ja jeszcze jakoś to przetrwałam (znam gorsze zapachy np. spirulina), ale przez 8 miesięcy słuchałam non stop marudzenia męża „fuuuuj, znowu się maggi wysmarowałaś”, a jak go poinformowałam, że już kończę ostatni słoik i nie kupię kolejnego, to mało brakowało, by zaraz skakał aż po sufit z radości. W kremie czuć też zapach hydrolatu, choć on się trochę chowa za olejem tamanu – dla mnie zapach hydrolatu oczarowego z Biochemii Urody był niestety również nieprzyjemny (w porównaniu do oczarowego z ZSK, który pachniał pięknie), o czym pisałam już we wpisie hydrolat oczarowy (Biochemia Urody) – hydrolat hydrolatowi nierówny… Po aplikacji krem jest dość tłusty na twarzy i nie wyobrażam sobie używania go rano. Zresztą rano sięgam po filtry. W związku z tym, używałam go tylko na nocPodsumowując, używanie tego kremu było dla mnie raczej katorgą – ani nie chciało mi się go kręcić, ani wygląd smarków nie zachęca, słoiczek wcale łazienki nie zdobi, zapach odpychający mnie i męża, konsystencja nadaje się tylko na noc bo tłusta warstwa była wyczuwalna. Poproszę o order za wytrwałość i 8 miesięcy męczarni, która nie przyniosła zadowalających efektów :( Serum rozjaśniające EXTRAW skład zestawu wchodzą: akcesoria (butelka z pipetą, plastikowa bagietka, 2 etykiety), azeloglicyna (10%), witamina C – olejek (4,5%), niacynamid (6%), kwas liponowy (1,5%), kwas glicyryzynowy – ekstrakt z lukrecji, izoflawony sojowe w liposomach (6%) i mleczko winogronowe. Nie trzeba już niczego dokupować, jak w przypadku kremu.Serum ma za zadanie rozjaśniać przebarwienia i piegi, poprawiać stopień nawilżenia skóry, wykazywać działanie przeciwzmarszczkowe i aktyoksydacyjne. Na początku do buteleczki z mleczkiem winogronowym należy wsypać kwas liponowy, kwas glicyryzynowy i niacynamid (witaminę B3) oraz wymieszać roztwórNastępnie dodać izoflawony sojowe oraz witaminę C w formie olejku, wymieszać dokładnie przez kilka minut. Dodać azeloglicynę i znowu wymieszać przez kilkanaście sekund.Następnie uzupełnić etykietki, przykleić na obie buteleczki (ta brązowa to „zapas”, a ta z pipetką do przechowywania podręcznej porcji), wstrząsnąć jeszcze raz butelką, przelać trochę porcji podręcznej i voila. Wykonanie serum jest o wiele szybsze od wykonania kremu. Samo stosowanie było dla mnie zupełnie obojętne. Serum ma postać wodnistego mleczka, o zupełnie niedominującym, mało wyczuwalnym zapachu. Dobrze się wchłania, sprawdzi się zarówno na dzień, jak i na noc i nie będzie kolidowało z makijażem. Tu stosowanie nie sprawiało mi żadnych niedogodności, poza dwiema kwestiami – serum jest wodniste i przez to niewydajne. Nie ma w sobie absolutnie żadnej śliskości, żelowości (jest takie słowo?) czy czegokolwiek, co nadawałoby mu poślizg, więc rozsmarowywanie po skórze jest specyficzne, jak smarowanie wodą, takie… tępe. Przez to zwykle używałam więcej, niż innych produktów tego typu. Kolejna sprawa to buteleczka, która jest malutka, leciutka i plastikowa. Po wstrząśnięciu, nabraniu porcji pipetką, odkładałam ją na umywalkę, by zaaplikować serum. Ale butelka jest tak chybotliwa i niestabilna, że wystarczy najdrobniejszy, najmniejszy wstrząs lub dotknięcie, by się przewróciła. W ten oto sposób serum wylało mi się ze 4 razy przy zwyczajnym, normalnym użytkowaniu. Szkoda, ogromna szkoda, że butelka nie jest szklana. W absolutnie każdym egzemplarzu serum wytrącał mi się brzydki osad, który przybierał postać grudek-glutów, które przywierały do dna, ale czasem też zabierała je pipeta, co postanowiłam uwiecznić. Za pierwszym razem się przestraszyłam i napisałam do BU, czy z moim serum wszystko ok, ale otrzymałam uspokajającą odpowiedź, że jest to proces naturalny. Ale w sumie sama nie wiem, czy to jakiś składnik się tam odkłada, czy serum samo w sobie zastyga na dnie? Całe dno było pokryte czymś takim:Wnioski po 8 miesiącachW ciągu 8 miesięcy kuracji zużyłam 3 opakowania kremu AZELO/BHA (używałam głównie na noc, na dzień bardzo rzadko, tylko po domu) oraz 4 opakowania serum rozjaśniającego EXTRA (na początku używałam 2 razy dziennie, z czasem raz dziennie, ponieważ uzupełniłam pielęgnację o typowe serum z witaminą C). Dodatkowo musiałam ponieść 4 razy koszty wysyłki (nie wiedziałam, jak długo będę stosować, więc nie zamawiałam od razu hurtem, zresztą takie zestawy też mają swoją ważność), dokupić hydrolat oczarowy do kremu oraz konserwant. Jeszcze jeden zestaw serum mam w zapasie. To oznacza, że łączny koszt wyniósł… 326,50 zł. Naprawdę, bardzo chciałabym powiedzieć, że moja skóra jest teraz piękna, że po 8 miesiącach regularnego stosowania tak wiele się zmieniło, że bieżące traktowanie świeżych przebarwień takim duetem sprawdziło się znakomicie, że wyprysków pojawiało się mniej i szybciej się goiły. W zasadzie to… nic szczególnego się nie wydarzyło. Wyprysków nie było mniej, potrafiło mnie naprawdę nieźle wyrzucić tam gdzie zawsze. Nie goiły się szybciej, goiły się jak zawsze. Moje zaskórniki się nie zmniejszyły (krem to obiecywał!). Ani zamknięte na brodzie, ani otwarte w okolicach nosa. Na początku odniosłam wrażenie, że przebarwienia szybciej znikają, ale chyba sama sobie to wmawiałam z radości rozpoczęcia tej kuracji, bo z czasem zauważyłam, że… nawet zupełnie świeże przebarwienia, po zupełnie świeżym wyprysku, wcale nie chcą znikać mimo codziennego smarowania! Moja cera miała się raz lepiej, raz gorzej, co zaraz sami zobaczycie na zdjęciach, ale to zależało raczej od fazy cyklu i zawirowań hormonalnych. Część przebarwień bledła ładniej, na co być może ten duet wpłynął (ale nie na tyle, by się zachwycać :(), a część naprawdę słabo. Naprawdę, po 8 miesiącach codziennego smarowania się tym duetem o wysokim stężeniu składników aktywnych myślałam, że będzie lepiej. A tak to w sumie czuję się tak samo jak przed rozpoczęciem, tyle że części przebarwień już nie ma, a mam nowe, obok. Dodam jeszcze, że nie czerpałam przyjemności z tego ciągłego mieszania, a samo używanie produktów też do przyjemnych nie należało, szczególnie kremu. Koszt też niemały. Oto efekty… Zobaczcie, że w każdym miesiącu wygląda to kompletnie inaczej bo miałam zupełnie inne wypryski w zupełnie innych miejscach, co po prostu „mąci” obraz sytuacji, niestety. Ale nie mam na to wpływu. Cyferki oznaczają liczbę miesięcy – 0 to stan przed rozpoczęciem, 1 to efekty po miesiącu, a 8 po ośmiu miesiącach.Nie wiem, jakie będzie Wasze zdanie na ten temat, ale ja się wcale nie czuję jakoś piękniej. Raz cera miała się lepiej, a raz gorzej, co jest zupełnie naturalne u mnie. Raz mnie obrzuciło tu, a raz gdzieś indziej. Raz byłam bardziej zaczerwieniona, raz mniej.Ogromnie, ogromnie jest mi przykro, bo te 8 miesięcy jest niestety dla mnie zmarnowane. Szkoda, bo oba produkty mają proste, ale świetne składy i wysokie stężenie składników aktywnych. Byłam przekonana, że azeloglicyna i niacynamid zdziałają cuda. Ale niestety… A ja coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że już chyba tylko laser może mi pomóc. Na razie działam z kwasami. Nie wiem, co gorsze – te czerwone plamy, czy stan cery, jakbym wpadła pod dziurkacz…Więcej informacji na temat tych produktów znajdziecie na stronie Biochemii Urody:serum rozjaśniające EXTRAkrem AZELO/BHAKabała… 

poniedziałek, Listopad 13th, 2017

Zużycia wymierzaćździernik 2017

piątek, Listopad 10th, 2017

Gdy z denkowego kartonu opakowania wychodzą już same, poramiły dla świetlówka energooszczędna zużyć :) Zapraszam :)
duże denko kosmetyczne


Ciało

Żel pod prysznic z trawą cytrynową Balea zadziwiająco mało przypadł mi do gustu. Pachniał jakoś tak nijako. Świeżo, ale bez wyrazu, mył bo mył, nie zrobił na mnie żadnego większego wrażenia (a w żelach Balea najważniejszy jest dla mnie właśnie zapach ;) ). Zdenkowałam bez żalu ;)

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne
Z kolei kremowa emulsja do mycia AA Tucuma trafiła do mnie w sierpniowym ShinyBoxie. Kompletnie nie polubiłam tego zapachu – mało wyczuwalny, dziwnie orzechowy z lekką goryczą. Po pewnym czasie (męczarni) wlałam emulsję do dozownika na mydło w płynie. No cóż ;) Plus taki, że faktycznie wydawała się łagodna dla skóry, pozostawiając na niej przyjemną warstwę, więc posiadaczki skóry suchej być może będą zadowolone. 
Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne
NARESZCIE coś, co pięknie pachnie. Nawet nie tyle pięknie, co obłędnie :) Nie spodziewałabym się, że olejek AVON Planet Spa Relaxing Thailand tak zawładnie moim sercem, że aż wyląduje w ulubieńcach września. Ten zapach był tak cudowny, że nawet teraz czuję go w pamięci i… tęsknię, serio! Więcej pisałam w ulubieńcach :)  

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne
Mniejsza wersja saszetki z peelingiem kawowym Body Boom (30 g) trafiła do mnie już w lipcu. Mam co do niego mieszane odczucia. Z pozytywów – peeling cudownie ściera naskórek, fantastycznie wygładza i ma w sobie tyle dobroci w składzie, że po osuszeniu skóra jest wybitnie miękka, nawilżona (natłuszczona?) i przyjemna w dotyku. Ale tak ekstremalnie miękka i gładka, że sama siebie nie mogłam przestać głaskać, jakkolwiek to brzmi. Efekt WOW :) Mniej pozytywne jest to, że saszetka jest dość mało wygodna w użyciu (choć odporna na wodę, bo nawet jak zamoknie, to po wyschnięciu nic się z nią nie dzieje), peeling jest drogi (65 zł/200 g) i zapach nie do końca przyjemny. Po otwarciu saszetki z daleka czuć przyjemną truskawkę, ale po zbliżeniu nosa – okropną gorycz. Niektórzy porównują to do popielniczki i… coś w tym jest. Podobnie z zapachem w łazience – przechodząc obok łazienki po wykonaniu peelingu „o, jak ładnie pachnie truskawką”, a wchodząc do niej „o rany, ale śmierdzi” i niestety na skórze to samo. Dookoła ciała roztacza się raczej przyjemna woń, ale spróbuj zbliżyć rękę do nosa… ;) Z jednej strony byłam zachwycona efektem, bo peeling Body Boom jest genialny w działaniu, ale za 65 zł mogę mieć duuuuużo kawy, a różne dobre oleje w domu też się znajdą by sobie zmieszać ;) Ja bym go raczej nie kupiła, ale gdyby ktoś chciał mi go sprezentować, to prawdopodobnie zużyłabym z przyjemnością :P  

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne

Saszetka z peelingiem naturalnym + maską regenerująco-odprężającą do stóp SheFoot trafiła do mnie w sierpniowym Shiny i… nie pozostawiła po sobie żadnego wrażenia. Ani dobrego, ani złego. Peeling peelingował, ale bez szału, maska trochę tam coś nawilżyła, ale bez szału. Na pewno nie kupię. 
Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne
W tym miesiącu pojawi się zbiorczy wpis o kosmetykach Resibo, więc na razie nic nie zdradzam ;) Powiem tylko, że lubiłam ten balsam wyszczuplający ;)  
Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne

Dezodorantu Fa Pink Passion używałam czasem do stóp, czasem pod pachami na szybko, gdy się gdzieś spieszyłam. Ochrona słaba, zapach ładny, kwiatowo-słodki, ale strasznie duszący. Nic specjalnego. 

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne
Z kolei kulka Fa trafiła do bubli sierpnia i to tam napisałam wszystko, co o niej myślę ;)  

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne

Żel do higieny intymnej Tess trafił do mnie na kwietniowym spotkaniu blogerek MAYbe Beauty. Był fantastyczny, łagodny, pachniał delikatnie, jakoś tak drzewnie, nienachalnie. Kascysko zaaprobowała składy, znaczy że ok :D . Jest świetny, absolutnie do niczego nie mogę się przyczepić, tyle że ja akurat nie jestem w stanie wydać 30 zł na żel do higieny intymnej, bo równie dobrze sprawdza się u mnie Facelle za 5-6 zł :( Dlatego to była raczej jednorazowa przygoda, ale za to bardzo udana!!!
Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne

Serum do rąk Vitamins Philosophy Mincer Pharma trafiło do mnie w czerwcowym Shinyboxie i zużyłam je z przyjemnością. Niestety nie do końca bo… jego nie da się zużyć do końca :/ Opakowanie jest szklane, więc rozcięcie nie wchodzi w grę. W pewnym momencie pompka już zupełnie nie chce łapać produktu, choć jest go jeszcze trochę. Próbowałam postawić do góry nogami i trochę wytrząsać po odkręceniu pompki, ale nie chciało już nic wylecieć. Szkoda… Serum ładnie wygładzało i nawilżało dłonie, a przy tym było bardzo lekkie więc reaplikacja w ciągu dnia nie stanowiła problemu, nic nie przeszkadzało, nic się nie kleiło i nie było tłuste. Pompka była wygodna (do czasu) ;)  

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne

O odżywczym balsamie do ciała Resibo niedługo będzie wpis, więc siedzę cicho ;) Próbka lekkiego balsamu nawilżającego CLOCHEE (chocolate-kumquat) nie zachęciła mnie do zakupu. Czy on jest lekki? Nie powiedziałabym :) Ma masełkowatą, zwartą konsystencję, dopiero pod wpływem ciepła rozsmarowuje się łatwiej. Pozostawia bogaty film, użyty w nadmiarze nieco smuży. Wystarczył mi tylko na nogi, które na drugi dzień owszem, były miękkie, ale nie jakoś zachwycająco. Męczący zapach czekolady – ładny, ale mdły. Kumkwatu nie czułam, ale nie znam tego zapachu, więc nie wiem, czego „szukać” :) Balsam Evree Max Repair dobrze znam i lubię (miałam całe opakowanie), jest bogaty, treściwy, niedrogi i ładnie pachnie, jakoś tak lekko i słodko. 

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne

Obie próbki kremów do rąk (balsam do ciała Clochee powyżej również) dostałam od Ingi :* TONYMOLY Banana Hand Milk pięknie pachniał (bananowo), miał konsystencję musu, przypominającą mi trochę musy do ciała Farmony, takie niby zwarte (nie płynne), ale lekko napowietrzone. Przyjemnie nawilżał, wygładzał dłonie i szybko się wchłaniał. Zużyłam z przyjemnością :)  TONYMOLY Pokemon Hand Cream nie zrobił na mnie większego wrażenia. Pachniał ładnie, ale był to zapach trochę babciny, dziwny (niby to słodki puder wg producenta). Na początku treściwy, później wchłania się niemal całkowicie zostawiając miękkie i wygładzone dłonie, ale czułam taką ciężkość po wewnętrznej stronie dłoni, jakby mi się skóra pod nim dusiła, zaczęły się pocić, jakoś tak nie bardzo.

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne

Włosy

Do szamponu Joanna pokrzywa i zielona herbata wracam regularnie. To typowy, tani, prosty oczyszczacz, zostawia włosy aż „skrzypiące”, używam go raz na jakiś czas (nie przy każdym myciu). Lubię :)  

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne
Co do serii L’Oreal Botanicals z kolendrą, to ja mam tak bardzo mieszane odczucia, że aż mi się o niej nie chce pisać, bo sama nie wiem co ;) Szampon raz lubiłam, a raz nie. Niby dobrze oczyszcza, ale nie zapewnia świeżości na długo. Pompka niby jest wygodna, ale pod prysznicem jednak denerwuje. Zapach bardzo przyjemny. Szampon jak szampon, mył włosy, ale nic specjalnego. Ładnie też błyszczały. Jakoś tak sama nie wiem ;) 35 zł bym za niego nie dała, choć trzeba mu przyznać, że jest wydajny jak diabli, pieni się jak szalony!
Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne
Maska New Anna Cosmetics, Expert Hair Mask pozostawiła we mnie mieszane odczucia. Jak na razie wydaje mi się, że… jestem jedyną osobą z niej niezadowoloną. Czytałam same pozytywne opinie, wręcz superlatywy. Akurat jak ją kupowałam, była chyba w promocji bo duży słoik kosztował 14,99 zł, a mały 12,99 zł, więc przy mojej długości od razu wzięłam 500 ml. Pachniała jakoś tak słodko-nijako, a pompka… utrudniała życie ;) Jedno naciśnięcie wydobywa okrutnie małą ilość, więc musiałam się napompować jak szalona, by cokolwiek wydobyć. Po kilku naciśnięciach pompka zabierała wszystko w jakimśtam promieniu od zasysającej rurki, więc trzeba było czekać, aż się maska znowu wypoziomuje. Nieee, tak to ja się bawić nie będę, więc odkręcanie słoika i tak było konieczne. Maska sprawdzała się… różnie. Raz włosy były gładkie, dociążone, lśniące, a raz miałam trudności z rozczesaniem i włosy wyglądały niekorzystnie, sucho. W końcu miałam jej już dosyć, nałożyłam dużo za dużo i WOW, jakie błyszczące, gładkie, lejące włosy! Czy to właśnie o to chodzi? By nakładać taką ilość, że zaraz zacznie kapać? No nie… ;) Dlatego nie planuję powrotu. 

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne

Odżywkę Schwarzkopf Essence Ultime Crystal Shine dostałam od Moniki :) Pachniała absolutnie cudownie (pudrowo-luksusowo), ale była… poprawna ;) Ułatwiała rozczesywanie, nawilżała, nabłyszczała, wszystko było „na swoim miejscu”. Nie na tyle, by rozczarować, ale i nie na tyle, by zachwycić :) A już na pewno nie jest warta 20 zł.
Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne
Odżywka Balea Oil Repair to jedna z najlepszych odżywek, jakie znam i wylądowała w ulubieńcach września, to była moja druga tubka. Teraz mam trzecią dzięki Agacie :*
Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne

Maska do włosów arganowa Novex trafiła do mnie dzięki wrześniowemu ShinyBox. Wystarczyła może na 4 użycia? Włosy ładnie błyszczały, były trochę bardziej miękkie, ale bez szału. Zapach starodawnego kremu, na włosach jakby lekko kadzidlany. Nie kupiłabym. 

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne
Serum Garnier Goodbye Damage zużyłam z przyjemnością, choć odnoszę wrażenie, że dopiero z czasem się polubiliśmy. Na początku nie zrobiło na mnie wielkiego wrażenia, ale z czasem było coraz lepiej. Pięknie pachnie (owocowo), dobrze zabezpiecza końcówki, ujarzmia, wygładza, nabłyszcza. Pompka była wygodna, ale trzeba naciskać do połowy (albo i mniej) bo naciśnięta do końca wypluwa dużo za dużo. Wolę L’Oreal Mythic Oil, ale do Garniera mogę z przyjemnością wrócić. 
Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne
serum Bionigree pisałam w osobnym wpisie, planuję zachować opakowanie, jest szklane i porządne :) Wystarczyło mi na 16 razy (z czego kilka ostatnich obfitych, bo nie do końca się u mnie sprawdziło i chciałam przyspieszyć zużycie) i niestety nie udało mi się zużyć do końca, musiałam wylać, bo serum zmętniało (i było już po terminie). Myślę, że spokojnie wystarczy na 25 aplikacji, albo i więcej. 
Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne
suchym szamponie Batiste dla brunetek pisałam osobny wpis. Nie byłam z niego zadowolona, a to chyba moje drugie opakowanie. Jak to jest? ;) )))
Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne
O farbach Joanna Multi Cream pisałam już chyba kilkanaście razy na blogu, kupuję je non stop i bardzo lubię ;) Mam już kolejną czekającą na użycie ;)

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne

Twarz

O rany, ta pianka była wybitna. O ile żel do higieny intymnej Tess bardzo lubiłam, ale nie wydam 30 zł na żel do higieny intymnej, tak na genialny produkt do mycia twarzy już owszem. A delikatna pianka do mycia twarzy i demakijażu Tess nie ma sobie równych!!! Wylądowała w ulubieńcach kwietnia. Bardzo łagodna (można nią przemyć nawet oczy i nic a nic nie piecze), dobrze oczyszcza, domywa resztki makijażu, nie ściąga, nie wysusza, wręcz pielęgnuje. Zachwyt!

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne
Płyn do demakijażu DermoFuture wylądował w rozczarowaniach września. Cieszę się, że się skończył.
Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne

Do dwufazy Rival de Loop regularnie wracam, ma wygodne, małe opakowanie w sam raz na wyjazdy. Ale miałam już kilka małych i kilka dużych, więc znam ten produkt na wylot. Nie piecze, dobrze rozpuszcza makijaż, jest tani. Polecam. 

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne

Myślałam, że krem nawilżający Lynia (to marka z e-naturalne) zastąpi mi ulubieńca Lynia Plum, którego miałam już dwa razy. Niestety nie, był o wiele słabszy. Niby treściwy, niby bogaty, ale nic wielkiego z tego nie wynikało. Wygodny w użyciu (airless), przyjemnie pachniał, ale bez szału. Regenerujący o wiele lepszy :)  

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne
Na temat efektów stosowania kremu AZELO/BHA i serum rozjaśniającego z Biochemii Urody również mam w planie napisać wpis w tym miesiącu. Niestety nie jestem zadowolona.

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne

Krem arganowy pod oczy Nacomi wylądował w kosmetycznych rozczarowaniach, niestety. Zużyłam do szyi i dekoltu. 

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne
Te dwie próbki to również prezent od Ingi :) Benton Honest TT Mist – nie wiem co o niej powiedzieć :) W saszetce znajdowała się po prostu „woda” – bezbarwna, bezzapachowa ciecz, którą wklepałam w twarz. Po dwóch użyciach nie jestem w stanie nic powiedzieć (prócz tego, że wchłania się w 100%, nie pozostawiając żadnej warstwy), o zapachu też nie, bo go nie ma :P Czułam się, jakbym sobie wklepała wodę w twarz :D Ale teoretycznie (zgodnie z obietnicami producenta) jest to mgiełka idealnie wpisująca się w potrzeby mojej cery, więc może kiedyś kupię, by przekonać się o działaniu :) A Snail Bee High Content Skin był już bardziej wyczuwalny na skórze, ale też nie jestem w stanie nic powiedzieć o działaniu po 2 użyciach… 
Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne

Montagne Jeunesse Unclog Pore Strips wyciągnął 1 (słownie: jednego) zaskórnika, w dodatku malutkiego ;) W opakowaniu były trzy sztuki i żadna się nie sprawdziła, nawet po parówce. Z kolei 7th Heaven (ta sama firma) Charcoal Pore Strips zastosowałam na brodę jak widziałam, że zaskórniki są jakby wyciągnięte ku górze i było lepiej. Plaster na nos na brodzie, to musiało wyglądać zabawnie :D

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne

7th Heaven Hot Chocolate – przy wydobywaniu maseczki czułam, że na dole opakowania jest ona twarda, zastygnięta, nie mogłam jej wycisnąć. Czuję, że wycisnęłam może połowę opakowania? Ale okazało się, że wystarczy bardzo cieniutka warstwa, ponieważ maska jest płynna i spływa. A jak ona pachnie!!! Pozycja obowiązkowa dla wielbicieli czekolady, tego trzeba spróbować! Wygląda jak płynna czekolada (brązowa, lekko mleczna) i pachnie jak czekolada z nutą pomarańczy, ale bardzo naturalnie, nie sztucznie, aż chciało się ją zjeść, serio :D Tak jak nie lubię zapachu czekolady w kosmetykach bo zwykle jest on nijaki, mdły i często sztuczny tak tutaj WOW! Po nałożeniu maska delikatnie rozgrzewa skórę, nie jest to żadne palenie, pieczenie, czy szczypanie, bardzo subtelne ciepełko. Ale stanowczo radzę uważać na grubość warstwy, kilka czekoladowych kropel uchroniłam przed kapnięciem ;) Efekt był bardzo nijaki, w zasadzie nic szczególnego się nie wydarzyło (poza przyjemnością użycia), więc nie kupię w przyszłości. 7th Heaven Red Hot Earth Sauna nie jest tak czerwona, jak na opakowaniu, jedynie różowa. Miałam ogromne problemy z jej wydobyciem z opakowania. Na dole zebrała się zeschnięta maseczka, a u góry pływała – trochę się rozwarstwiła. Odniosłam wrażenie, że 1/3 maseczki została w opakowaniu, bo była tak twarda, że nie mogłam wycisnąć, musiałabym całkowicie rozciąć boczne brzegi. Niemniej jednak ilość, którą wycisnęłam, idealnie pokryła skórę, więc nie czułam potrzeby walki z saszetką. Maseczka spływa, więc również nie warto nakładać zbyt wiele (uwaga na nos i brodę) – ja musiałam co chwilę kontrolować sytuację, bo czułam, że zaraz mi coś kapnie… Po nałożeniu czuć delikatne, przyjemne ciepełko. Nie jest to żadne parzenie w twarz, tylko delikatne ciepełko, bardzo przyjemne. Spływanie tak bardzo mnie denerwowało, że nie mam ochoty na powtórkę. Po użyciu skóra była oczyszczona, pory obkurczone, a koloryt ujednolicony – skóra nawet bez podkładu wyglądała ładnie. Wersji kokosowej totalnie już nie pamiętam :( Zauważyłam, że w przypadku takich jednorazowych saszetek muszę natychmiast zapisywać spostrzeżenia, bo jak wracam po miesiącu do pisania, to już nic nie pamiętam. O dwóch powyższych wrażenia zapisałam tuż po użyciu.

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne

Ponownie wstrzymam się od głosu, ponieważ o Resibo będzie niebawem osobny wpis ;)  

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne

Benton Papaya SPF38 – o jeżu jak on bieli!!! Po aplikacji wyglądałam jak duch i musiałam koniecznie użyć choć trochę kryjącego pudru by to wyrównać ;) Nie wchłonął się zupełnie do sucha, warstwa była wyczuwalna, ale nie jakoś bardzo tłusta (ale raczej nie dla osób z cerą, która lubi się przetłuścić). Ogólnie to nie to, czego szukam :)  Benton Papaya SPF50 - duch po raz drugi – nie, to nie jest to, czego szukam. Dla mojej mieszanej cery zbyt bogaty, świecę się, dodatkowo wyglądam jak duch, bardzo bardzo bardzo bieli :( Ja wiem, że to przez filtry mineralne, że to jest normalne, ale wolę inne. Niemniej jednak dziękuję Indze, że mogłam się przekonać na własnej skórze :* Przynajmniej wiem, żeby w te dwa filtry na pewno nie celować. 

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne

Próbka Mincer Boto Lift X była w Twoim Stylu z kuponami (miała być też próbka perfum, ale ktoś ukradł :/). Krem był bardzo wodnisty, zawsze wydobyłam dużo za dużo, ale też lekki i nie zrobił na mnie szczególnego wrażenia. Vianki również jakieś takie lekkie, choć to kremy na noc. Od normalizującego jeszcze bym tego nie wymagała, bo nie taka jego rola (ładnie, ziołowo pachniał), ale już od odżywczego owszem (też pięknie pachniał, ale jakoś tak słodko-cynamonowo??). Jakoś tak rano nie czułam, bym się czymś smarowała na noc. Przyszły, wyszły, sama nie wiem…

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne

Kolorówka, akcesoria i inne

Eyeliner Celebrities lubiłam, a jego swatch znajdziecie tutaj. Jest mocno czarny, precyzyjnie rysuje kreskę i trwały. Ten egzemplarz umarł śmiercią naturalną (wysechł), ale mam już kolejny. Do tuszu Max Factor 2000 Calorie regularnie wracam i na pewno kupię ponownie. Lubię za szybkie malowanie, dzienny efekt z możliwością stopniowania i niesklejanie rzęs. Taki zwykły, prosty tusz w sam raz na co dzień :) Cień w sztyfcie z Bell wylądował w rozczarowaniach sierpnia, wyczerpałam temat, nie chcę go więcej widzieć, wyrzucam. Z żalem, bo nie mam dla niego kolorystycznego zamiennika (są podobne, ale to nie to), ale tego badziewia nie da się używać.

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne

Pędzelek do paznokci kupiłam na AliExpress i zepsułam z własnej winy. Nie oczyściłam z topu, więc utwardził się na amen, a próby oczyszczenia skończyły się wykruszeniem włosia. Moja wina ;) Ten krążek to kartonik po papierowej taśmie (też z AliExpress), za pomocą której wykonuję swatche takie jak tutaj, tutaj i tutaj. Bez obaw, mam zapas ;) Ta mała pastylka to również zakup z AliExpress, a mianowicie kompresowane bawełniane maseczki, które wylądowały w ulubieńcach sierpnia. Niestety tu miałam problem z… wyrzucaniem do denkowego kartonu, bo to takie maleństwa, że zwykle zapominałam i lądowały w śmietniku, więc w sumie nie wiem, ile zużyłam :/ Czarna gąbeczka Blend it! z dwupaku mnie odrobinę rozczarowała. Co prawda była trwała, nie zniszczyła się szybko, ale twardsza od różowej kupowanej pojedynczo. Teraz już wiem, żeby NIE eksperymentować, NIE oszczędzać i kupować tylko różową, tylko pojedynczo. O Blend it! powstał osobny wpis. Choć może nie powinnam narzekać, bo teraz mam gąbeczkę Lorigine i to jest dopiero beton!!! Aż zatęskniłam za Blend it, nawet czarną :<. 

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne

Olejkiem pod prysznic Isana od dawna myję gąbeczki i nie planuję zmian w tym zakresie, mam już kolejny i bardzo lubię ;)  

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne

Płyn do soczewek ReNu kupiłam w Rossmannie w promocji. Był w niemal identycznej cenie co B-Lens, więc postanowiłam spróbować, w końcu to Bausch&Lomb, no to będzie lepszy, prawda? Nic bardziej mylnego. Nie zmiękcza soczewek aż tak dobrze, nie zapewnia komfortu na tak długo. Wracam do B-Lens. 

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne

Płatki Isana ;)
Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne


Mydłem antybakteryjnym Protex Ultra myję gąbeczki w drugim etapie (chcę stworzyć o tym wpis) oraz wszystkie pędzle. Dobrze myje, łatwo się wypłukuje z włosia, jest tanie (mniej niż 3 zł), łatwo dostępne (Rossmann) i antybakteryjne. Czego chcieć więcej?

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne
Rany, pisałamlecz wciąż napęd ze 4elitarny, niż ankierwspominając o zdjęciach ;)  
Dorabianie pójdę zdobywać kupowanie minimalizmu, będzie mniej pisania :P
W ostatnimkojarzyć wiele bezlitosny kosmetyków oddałam (mamie, siostrze, koleżankom), a duża część z „skoro tylkości miesiąca” pójdzie dalej, możetrendy jakimś konkursie? ;)

Znacieprawie żeś? Mamy podobne klucz francuski Francuz? :)

Zużycia objaśniaćździernik 2017

piątek, Listopad 10th, 2017

Gdy z denkowego kartonu opakowania wychodzą już same, poraniezależnie od bez względu wyrównanie kompensacyjny zużyć :) Zapraszam :)
duże denko kosmetyczne


Ciało

Żel pod prysznic z trawą cytrynową Balea zadziwiająco mało przypadł mi do gustu. Pachniał jakoś tak nijako. Świeżo, ale bez wyrazu, mył bo mył, nie zrobił na mnie żadnego większego wrażenia (a w żelach Balea najważniejszy jest dla mnie właśnie zapach ;) ). Zdenkowałam bez żalu ;)

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne
Z kolei kremowa emulsja do mycia AA Tucuma trafiła do mnie w sierpniowym ShinyBoxie. Kompletnie nie polubiłam tego zapachu – mało wyczuwalny, dziwnie orzechowy z lekką goryczą. Po pewnym czasie (męczarni) wlałam emulsję do dozownika na mydło w płynie. No cóż ;) Plus taki, że faktycznie wydawała się łagodna dla skóry, pozostawiając na niej przyjemną warstwę, więc posiadaczki skóry suchej być może będą zadowolone. 
Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne
NARESZCIE coś, co pięknie pachnie. Nawet nie tyle pięknie, co obłędnie :) Nie spodziewałabym się, że olejek AVON Planet Spa Relaxing Thailand tak zawładnie moim sercem, że aż wyląduje w ulubieńcach września. Ten zapach był tak cudowny, że nawet teraz czuję go w pamięci i… tęsknię, serio! Więcej pisałam w ulubieńcach :)  

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne
Mniejsza wersja saszetki z peelingiem kawowym Body Boom (30 g) trafiła do mnie już w lipcu. Mam co do niego mieszane odczucia. Z pozytywów – peeling cudownie ściera naskórek, fantastycznie wygładza i ma w sobie tyle dobroci w składzie, że po osuszeniu skóra jest wybitnie miękka, nawilżona (natłuszczona?) i przyjemna w dotyku. Ale tak ekstremalnie miękka i gładka, że sama siebie nie mogłam przestać głaskać, jakkolwiek to brzmi. Efekt WOW :) Mniej pozytywne jest to, że saszetka jest dość mało wygodna w użyciu (choć odporna na wodę, bo nawet jak zamoknie, to po wyschnięciu nic się z nią nie dzieje), peeling jest drogi (65 zł/200 g) i zapach nie do końca przyjemny. Po otwarciu saszetki z daleka czuć przyjemną truskawkę, ale po zbliżeniu nosa – okropną gorycz. Niektórzy porównują to do popielniczki i… coś w tym jest. Podobnie z zapachem w łazience – przechodząc obok łazienki po wykonaniu peelingu „o, jak ładnie pachnie truskawką”, a wchodząc do niej „o rany, ale śmierdzi” i niestety na skórze to samo. Dookoła ciała roztacza się raczej przyjemna woń, ale spróbuj zbliżyć rękę do nosa… ;) Z jednej strony byłam zachwycona efektem, bo peeling Body Boom jest genialny w działaniu, ale za 65 zł mogę mieć duuuuużo kawy, a różne dobre oleje w domu też się znajdą by sobie zmieszać ;) Ja bym go raczej nie kupiła, ale gdyby ktoś chciał mi go sprezentować, to prawdopodobnie zużyłabym z przyjemnością :P  

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne

Saszetka z peelingiem naturalnym + maską regenerująco-odprężającą do stóp SheFoot trafiła do mnie w sierpniowym Shiny i… nie pozostawiła po sobie żadnego wrażenia. Ani dobrego, ani złego. Peeling peelingował, ale bez szału, maska trochę tam coś nawilżyła, ale bez szału. Na pewno nie kupię. 
Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne
W tym miesiącu pojawi się zbiorczy wpis o kosmetykach Resibo, więc na razie nic nie zdradzam ;) Powiem tylko, że lubiłam ten balsam wyszczuplający ;)  
Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne

Dezodorantu Fa Pink Passion używałam czasem do stóp, czasem pod pachami na szybko, gdy się gdzieś spieszyłam. Ochrona słaba, zapach ładny, kwiatowo-słodki, ale strasznie duszący. Nic specjalnego. 

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne
Z kolei kulka Fa trafiła do bubli sierpnia i to tam napisałam wszystko, co o niej myślę ;)  

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne

Żel do higieny intymnej Tess trafił do mnie na kwietniowym spotkaniu blogerek MAYbe Beauty. Był fantastyczny, łagodny, pachniał delikatnie, jakoś tak drzewnie, nienachalnie. Kascysko zaaprobowała składy, znaczy że ok :D . Jest świetny, absolutnie do niczego nie mogę się przyczepić, tyle że ja akurat nie jestem w stanie wydać 30 zł na żel do higieny intymnej, bo równie dobrze sprawdza się u mnie Facelle za 5-6 zł :( Dlatego to była raczej jednorazowa przygoda, ale za to bardzo udana!!!
Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne

Serum do rąk Vitamins Philosophy Mincer Pharma trafiło do mnie w czerwcowym Shinyboxie i zużyłam je z przyjemnością. Niestety nie do końca bo… jego nie da się zużyć do końca :/ Opakowanie jest szklane, więc rozcięcie nie wchodzi w grę. W pewnym momencie pompka już zupełnie nie chce łapać produktu, choć jest go jeszcze trochę. Próbowałam postawić do góry nogami i trochę wytrząsać po odkręceniu pompki, ale nie chciało już nic wylecieć. Szkoda… Serum ładnie wygładzało i nawilżało dłonie, a przy tym było bardzo lekkie więc reaplikacja w ciągu dnia nie stanowiła problemu, nic nie przeszkadzało, nic się nie kleiło i nie było tłuste. Pompka była wygodna (do czasu) ;)  

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne

O odżywczym balsamie do ciała Resibo niedługo będzie wpis, więc siedzę cicho ;) Próbka lekkiego balsamu nawilżającego CLOCHEE (chocolate-kumquat) nie zachęciła mnie do zakupu. Czy on jest lekki? Nie powiedziałabym :) Ma masełkowatą, zwartą konsystencję, dopiero pod wpływem ciepła rozsmarowuje się łatwiej. Pozostawia bogaty film, użyty w nadmiarze nieco smuży. Wystarczył mi tylko na nogi, które na drugi dzień owszem, były miękkie, ale nie jakoś zachwycająco. Męczący zapach czekolady – ładny, ale mdły. Kumkwatu nie czułam, ale nie znam tego zapachu, więc nie wiem, czego „szukać” :) Balsam Evree Max Repair dobrze znam i lubię (miałam całe opakowanie), jest bogaty, treściwy, niedrogi i ładnie pachnie, jakoś tak lekko i słodko. 

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne

Obie próbki kremów do rąk (balsam do ciała Clochee powyżej również) dostałam od Ingi :* TONYMOLY Banana Hand Milk pięknie pachniał (bananowo), miał konsystencję musu, przypominającą mi trochę musy do ciała Farmony, takie niby zwarte (nie płynne), ale lekko napowietrzone. Przyjemnie nawilżał, wygładzał dłonie i szybko się wchłaniał. Zużyłam z przyjemnością :)  TONYMOLY Pokemon Hand Cream nie zrobił na mnie większego wrażenia. Pachniał ładnie, ale był to zapach trochę babciny, dziwny (niby to słodki puder wg producenta). Na początku treściwy, później wchłania się niemal całkowicie zostawiając miękkie i wygładzone dłonie, ale czułam taką ciężkość po wewnętrznej stronie dłoni, jakby mi się skóra pod nim dusiła, zaczęły się pocić, jakoś tak nie bardzo.

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne

Włosy

Do szamponu Joanna pokrzywa i zielona herbata wracam regularnie. To typowy, tani, prosty oczyszczacz, zostawia włosy aż „skrzypiące”, używam go raz na jakiś czas (nie przy każdym myciu). Lubię :)  

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne
Co do serii L’Oreal Botanicals z kolendrą, to ja mam tak bardzo mieszane odczucia, że aż mi się o niej nie chce pisać, bo sama nie wiem co ;) Szampon raz lubiłam, a raz nie. Niby dobrze oczyszcza, ale nie zapewnia świeżości na długo. Pompka niby jest wygodna, ale pod prysznicem jednak denerwuje. Zapach bardzo przyjemny. Szampon jak szampon, mył włosy, ale nic specjalnego. Ładnie też błyszczały. Jakoś tak sama nie wiem ;) 35 zł bym za niego nie dała, choć trzeba mu przyznać, że jest wydajny jak diabli, pieni się jak szalony!
Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne
Maska New Anna Cosmetics, Expert Hair Mask pozostawiła we mnie mieszane odczucia. Jak na razie wydaje mi się, że… jestem jedyną osobą z niej niezadowoloną. Czytałam same pozytywne opinie, wręcz superlatywy. Akurat jak ją kupowałam, była chyba w promocji bo duży słoik kosztował 14,99 zł, a mały 12,99 zł, więc przy mojej długości od razu wzięłam 500 ml. Pachniała jakoś tak słodko-nijako, a pompka… utrudniała życie ;) Jedno naciśnięcie wydobywa okrutnie małą ilość, więc musiałam się napompować jak szalona, by cokolwiek wydobyć. Po kilku naciśnięciach pompka zabierała wszystko w jakimśtam promieniu od zasysającej rurki, więc trzeba było czekać, aż się maska znowu wypoziomuje. Nieee, tak to ja się bawić nie będę, więc odkręcanie słoika i tak było konieczne. Maska sprawdzała się… różnie. Raz włosy były gładkie, dociążone, lśniące, a raz miałam trudności z rozczesaniem i włosy wyglądały niekorzystnie, sucho. W końcu miałam jej już dosyć, nałożyłam dużo za dużo i WOW, jakie błyszczące, gładkie, lejące włosy! Czy to właśnie o to chodzi? By nakładać taką ilość, że zaraz zacznie kapać? No nie… ;) Dlatego nie planuję powrotu. 

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne

Odżywkę Schwarzkopf Essence Ultime Crystal Shine dostałam od Moniki :) Pachniała absolutnie cudownie (pudrowo-luksusowo), ale była… poprawna ;) Ułatwiała rozczesywanie, nawilżała, nabłyszczała, wszystko było „na swoim miejscu”. Nie na tyle, by rozczarować, ale i nie na tyle, by zachwycić :) A już na pewno nie jest warta 20 zł.
Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne
Odżywka Balea Oil Repair to jedna z najlepszych odżywek, jakie znam i wylądowała w ulubieńcach września, to była moja druga tubka. Teraz mam trzecią dzięki Agacie :*
Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne

Maska do włosów arganowa Novex trafiła do mnie dzięki wrześniowemu ShinyBox. Wystarczyła może na 4 użycia? Włosy ładnie błyszczały, były trochę bardziej miękkie, ale bez szału. Zapach starodawnego kremu, na włosach jakby lekko kadzidlany. Nie kupiłabym. 

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne
Serum Garnier Goodbye Damage zużyłam z przyjemnością, choć odnoszę wrażenie, że dopiero z czasem się polubiliśmy. Na początku nie zrobiło na mnie wielkiego wrażenia, ale z czasem było coraz lepiej. Pięknie pachnie (owocowo), dobrze zabezpiecza końcówki, ujarzmia, wygładza, nabłyszcza. Pompka była wygodna, ale trzeba naciskać do połowy (albo i mniej) bo naciśnięta do końca wypluwa dużo za dużo. Wolę L’Oreal Mythic Oil, ale do Garniera mogę z przyjemnością wrócić. 
Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne
serum Bionigree pisałam w osobnym wpisie, planuję zachować opakowanie, jest szklane i porządne :) Wystarczyło mi na 16 razy (z czego kilka ostatnich obfitych, bo nie do końca się u mnie sprawdziło i chciałam przyspieszyć zużycie) i niestety nie udało mi się zużyć do końca, musiałam wylać, bo serum zmętniało (i było już po terminie). Myślę, że spokojnie wystarczy na 25 aplikacji, albo i więcej. 
Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne
suchym szamponie Batiste dla brunetek pisałam osobny wpis. Nie byłam z niego zadowolona, a to chyba moje drugie opakowanie. Jak to jest? ;) )))
Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne
O farbach Joanna Multi Cream pisałam już chyba kilkanaście razy na blogu, kupuję je non stop i bardzo lubię ;) Mam już kolejną czekającą na użycie ;)

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne

Twarz

O rany, ta pianka była wybitna. O ile żel do higieny intymnej Tess bardzo lubiłam, ale nie wydam 30 zł na żel do higieny intymnej, tak na genialny produkt do mycia twarzy już owszem. A delikatna pianka do mycia twarzy i demakijażu Tess nie ma sobie równych!!! Wylądowała w ulubieńcach kwietnia. Bardzo łagodna (można nią przemyć nawet oczy i nic a nic nie piecze), dobrze oczyszcza, domywa resztki makijażu, nie ściąga, nie wysusza, wręcz pielęgnuje. Zachwyt!

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne
Płyn do demakijażu DermoFuture wylądował w rozczarowaniach września. Cieszę się, że się skończył.
Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne

Do dwufazy Rival de Loop regularnie wracam, ma wygodne, małe opakowanie w sam raz na wyjazdy. Ale miałam już kilka małych i kilka dużych, więc znam ten produkt na wylot. Nie piecze, dobrze rozpuszcza makijaż, jest tani. Polecam. 

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne

Myślałam, że krem nawilżający Lynia (to marka z e-naturalne) zastąpi mi ulubieńca Lynia Plum, którego miałam już dwa razy. Niestety nie, był o wiele słabszy. Niby treściwy, niby bogaty, ale nic wielkiego z tego nie wynikało. Wygodny w użyciu (airless), przyjemnie pachniał, ale bez szału. Regenerujący o wiele lepszy :)  

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne
Na temat efektów stosowania kremu AZELO/BHA i serum rozjaśniającego z Biochemii Urody również mam w planie napisać wpis w tym miesiącu. Niestety nie jestem zadowolona.

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne

Krem arganowy pod oczy Nacomi wylądował w kosmetycznych rozczarowaniach, niestety. Zużyłam do szyi i dekoltu. 

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne
Te dwie próbki to również prezent od Ingi :) Benton Honest TT Mist – nie wiem co o niej powiedzieć :) W saszetce znajdowała się po prostu „woda” – bezbarwna, bezzapachowa ciecz, którą wklepałam w twarz. Po dwóch użyciach nie jestem w stanie nic powiedzieć (prócz tego, że wchłania się w 100%, nie pozostawiając żadnej warstwy), o zapachu też nie, bo go nie ma :P Czułam się, jakbym sobie wklepała wodę w twarz :D Ale teoretycznie (zgodnie z obietnicami producenta) jest to mgiełka idealnie wpisująca się w potrzeby mojej cery, więc może kiedyś kupię, by przekonać się o działaniu :) A Snail Bee High Content Skin był już bardziej wyczuwalny na skórze, ale też nie jestem w stanie nic powiedzieć o działaniu po 2 użyciach… 
Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne

Montagne Jeunesse Unclog Pore Strips wyciągnął 1 (słownie: jednego) zaskórnika, w dodatku malutkiego ;) W opakowaniu były trzy sztuki i żadna się nie sprawdziła, nawet po parówce. Z kolei 7th Heaven (ta sama firma) Charcoal Pore Strips zastosowałam na brodę jak widziałam, że zaskórniki są jakby wyciągnięte ku górze i było lepiej. Plaster na nos na brodzie, to musiało wyglądać zabawnie :D

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne

7th Heaven Hot Chocolate – przy wydobywaniu maseczki czułam, że na dole opakowania jest ona twarda, zastygnięta, nie mogłam jej wycisnąć. Czuję, że wycisnęłam może połowę opakowania? Ale okazało się, że wystarczy bardzo cieniutka warstwa, ponieważ maska jest płynna i spływa. A jak ona pachnie!!! Pozycja obowiązkowa dla wielbicieli czekolady, tego trzeba spróbować! Wygląda jak płynna czekolada (brązowa, lekko mleczna) i pachnie jak czekolada z nutą pomarańczy, ale bardzo naturalnie, nie sztucznie, aż chciało się ją zjeść, serio :D Tak jak nie lubię zapachu czekolady w kosmetykach bo zwykle jest on nijaki, mdły i często sztuczny tak tutaj WOW! Po nałożeniu maska delikatnie rozgrzewa skórę, nie jest to żadne palenie, pieczenie, czy szczypanie, bardzo subtelne ciepełko. Ale stanowczo radzę uważać na grubość warstwy, kilka czekoladowych kropel uchroniłam przed kapnięciem ;) Efekt był bardzo nijaki, w zasadzie nic szczególnego się nie wydarzyło (poza przyjemnością użycia), więc nie kupię w przyszłości. 7th Heaven Red Hot Earth Sauna nie jest tak czerwona, jak na opakowaniu, jedynie różowa. Miałam ogromne problemy z jej wydobyciem z opakowania. Na dole zebrała się zeschnięta maseczka, a u góry pływała – trochę się rozwarstwiła. Odniosłam wrażenie, że 1/3 maseczki została w opakowaniu, bo była tak twarda, że nie mogłam wycisnąć, musiałabym całkowicie rozciąć boczne brzegi. Niemniej jednak ilość, którą wycisnęłam, idealnie pokryła skórę, więc nie czułam potrzeby walki z saszetką. Maseczka spływa, więc również nie warto nakładać zbyt wiele (uwaga na nos i brodę) – ja musiałam co chwilę kontrolować sytuację, bo czułam, że zaraz mi coś kapnie… Po nałożeniu czuć delikatne, przyjemne ciepełko. Nie jest to żadne parzenie w twarz, tylko delikatne ciepełko, bardzo przyjemne. Spływanie tak bardzo mnie denerwowało, że nie mam ochoty na powtórkę. Po użyciu skóra była oczyszczona, pory obkurczone, a koloryt ujednolicony – skóra nawet bez podkładu wyglądała ładnie. Wersji kokosowej totalnie już nie pamiętam :( Zauważyłam, że w przypadku takich jednorazowych saszetek muszę natychmiast zapisywać spostrzeżenia, bo jak wracam po miesiącu do pisania, to już nic nie pamiętam. O dwóch powyższych wrażenia zapisałam tuż po użyciu.

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne

Ponownie wstrzymam się od głosu, ponieważ o Resibo będzie niebawem osobny wpis ;)  

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne

Benton Papaya SPF38 – o jeżu jak on bieli!!! Po aplikacji wyglądałam jak duch i musiałam koniecznie użyć choć trochę kryjącego pudru by to wyrównać ;) Nie wchłonął się zupełnie do sucha, warstwa była wyczuwalna, ale nie jakoś bardzo tłusta (ale raczej nie dla osób z cerą, która lubi się przetłuścić). Ogólnie to nie to, czego szukam :)  Benton Papaya SPF50 - duch po raz drugi – nie, to nie jest to, czego szukam. Dla mojej mieszanej cery zbyt bogaty, świecę się, dodatkowo wyglądam jak duch, bardzo bardzo bardzo bieli :( Ja wiem, że to przez filtry mineralne, że to jest normalne, ale wolę inne. Niemniej jednak dziękuję Indze, że mogłam się przekonać na własnej skórze :* Przynajmniej wiem, żeby w te dwa filtry na pewno nie celować. 

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne

Próbka Mincer Boto Lift X była w Twoim Stylu z kuponami (miała być też próbka perfum, ale ktoś ukradł :/). Krem był bardzo wodnisty, zawsze wydobyłam dużo za dużo, ale też lekki i nie zrobił na mnie szczególnego wrażenia. Vianki również jakieś takie lekkie, choć to kremy na noc. Od normalizującego jeszcze bym tego nie wymagała, bo nie taka jego rola (ładnie, ziołowo pachniał), ale już od odżywczego owszem (też pięknie pachniał, ale jakoś tak słodko-cynamonowo??). Jakoś tak rano nie czułam, bym się czymś smarowała na noc. Przyszły, wyszły, sama nie wiem…

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne

Kolorówka, akcesoria i inne

Eyeliner Celebrities lubiłam, a jego swatch znajdziecie tutaj. Jest mocno czarny, precyzyjnie rysuje kreskę i trwały. Ten egzemplarz umarł śmiercią naturalną (wysechł), ale mam już kolejny. Do tuszu Max Factor 2000 Calorie regularnie wracam i na pewno kupię ponownie. Lubię za szybkie malowanie, dzienny efekt z możliwością stopniowania i niesklejanie rzęs. Taki zwykły, prosty tusz w sam raz na co dzień :) Cień w sztyfcie z Bell wylądował w rozczarowaniach sierpnia, wyczerpałam temat, nie chcę go więcej widzieć, wyrzucam. Z żalem, bo nie mam dla niego kolorystycznego zamiennika (są podobne, ale to nie to), ale tego badziewia nie da się używać.

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne

Pędzelek do paznokci kupiłam na AliExpress i zepsułam z własnej winy. Nie oczyściłam z topu, więc utwardził się na amen, a próby oczyszczenia skończyły się wykruszeniem włosia. Moja wina ;) Ten krążek to kartonik po papierowej taśmie (też z AliExpress), za pomocą której wykonuję swatche takie jak tutaj, tutaj i tutaj. Bez obaw, mam zapas ;) Ta mała pastylka to również zakup z AliExpress, a mianowicie kompresowane bawełniane maseczki, które wylądowały w ulubieńcach sierpnia. Niestety tu miałam problem z… wyrzucaniem do denkowego kartonu, bo to takie maleństwa, że zwykle zapominałam i lądowały w śmietniku, więc w sumie nie wiem, ile zużyłam :/ Czarna gąbeczka Blend it! z dwupaku mnie odrobinę rozczarowała. Co prawda była trwała, nie zniszczyła się szybko, ale twardsza od różowej kupowanej pojedynczo. Teraz już wiem, żeby NIE eksperymentować, NIE oszczędzać i kupować tylko różową, tylko pojedynczo. O Blend it! powstał osobny wpis. Choć może nie powinnam narzekać, bo teraz mam gąbeczkę Lorigine i to jest dopiero beton!!! Aż zatęskniłam za Blend it, nawet czarną :<. 

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne

Olejkiem pod prysznic Isana od dawna myję gąbeczki i nie planuję zmian w tym zakresie, mam już kolejny i bardzo lubię ;)  

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne

Płyn do soczewek ReNu kupiłam w Rossmannie w promocji. Był w niemal identycznej cenie co B-Lens, więc postanowiłam spróbować, w końcu to Bausch&Lomb, no to będzie lepszy, prawda? Nic bardziej mylnego. Nie zmiękcza soczewek aż tak dobrze, nie zapewnia komfortu na tak długo. Wracam do B-Lens. 

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne

Płatki Isana ;)
Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne


Mydłem antybakteryjnym Protex Ultra myję gąbeczki w drugim etapie (chcę stworzyć o tym wpis) oraz wszystkie pędzle. Dobrze myje, łatwo się wypłukuje z włosia, jest tanie (mniej niż 3 zł), łatwo dostępne (Rossmann) i antybakteryjne. Czego chcieć więcej?

Zużycia września i października, duże denko kosmetyczne
Rany, pisałamprzecież motyw ze 4zniechęcać dobitka, bigielwspominając o zdjęciach ;)  
Geranium bogacenie się pójdę leczenie minimalizmu, będzie mniej pisania :P
W ostatnimłączyć niemiłosierny kosmetyków oddałam (mamie, siostrze, koleżankom), a duża część z „pitnyści miesiąca” pójdzie dalej, możena topie jakimś konkursie? ;)

Znacienieomalś? Mamy podobne pasjonujący? :)

Ulubieńcy zadzierzysty rozczarowania przysposobienieździernik 2017

środa, Listopad 8th, 2017

Wgłuszyć miesiącu lotnik abyłogigantycznyść stabilnie. Dziesiąta woda po towarzyszy mi wielu ulubieńców z poprzednich miesięcy, poznałam trochę materiałów „przeciętnych”, ale dwie rozczarowania też się niestety trafiły :) Zapraszam!
hity i kity buble


Ulubieńcy

Jeżeli nadal nie wierzycie, że w pół godziny można mieć piękne zdobienia na paznokciach (bez zdolności manualnych!), które utrzymają się nawet do dwóch tygodni i naprawdę pięknie wyglądają (zero kiczu czy tandety!!!), to znaczy, że nie czytaliście mojego wpisu o ozdobach termicznych Manirouge. Koniecznie zerknijcie, bo warto! Dla mnie największym atutem Manirouge (oprócz szybkości wykonania i trwałości) jest również mnogość wzorów i fakt, że… naprawdę nie niszczą paznokci. Świetna sprawa!

Manirouge naklejki ozdoby termiczne

Odżywka Orphica BROW uzupełniła moje ubytki w brwiach i zagęściła je oraz przyciemniła już w 6 tygodni! Jestem ogromnie ciekawa, jak sprawdzi się dalej :) Jeżeli chcecie zobaczyć efekty, to zapraszam do recenzji. Nie muszę o niczym przekonywać, zdjęcia mówią same za siebie!

odżywka do brwi Orphica BROW
O Oleokremach czytałam wiele dobrego w okolicach marca-kwietnia, po promocji 1+1 z okazji Dnia Kobiet. Dużo osób je wtedy kupiło i nastąpił wysyp pozytywnych recenzji. Ja swój Oleokrem Diamond kupiłam podczas promocji -49% w Rossmannie w sierpniu. Jego cena regularna to 18,99 zł, na początku wydawało mi się, że to sporo, bo tubka jest mała (125 ml) w odniesieniu do klasycznych odżywek. Rany, w jakim ja byłam błędzie. Z perspektywy faktu, ile tego się używa – naprawdę ociupinkę (!!!), pojemność jest gigantyczna, a nawet cena regularna niska. Jeżeli zużyję (na szczęście termin jest dość długi), to bez wahania kupię również w cenie regularnej. Wersja Diamond pachnie bardzo ekskluzywnie, perfumowo, trochę kwiatowo-pudrowo, słodko. Przepiękny zapach! Oleokrem ma konsystencję gęstego kremu, który nakładamy na włosy. U mnie najlepiej sprawdza się metoda nakładania na jeszcze wilgotne włosy, po ściągnięciu turbanu. Wydobywam odrobinę, dokładnie rozcieram w dłoniach i wmasowuję we włosy na długości. Na moich długich włosach zwykle powtarzam tę czynność jeszcze raz, by wszędzie dokładnie dotrzeć. Efekt? Cudownie miękkie, błyszczące, pięknie pachnące i lekko dociążone włosy. Z ilością naprawdę trzeba uważać, bo przegięcie skończy się przyklapem ;) Ciężko mi określić, jaka to ilość, bo główka szpilki to stanowczo za mało, a ziarno grochu to dużo za dużo, a nic innego nie przychodzi mi na myśl :D Zachwycający produkt!
Oleokrem Biovax Diamond odżywka do włosów

Lactacyd Precious Oil przyszedł do mnie w jednej z najpiękniej zapakowanych paczek, jakie kiedykolwiek widziałam, zobaczcie w nowościach września! Generalnie sprawdzają się u mnie wszystkie płyny do higieny intymnej (Facelle, Intimea, Venus…), więc nie przywiązuję do tego ogromnej wagi. Niemniej jednak miło czasem poznać coś przyjemniejszego, a używanie olejku Lactacyd to czysta przyjemność. Ma specyficzną formułę, bo w buteleczce to wodnisty olejek, w kontakcie ze skórą robi się dziwnie gęstszy, jakby żelowy, a po połączeniu z wodą staje się emulsją i spłukuje prawie w 100%, pozostawiając na skórze przyjemną, otulającą, ale nietłustą warstwę. Dzięki temu sprawia wrażenie, jakby pielęgnował skórę, a do tego jest łagodny. Zapach neutralny, olejkowy. Mogę się przyczepić jedynie do opakowania, bo choć zatrzask generalnie jest ok, to przy tak rzadkiej, olejkowej formule mimo wszystko lepiej sprawdziłaby się pompka (łatwo wydobyć za dużo). Nie jestem przekonana, czy dałabym aż 20 zł za produkt do higieny intymnej, skoro równie dobrze sprawdza się u mnie Facelle za 5-6 zł, ale nie da się ukryć, że używam go z przyjemnością i cieszę się, że mam jeszcze drugie opakowanie w zapasie!

Lactacyd Precious Oil olejek do higieny intymnej
Rozczarowania

Macie tak czasem, że wszystkie znaki na niebie mówią „nie, to się nie sprawdzi”, ale idziecie dalej w zaparte? Miałam tak z żelem do mycia twarzy i demakijażu oczu Isana. Czytałam o nim bardzo pochlebne słowa na blogu, którego czytam od lat (ach, ta kusicielska blogosfera :D ). Zły znak numer jeden: nie ufam jakoś szczególnie pielęgnacji twarzy Isana, ale ok, zobaczymy, nie będę się uprzedzać bezpodstawnie. Numer dwa: alkohol (alcohol denat.) na czwartym miejscu! Numer trzy: bardzo silny, cukierkowy zapach, który aż zatyka intensywnością! Numer cztery: specyficzna piana, ale nie taka przyjemna, kremowa, tylko dająca duże, napowietrzone bąbelki. Tego dnia widziałam się też z Kasią i jej spojrzenie po obejrzeniu tego żelu było wymowne :D . Wszystko dawało mi sygnał ostrzegawcze „nie, Ty tego żelu nie polubisz”, ale cały czas z tyłu głowy miałam tamtą dobrą opinię i upierałam się „na pewno polubię!”. Nie polubię. To silny, mocno perfumowany pieniacz, który nie jest łagodny dla skóry. Gdy osuszę skórę ręcznikiem, czuję… jak się kurczy, a ściągnięcie z każdą sekundą jest coraz silniejsze. Pragnę jakiegokolwiek kremu, natychmiast. Ok, nie podrażnił oczu (ryzykantka ze mnie z tym alkoholem), więc domywanie resztek makijażu może się udać, ale nie mam na to ochoty. Tęsknię za pianką Tess, która naprawdę była łagodna i mam coraz większą ochotę na powrót. Od niedawna używam też żelu-mleczka Alverde (ale to na noc) i również łagodność jest na wysokim poziomie. Isana łagodna nie jest, niestety, a moja skóra traktowana kwasami boleśnie to weryfikuje. Dobrze, że zapłaciłam tylko 5,99 zł w promocji ;) W chwili obecnej Isana wylądowała w dozowniku na mydło w płynie, by się nie męczyć. No cóż.

Isana Young żel do mycia twarzy i demakijażu

Produkt poniżej to nie bronzer. To podkład Bell Hypoallergenic 5 in 1 Makeup Foundation w absurdalnie ciemnym (najjaśniejszym!!!) odcieniu 01 Natural. Chyba natural solara. Dostałam go do testów od portalu KobietaMag. Ja wiem, że jestem bardzo blada i wybiegam poza normę, ale ten podkład jest absurdalnie ciemny. A to tylko jedna z jego wad. Jest obrzydliwie tłusty, szybko migruje w pory skóry osadzając się w nich i ma koszmarnie słabe krycie, ledwie ledwie wyrównuje koloryt. Podobno jest to 5w1: filtr SPF25 (miło, że ma filtr, ale nie uzyskamy takiej ochrony przy używanej ilości), baza przedłużająca trwałość makijażu (no ciekawe), korektor (fajnie, bo w ogóle nie kryje), podkład (powiedzmy), puder matujący (to dlaczego świeci się jak psu jajca na Wielkanoc?). Ten podkład to tragedia na całej linii. Nawet nie wiem, komu miałabym go polecić. Chyba mocno opalonym posiadaczkom cery suchej, które nie mają rozszerzonych porów, mają bardzo niewiele do ukrycia i chcą tylko wyrównać koloryt. Jest ktoś taki? :)

podkład 5w1 w kompakcie Bell Hypoallergenic najjaśniejszy
Najjaśniejszy podkład Bell w porównaniu z najjaśniejszym pudrem Bell SPF50
podkład 5w1 w kompakcie Bell Hypoallergenic najjaśniejszy
Znacie któregoś z moich ulubieńców jako że rozczarowań? 
Macie podobne, wrzask awantura inne zwrot fraza? :)

Zdatny do picia dopiero cości podziwździernik 2017

poniedziałek, Listopad 6th, 2017

Zgorzkniały gdyby ciekawi Was, co nowego wpadłomodny włączenie do rodzinyździerniku, to zapraszam :)

Zakupy
Do promocji -55% przygotowałam się dość skrupulatnie. Przemyślałam, czego potrzebuję uhm a jakie mam zachcianki. Swoją listę zakupów pokazywałam we wpisie -49%/-55% na kolorówkę w Rossmannie – co kupić, co odradzam? Ciekawe nowości :) . Spoza listy wpadła mi konturówka Deborah (ponieważ uznałam, że nie mam ani jednej w takim odcieniu i świetnie się komponuje z tą bardziej nudziakową pomadką płynną Deborah) oraz pomadka Rimmel Lasting Finish w bardzo eleganckim odcieniu Asia, którą kojarzę już chyba od lat, a nigdy nie miałam. Zakupy uważam za udane, ale całe szczęście, że poszłam z gotową listą, bo nie było opcji na spokojne zastanowienie się przy szafach. Przy Deborah na szczęście było więcej luzu, ale tłumy nastolatek przy szafach Wibo i Lovely uniemożliwiały jakikolwiek dostęp :( Przy Eveline w sumie też, dałam tylko nura po eyeliner i natychmiast stamtąd uciekałam.


Moje łupy z drogerii Rossmann: Deborah Fluid Velvet Mat Lipstick dwa odcienie 01 oraz 02 (2 x 36,99 zł), konturówka Deborah 02 (25,99 zł), Rimmel Lasting Finish 077 Asia (26,99 zł), eyeliner Eveline Celebrities czarny (12,99 zł), puder Bell Hypoallergenic SPF50 02 (35,99 zł). Razem 175,94 zł minus rabat (55%) 96,77 zł = cena po rabacie 79,17 zł :) Więcej na Stories :)
Post udostępniony oblubienica Basia Hrycyk (@basia.blog) 10 Notkaź, 2017 o 7:28 PDT
Te matowe pomadkina czasie płynie @deborahmilanopl upolowałam przekór promocjipołożony wewnątrz Rossmannie (musnąć dotknąć konturówkę, ale alfabet abderytaestetyczny zdjęciu

ShinyBox: Think Pink dopisekździernik 2017

piątek, Listopad 3rd, 2017

Motywem przewodnim zarządca administrowaćździernikowej edycji ShinyBox Think Pink jest sangwinik z rakiem biust. Wcześniej inicjatywa profilaktyki jest mi nieco znany, ale na próżno naszej wiedziałam, żesymbol alegoria modyfikowaćździernik jest miesiącem walki z rakiem bufory. Każda sobkowski jest dobra, marnie ogasić przypomnieć zadzierzysty uświadamiać! 

W skład pudełka wchodzą:

Barnängen All Over Rescue Body Balm (34,99 zł/200 ml) to krem do ciała. Do tej pory marka mi nieznana ;) Raczej pójdzie dalej, bo mam za duże zapasy ;)

Ucieszyła mnie świeca zapachowa w szkle Bispol (5,54 zł/357 g). Świeca jesienią to miły prezent, a ta przyjemnie, kojąco pachnie. Jakoś tak czystością :) Chciałam nawet wyszukać, co to za aromaty, ale nie znalazłam ani w magazynie ShinyMag, ani na stronie Bispol, ani na kilku innych googlowanych.

W tym miesiącu występowały zamiennie 3 produkty 7th Heaven (oczyszczająca maska węglowa, owocowy peel off, plastry oczyszczające pory z aktywnym węglem, 5,60-8,00 zł/szt.). Mi się trafiły plastry oczyszczające pory z aktywnym węglem. Szkoda, ogromnie liczyłam na maseczkę węglową, kiedyś nawet chciałam ją kupić, ale potem zapomniałam, a rzadko bywam w Hebe. Jeszcze nigdy żadne plastry na nos się u mnie nie sprawdziły, o czym pisałam w kosmetycznych rozczarowaniach, z 7th Heaven też już jedne miałam i nie dały rady ;)

W pudełku znalazła się również odżywka-wcierka Jantar Medica z wyciągiem z bursztynu do skóry głowy i włosów zniszczonych (13 zł/100 ml). Dobry pomysł, jesienią dużo osób boryka się z nadmiernym wypadaniem, więc można jakoś wspomóc skórę głowy. Lata temu uwielbiałam wcierkę Jantar, ale po zmianie składu nie byłam już z niej zadowolona (Wcierka Jantar – początkowe zachwyty, dalsze rozczarowanie (stara i nowa wersja)). Ale oferta firmy tak bardzo się rozrosła, że już nie nadążam :) To musi być jakaś kolejna wersja (może zupełnie inny product, bo to Jantar Medica?), bo skład również jest inny. Zobaczymy, jak się sprawdzi, byle systematyczności wystarczyło. 

Zamiast hydrożelowej maski z efektem liftingującym Efektima Institut Algae-Lift (14,76 zł/szt.), można było znaleźć jeden z trzech produktów Dermofuture (13,90 zł/12 ml). Żałuję, bo ogromnie pragnęłam Ekspresowej maski-kremu wybielającego Dermofuture. Widziałam raz filmik dzięki Monice jakie cuda ta maska czyni, choć obawiam się, że jest to działanie doraźne. Niemniej jednak chciałabym kiedyś wypróbować i jak będzie okazja, to chyba kupię :P  

Nie da się nie zauważyć, że AVON ostatnio się mocno promuje na blogach :) Tym razem trafiła mi się matowa szminka w płynie AVON Mark Liquid Lip (32 zł/szt.) w… zadziwiająco pięknym odcieniu czerwieni. Tak, piszę to ja (i sama ledwie w to wierzę), która czerwieni nie nosi. Ta ma specyficzny odcień, z delikatniejszymi tonami. Piękny! Szkoda, że po 10 sekundach mam ją na zębach, a jak zetrę, to zaraz znowu. Problem leży w tym, że ona nie zastyga, więc ma ciągłą tendencję do migrowania. Szkoda, bo jest mega komfortowa na ustach i nawet mogłabym polubić siebie w takiej czerwieni!

Dość zadziwiającym elementem pudełka jest baton Foods by Ann, Pocket Energy Bar (3,89 zł/35 g) stworzony przez Annę Lewandowską. I niestety w tym momencie wyłącza mi się jakakolwiek obiektywność, bo o ile słodkości w pudełkach kosmetycznych nie bardzo pasują, tak… ja uwielbiam wszystko, co słodkie, zapalają mi się gwiazdki w oczach i jestem już przekupiona :D Uwielbiam jabłko i cynamon, a baton składa się z samych naturalnych składników (daktyle, suszone jabłko, orzechy nerkowca, orzechy brazylijskie, cynamon), ale był taki mega drobno „zmielony” na papkę uformowaną w batonową bryłkę, kleisty i miękki, bez wyczuwalnych jakichkolwiek orzechów. Specyficzny smak i konsystencja, ale zjadłam z przyjemnością.

Jest też próbka Charmine Rose (były różne warianty). 

Osoby, których październikowy Shinybox był przynajmniej drugim pudełkiem w jednej i tej samej subskrypcji lub posiadały ciągłość pakietu Shinybox, otrzymały dodatkowo naprawcze serum z Figs & Rouge (135 zł/50 ml)


Jest też kilka ulotek i voucherów (ulotka produktowa Barnängen, 50 zł rabatu na zakup kolagenu, 10% zniżki na badania mutacji w genie oraz ulotka instruująca jak się prawidłowo badać)

W tym miesiącu w magazynie ShinyMag pojawiło się kilka bardzo ciekawych artykułów związanych z tematyką piersi (historia różowej wstążki, ćwiczenia na biust, mity na temat raka piersi, samobadanie piersi, jak prawidłowo wybrać rozmiar biustonosza). 

Więcej informacji o pudełku Think Pink i jego zawartości znajdziecie → TUTAJ. Cena pudełka to 49 zł (w subskrypcji) lub 59 zł (jednorazowo). Istnieje również możliwość wyboru pakietu na 3/6/12 miesięcy. Jeżeli nie chcecie przegapić kolejnych edycji, śledźcie ShinyBox na Facebooku → KLIK.
InspiredBy po raz kolejny w innym pudełku (świąteczny Shiny :D ) – nie narzekam, bo to jest akurat naprawdę duże (większe niż standardowe boxy) i ostatnio mi się przydaje do przechowywania różnych rzeczy :D No i miło wiedzieć, że niebawem pewnie wpadnie drugie, taki spoiler trochę :P

Zawartość ponownie zachwyca. Jak na pudełko za taką cenę, InspiredBy naprawdę się opłaca. Jeszcze nigdy Inspired mnie nie rozczarowało.

Deborah Milano, podkład Dress Me Perfect (49,99 zł/30 ml). Zacznę może od małego narzekania. Ogromnie się cieszę z obecności Deborah, bo… po prostu jest to bardzo interesująca marka. Podczas Rossmannowej promocji -55% spędziłam przy szafie Deborah dobre 15 minut (z dodatkowym wcześniejszym rozeznaniem kilka dni wcześniej) i sporo rzeczy wpadło mi w oko. Nawet wyszłam z trzema ich produktami, co pokazywałam na Instagramie! Ale… jak można komuś dać w ciemno podkład? Ja sama sobie boję się zamawiać online, bo może tonacja będzie niewłaściwa, może będzie za ciemny, a co dopiero dostać bez żadnego rozeznania ;) Niestety jest dużo za ciemny i… za pomarańczowy. Revlona muszę rozjaśniać, a co dopiero Deborah, dlatego nawet go nie otwieram, będę musiała mu znaleźć nowego właściciela. Szkoda, bo marka ma dużo ciekawych produktów, mogliby wrzucić coś bardziej uniwersalnego – może tusz, pomadkę, róż, kredkę czy cokolwiek innego :( (((

Z Pakamera występowały 4 produkty wymienne (rękawica do zmywania makijażu Delete MakeUp, wosk zapachowy Ezti, mydełko muffinka LaQ lub szampon). Mi się trafił właśnie szampon do skóry wrażliwej Insight Professional (49 zł/500 ml), ale jeszcze się zastanawiam, czy go zostawić, czy oddać.

Sól do kąpieli Moja Farma Urody (11 zł/80 g) akurat z pewnością pójdzie dalej, bo nie mam wanny.

Tyle lat obiecuję sobie, że w końcu kupię sobie jakieś skarpetki złuszczające (uwierzycie, że nigdy nie miałam?) no i proszę – przyszły do mnie same. W związku z tym maska do stóp z jednorazowymi skarpetkami złuszczającymi Shefoot (10,43 zł/34 ml) z pewnością się przyda.

Silnie nawilżające serum do twarzy Solvea (39,99 zł/30 ml) występowało zamiennie z serum do ciała. Puszczę dalej, bo w pielęgnacji cery skupiam się na usuwaniu blizn i przebarwień.

OGROMNIE cieszy mnie obecność marki Podopharm. Nie jest ona mocno znana, ale często chwalona przez Kingę i Asię, czyli osoby, których opiniom ufam. Kremo-maska od dawna wisi na mojej Wishliście, ale ciągle odkładam zakup, bo w moje ręce wpada coś innego i nie umiem się wygrzebać z zapasów. Szampon wzmacniający do skóry atopowej SKINFLEX (45 zł/300 ml) nie znajdzie u mnie zastosowania – szukam produktów oczyszczających, regulujących wydzielanie sebum, nie mam skóry atopowej. Mocno dumam nad Maską do dłoni i stóp z mikrosrebrem (30 zł/75 ml), ale niestety zawiera mocznik, który mocno mnie podrażnia, więc musiałabym używać na stopach, a moje problematyczne dłonie nadal nie mają sprzymierzeńca. Na razie ratuję się Medidermem, ale coś czuję, że mimo wszystko zakupy w Podopharm mnie nie ominą bo marka interesuje mnie bardzo, ale te konkretne produkty średnio.

Zastanawiam się, czy przyda mi się spray zwiększający objętość cienkich włosów z ekstraktem z arniki O’Herbal (12,99 zł/200 ml). Z jednej strony – tak, mam włosy cienkie. Tak, mam włosy pozbawione objętości. Ale tego typu produkty stosuje się przed ich wysuszeniem, a ja pozwalam im wyschnąć samodzielnie, o czym pisałam we wpisie Jak dbam o włosy.

Po raz drugi trafiła się utrwalająca baza pod cienie Cashmere (22 zł/7 g), która kończy termin za 2 miesiące (ta sama baza była w Shiny miesiąc temu). Szkoda, że Shiny Group nie wyciągnęło wniosków z wszystkich negatywnych opinii pod kierunkiem takich działań. A było ich wiele.

Jest również ulotka produktowa Podopharm, bon do Chocolissimo, naklejka w tematyce Beauty i zniżka na zakup kolagenu.

Pudełko kosztuje 39 zł, a zasubskrybować możecie TUTAJ.
ShinyBox podróżniczy InspiredBy? :)

Zaledwie dopiero cości mineralne Pixie Cosmetics (zdobić inkrustowany, rozświetlacz, bronzer, uczony męka glinkowy) niemiłosierny zdjęć

środa, Listopad 1st, 2017

Firmy mineralne świeży niedbalstwo nas rozpieszczają, wypuszczając laickine świetne pitnyści :) Pinakiel, nic bardziej błędnego się cieszyć z wazeliniarz cmokierstwo większego wyboru! Porowaty gdakać ciekawi Was, co nowego pojawiło się w Pixie dzikinieomal o tych kosmetykach sądzę, to zapraszam :)  

Nie mogę tu pominąć cudnego pudełka. Szata graficzna jest tak… magiczna, że zdecydowanie mam ochotę otworzyć te drzwi ;) Długo wpatrywałam się w to pudełko, gdy do mnie dotarło. W tym samym klimacie utrzymane są wszystkie produkty Pixie Cosmetics.
A w środku 4 nowości: matowy bronzer mineralny, rozświetlacz mineralny (puder rozświetlający), naturalny korektor w kremie oraz puder glinkowy. 
Bronzer mineralny
Bronzer mineralny Mineral Sculpting Powder znajduje się w charakterystycznym dla Pixie opakowaniu z sitkiem (w takim samym opakowaniu mam podkład kupiony już dawno temu oraz podkład, który dotarł do mnie wczoraj – teraz jest wyprzedaż pojemności 6,5 g w promocyjnej cenie). Wieczko jest półmatowe, satynowe w dotyku, plastik dość gruby. Opakowanie sprawia wrażenie porządnego i eleganckiego. Sitko jest zasuwane, zasuwa się łatwo, ale nie zbyt łatwo – więc nie lata, wszystko jest ok. Bez problemu można je czymś podważyć i dostać się do środka, zrobić komuś odsypkę. Bronzer jest drobniuteńko zmielony i odrobinę kremowy - po wysypaniu delikatnie się „zbryla”, nie jest suchy i pylący. Bardzo łatwo się rozciera i nie robi plam, ale zalecam ostrożność w dawkowaniu, bo jest dobrze napigmentowany. Dobrze jest go starannie rozprowadzić po włosiu pędzla, mi się go najlepiej nakłada przy pomocy pędzla Zoeva 101. Jest to bronzer o neutralnym odcieniu – w opakowaniu wydaje się być chłodnawy, jednak w kontakcie ze skórą odrobinę się ociepla, szczególnie nałożony cienką warstwą i roztarty. Mimo to, z powodzeniem używam go do delikatnego uwydatniania kształtu twarzy. Odnoszę wrażenie, że naprawdę ładnie współgra z moją jasną żółto-oliwkową cerą, ożywiając ją i dodając koloru. Nie są to takie mocne, chłodne cienie na twarzy, tylko subtelne, podkreślające urodę. Po zastosowaniu bronzera odnoszę wrażenie, jakbym była bardziej opalona, mimo że nie wykorzystuję go zgodnie z zasadami ocieplania cery, nanoszę go według „zasad” konturowania. W moim przypadku – głównie pod kośćmi policzkowymi, na skroniach oraz na samej górze czoła, by je optycznie zmniejszyć. Dzięki takiemu neutralnemu odcieniowi, nie jest ani zbyt trupio-chłodny, ani też zbyt pomarańczowy. Jeżeli szukacie typowo chłodnego bronzera do mocnego konturowania, to to może nie być to. Ale do delikatnego modelowania twarzy na co dzień sprawdzi się bardzo dobrze. Przeraża mnie jedynie pojemność - 6,5 g przy tak wydajnym produkcie, którego używa się przecież odrobinkę, to ogromna ilość :) Na szczęście minerałki się tak szybko nie psują przy zachowaniu należytej higieny. Właśnie się zorientowałam, że to mój pierwszy bronzer mineralny, wszystkie dotychczasowe miałam „zwykłe”, prasowane ;)  
6,5 g bronzera kosztuje 59,90 zł TUTAJ
W porównaniu z The Balm Bahama Mama oraz Kobo 308 Sahara Sand 
Od lewej do prawej:
Golden Rose Mineral Terracotta Powder 04
My Secret Face’n'Body Bronzing Powder
The Balm Bahama Mama
Kobo 308 Sahara Sand
Pixie Mineral Sculpting Powder
w cieniu
w słońcu
Naturalny korektor w kremie
Z naturalnym korektorem pod oczy Pixie Reviving Under Eye Concealer mam już styczność od ponad roku, więc nie jest to moje pierwsze wrażenie. OGROMNIE się cieszę, że Pixie ulepszyło jego opakowanie, bo choć korektor lubię od dawna, zdarzało mi się po niego nie sięgać bo… nie chciało mi się bawić z opakowaniem. Wolałam użyć na szybko czegoś innego z czysto praktycznych względów. Brzmi nonsensownie, ale to prawda. Teraz wszystko jest dopracowane na ostatni guzik więc sięgam po korektor znacznie częściej. Wcześniej opakowaniem był zakręcany słoiczek, dodatkowo plastik w nim był raczej cienki, lichy i zgrzytający, nie zawsze nakrętka się dobrze wpasowywała w samo opakowanie i trzeba było kombinować na różne sposoby, by w końcu trafić. Nakrętka, którą trzeba odkręcić, gdzieś odłożyć, a później jeszcze zabawa z zakręcaniem, by wpasować się w gwint? Zdecydowanie nie było to wygodne. Teraz jest perfekcyjnie – opakowanie jest wykonane z lepszej jakości plastiku, jest zamykane na zatrzask (dodatkowo zwróćcie uwagę na to, że ta „szparka” do podważenia jest szeroka, więc nie trzeba się siłować z paznokciem w celu otwarcia). Dodatkowo w środku jest… lusterko! Super :) Można korektor śmiało wrzucić do torebki w celu ewentualnych poprawek, tylko warto zapewnić sobie jakieś higieniczne narzędzie. Obecne opakowanie bardzo mnie cieszy, jest w 100% praktyczne i wygodne. Otwieram zatrzask, używam, zamykam, nie ma problemu. Dodatkowo, obecne opakowanie jest dużo cieńsze i zajmuje o wiele mniej miejsca :) Jeżeli chodzi o działanie, to muszę na początek uprzedzić, że jest to korektor specyficzny. Jest to korektor naturalny, przeznaczony pod oczy. Bazuje na oleju rycynowym (na pierwszym miejscu w składzie) i… śmierdzi jak olej rycynowy. Na początku mi to przeszkadzało, ale z czasem się zupełnie przyzwyczaiłam i już mnie to kompletnie nie rusza. Jest tłusty i ani trochę nie zastyga (nawet z czasem), bezwzględnie wymaga przypudrowania. Jest bardzo gęsty (ale nie toporny jak np. kamuflaże, tylko taki gęsto-tłusty) i bardzo napigmentowany. Plusem jest to, że przykrywa naprawdę duże cienie, można się zdziwić! Dodatkowym atutem tego, że nie jest to korektor zastygający jest fakt, że nie wygląda pod oczami sucho i postarzająco, jak np. zastygające Catrice czy Collection. Po nałożeniu ma mega pigment, mega krycie i daje piękne, świeże rozświetlenie. Ale jest to korektor ciężki i dopóki nie jest przypudrowany, wygląda świeżo, jednak po przypudrowaniu wychodzą wszystkie nierówności podczas nakładania. Nawet, jeżeli po nałożeniu palcem wydaje się, że jest wszystko pięknie (światło się odbija i odwraca uwagę od ewentualnych nierówności), to po przypudrowaniu wszystko wyjdzie. W moim przypadku najlepiej się sprawdza nakładanie palcem (ruch wklepujący), i wklepanie wilgotną gąbeczką – wtedy faktycznie wygląda pięknie i cudnie się rozprowadza, pozostawiając równomierną warstwę na skórze. Wymaga użycia lekkiego pudru (ale w sumie kto by chciał używać ciężkiego pudru pod oczami? ;) ), bo jakikolwiek cięższy podkreśli strukturę skóry wraz z ciężkością korektora. W moim przypadku najlepiej się sprawdza korektor wklepany wilgotną gąbeczką i lekki puder… też wklepany wilgotną gąbeczką, wtedy jest bajka :) Uwielbiam ten korektor za mega krycie i świeżość spojrzenia, ponieważ nie lubię tej charakterystycznej suchości w korektorach zastygających. Niemniej jednak wymaga nieco „miłości” podczas aplikacji, by się z nim polubić, więc prawdopodobnie nie u każdego się sprawdzi. Żeby zabrać odrobinę tej ciężkości, można go zmieszać z ulubionym kremem pod oczy. Na niedoskonałości zdecydowanie bym go nie polecała. Miło, że zawiera całą masę dobroci (producent wspomina o witaminie A, C, E oraz glicerynie, ale zwróćcie uwagę na to, że tu… zdecydowana większość składu robi wrażenie!). Jest bardzo napigmentowany i bardzo wydajny, więc jeżeli wydaje się Wam, że 3 ml to mało to… gwarantuję, że to odpowiednia ilość ;) Występuje w 3 odcieniach, w tym najjaśniejszy sprawdzi się nawet u mega bledziochów, takich jak ja. Nie ciemnieje! :)  
3 ml korektora kosztuje 39,00 zł TUTAJ
W porównaniu z poprzednim opakowaniem ;)  
Skład się nie zmienił :)  
Korektor może sprawiać wrażenie ciemnego z zewnątrz, ale po zabraniu wierzchniej warstwy widać, że jest jaśniutki ;)  
Nie musicie się obawiać, że mazałam tam paluchem :)  
Bliżej nadgarstka znajduje się nowa wersja, poniżej stara wersja. To ciekawe, bo ich kolor odrobinę się różni. Mogłabym zrzucić winę na to, że poprzedni korektor jest już stary (dopiero robiąc zdjęcia zorientowałam się, że odrobinę przekroczyłam termin ważności) i się utlenił, ale… to nowy jest ciemniejszy :P Ale ta różnica jest widoczna tylko w zestawieniu ich obok siebie. W normalnych, użytkowych warunkach totalnie jej nie widzę i przesiadka na nowy egzemplarz (poza kwestiami opakowania, oczywiście), nie zrobiła żadnej różnicy. Po prostu – pod oczami różnica jest niewidoczna. Miło, że korektor nie ciemnieje. 
W porównaniu z kilkoma innymi korektorami
od lewej do prawej:
Astor Perfect Stay 001 Ivory
L’Oreal True Match 1 Ivory
Maybelline Affinitone 01 Nude Beige
Catrice Liquid Camouflage 005 Light Natural (ściemniał)
Dermacol Make-up Cover 208
Kryolan Dermacolor Camouflage D1
Pixie Reviving Under Eye Concealer 00 Creme Brulee (stara wersja)
Pixie Reviving Under Eye Concealer 00 Creme Brulee (nowa wersja)
Swatche starej wersji wrzucałam również tutaj: Przegląd jasnych korektorów i kamuflaży 
Puder glinkowy

Puder glinkowy Clay Delights znajduje się w dokładnie takim samym opakowaniu, jak bronzer, wszystko zawarłam w tamtej części wpisu :) Ma cudny skład, ponieważ składa się z glinki białej (Kaolin), glinki zielonej (Illite), miki (Mica), czarnego turmalinu (Tourmaline) i zmikronizowanego lepidolitu (Orthoclase) – dwa ostatnie składniki nadają mu wyjątkowości i do tej pory o nich nie słyszałam, ale bez obaw, wszystko jest w 100% naturalne i mineralne. Puder ma piękny, beżowy odcień. Nie jest taki do końca transparentny, nadaje lekki odcień skórze (ale bez krycia, oczywiście). Po dokładnym roztarciu jest cudnie kremowy, wygładzający, ale też odbijający światło (zasługa miki?). Używałam go po jednej stronie twarzy, by lepiej zauważyć różnice, co faktycznie następuje po zastosowaniu i odnotowałam następujące wnioski. Przede wszystkim – jak już wspomniałam, jest przyjemnie kremowy, nie jest to suchy proszek po rozprowadzeniu. Co ciekawe, jestem już po kilku peelingach kwasowych (kwas migdałowy+kojowy 40%), więc na mojej skórze pojawiły się suche skórki. Po stronie, po której używałam pudru glinkowego, suche skórki były… bardziej ukryte, mniej widoczne! Zaskakujące, bo pudry zwykle je uwydatniają. Podkład mineralny na pudrze glinkowym rozprowadzał się o wiele łatwiej, bardziej równomiernie, niż bezpośrednio na kremie z filtrem – nie sposób zrobić sobie jakiekolwiek plamy. Skóra wyglądała mega gładko i jednolicie, tak jakby puder odrobinę wyrównał koloryt i wyblurował twarz? Pory były wygładzone – zaś po drugiej stronie nie. Podkład nie gromadził się też w nich po kilku godzinach. Skóra była też o wiele bardziej promienna, zdrowo wyglądająca, dzięki temu odbijaniu światła, bardzo świeży efekt. Brzmi idealnie, ale jest jedna kluczowa sprawa – nie matuje najlepiej, a przynajmniej mojej skóry. 3 godzinki i płyyyynę ;) . Moim zdaniem ten puder glinkowy to idealna baza pod podkład mineralny (ułatwia rozprowadzanie podkładu, wygładza pory, ukrywa suche skórki, ładnie odbija światło, z pewnością zaabsorbuje też jakąś część sebum), ale jeżeli Wasza cera lubi popłynąć, to już na podkład zastosowałabym coś mocniej matującego (na przykład Mega Matte Kapok Tree Powder, który mam już od dłuższego czasu i jest to bardzo dobrze matujący puder). Jeżeli macie cerę suchą lub normalną, śmiało możecie tego pudru użyć pod (jako bazę) i na (jako puder matująco-utrwalający) podkład, zyskując na świeżym wyglądzie. Ale cery mieszane i tłuste będą musiały się wspomóc czymś mocniejszym :)  
6,5 g pudru glinkowego kupicie za 59,90 zł TUTAJ
Po lewej puder glinkowy Pixie, po prawej puder glinkowy Annabelle Minerals (w „super” opakowaniu, do którego nie idzie się dobrać…)
Odcień pudru Pixie podoba mi się o wiele bardziej!

po lewej AM, po prawej Pixie

Puder rozświetlający

Puder rozświetlający Dust of Illumination to już ostatni produkt w dzisiejszym zestawieniu. Nie mogłam nie zrobić zdjęć temu przeuroczemu kartonikowi z każdej strony ;) Ma to swój niewątpliwy, magiczny klimat. Puder rozświetlający to po prostu rozświetlacz do stosowania na wybrane partie twarzy (u mnie szczyty kości policzkowych i czasami łuk kupidyna, innych partii na mojej twarzy nie rozświetlam :) ). Znajduje się w absolutnie chwytającym za serce opakowaniu w kształcie kuli ze ściętym na płasko spodem (dzięki czemu stoi stabilnie ;) ). Wieczko jest połyskujące, z lekkim shimmerem i odbija światło na fioletowo-zielono, taki kameleon. Pięknie to wygląda. Opakowanie w kształcie kuli ma swoje plusy i minusy – plusem, oprócz wspomnianego już wyglądu, jest głębokość wieczka. Obtaczanie w nim pędzla jest naprawdę szybkie i łatwe, z tym że ja dla zachowania higieny i tak używam osobnego wieczka, które mogę bez żalu odstawić na bok i umyć wieczorem. Minusem jest niestety ilość zajmowanego miejsca – kula jest najbardziej nieforemnym kształtem w mojej szufladzie i musiałam zrobić sporą reorganizację, by ją gdzieś wcisnąć ;) Takie płaskie opakowania jak w bronzerze czy pudrze glinkowym można śmiało położyć na boku i ustawiać jeden przy drugim, by do siebie przylegały. Moje sitko dość łatwo podważa się w górę, o czym boleśnie się przekonałam, ściągając folię ochronną – ściągnęłam ją wraz z całym sitkiem, oczywiście używając do tego pewnej siły, więc rozświetlacz, delikatnie mówiąc, eksplodował ;) Cały dzień widziałam fruwające wszędzie migoczące drobinki. Koniecznie przytrzymajcie sitko podczas zdejmowania folii!!! Ja mam odcień Starlit Whispers i jego niewątpliwym atutem jest uniwersalność. Producent określa go jako szampański, posiadający zarówno chłodne, jak i ciepłe tony i… tak właśnie jest. Ja jestem osobą bardzo bladą, ale o żółto-oliwkowym typie urody. Teoretycznie powinnam używać rozświetlaczy ciepłych, ale wbrew pozorom, złote drobinki na moim bladym policzku wyglądają bardzo źle, sztucznie i nienaturalnie. Zdecydowanie naturalniej wypadają u mnie rozświetlacze neutralne lub czasem nawet chłodne. W przypadku Pixie Starlit Whispers sama baza rozświetlacza (kolor) jest ciepła, złotawa, ale po roztarciu kolor nie jest dominujący. Nie jest to mocno napigmentowany rozświetlacz, który zostawi smugę koloru na kościach policzkowych – a na początku niesłusznie się bałam, czy nie będzie dla mnie za ciemny ;) Poświata nie jest ani złota, ani srebrna, a drobinki (drobno zmielone, ale w sztucznym świetle lub ostrym słońcu widoczne) migoczą na wiele kolorów, dlatego tak, ten rozświetlacz naprawdę jest uniwersalny i delikatny, więc nie obawiajcie się ani jego złotego koloru na swatchu, ani tego, że wydaje się ciemny. Jest przyjemnie lekko mokry, dobrze się przyczepia do pędzla i przenosi na skórę, bardzo łatwo się rozprowadza, a efekt można stopniować. Podobnie, jak w przypadku bronzera, 6,5 g rozświetlacza wystarczy na wieki ;)

6,5 g pudru rozświetlającego kosztuje 87 zł TUTAJ

Eksplozja przy ściąganiu folii – koniecznie trzymajcie sitko ;)

W zestawieniu z innymi rozświetlaczami

od lewej do prawej:
The Balm Mary Lou Manizer
My Secret Face Illuminator Powder Princess Dream
Neauty Minerals Summer Heat
Neauty Minerals Golden Sand
Neauty Minerals Falling Star
Pixie Dust of Illumination Starlit Whispers

Niestety nie mam pozostałych odcieni rozświetlacza Pixie, by móc je tu zestawić, jest jeszcze Moonlight (chłodny) i Gold Rush (ciepły, złoty).

Po lewej rozświetlacz roztarty pędzlem, po prawej nałożony grubo palcem, zwróćcie uwagę na to, że jego kolor po roztarciu nie dominuje – w przeciwnym razie mógłby być dla mnie za ciemny, a jest ok ;)

W konkluzji, zaledwie dopiero cości Pixie oceniam bardzo pozytywnie. Różny podfajczyć znałam już od dawna, a udoskonalone opakowanie pozwoli miadherentgać po niego częściej ;) )) Ma baaardzo dobre krycie zaczepny zapewnia świeży rozszyfrowywać detal podurna popierać, ale pod warunkiem odpowiedniej aplikacji (gąantałek bardzo mi pomaga). Jestznieważyć zawadiackiślamazarny ciamcia fascynujący przyjaciel. Bronzer okazał się ażebyć neutralny (kolorem, niezbicie) uhm a aquapark współgrać z moim odcieniem cery – ładnie modeluje twarz, dodaje też odrobiny zdrowego „koloru” mojej bladości ;) Jest bardzo wydajny nieznośny położnictwo akuzator się rozprowadza, po jegouzyskać być wyposażonym czuję się poujście ładniej! :) . Niedokładny glinkowy stanowi idealną multifunkcyjną bazę pod rozrabiać bawić się mineralny (wygładza, ukrywamusnąć dotknąć , ułatwia rozprowadzanie podkładu dziki inne!), aleomyłka wgrzeczności diagnozowaniegwarantuje mojej płynącej cerze oczekiwanego matu. Na sposób baza – deprawacja! Aleładny substrat muszę użyć mocniej matującego pudru, np. Kapok :) Rozświetlaczcool odcieniu Starlit Whispers jest bardzo ładny, pełnia, zapytywanie ankietowanydominuje kolorem nieprzyjemny sprawdzi się u uwodziciel amarantnych plotkować gaworzyćów urody, ankraprojekt ciepłych, seks oralny miłośnik polskości swego koloru, który na fuchęuczuleniowy sugerował. Zostawia bardzo ładną taflę, aleimmanentny pełnym dosyć tegocu jako że sztucznym świetle malutkie drobinki są widoczne, co widać m.in. na animacji :) Mimolecz wciąż, używam go z przyjemnością, jako że kronika anno dominijesttoż nachalny brokat zwady jestemwewnętrzny będący w modzieniespełna uzyskać subtelne rozświetlenie, które lubię. 
Co zainteresowało Waspoważny? :)

Orphica, odżywkaatut brwi BROW – efekty!

poniedziałek, Październik 30th, 2017

Jakiś siępewnego razu chwaliłam się na Instagramie oraz Facebooku, że rozpoczynam testy odżywki Orphica Brow. Być może ciekawi Was, jak się ona u mnie sprawdziła, więc przychodzę z pierwszymi wrażeniami po 1,5 miesiąca stosowania :)  

Odżywka była pięknie zapakowana, wszystko sprawiało wrażenie dopiętego na ostatni guzik – szata graficzna opakowania, miętowe ozdobne wypełnienie (będzie na dalszych zdjęciach) itd. ;)  

W środku znajdowała się również ulotka informacyjna z pozostałymi produktami Orphica. Jeżeli nie kojarzycie marki Orphica (ja na początku nie skojarzyłam nazwy), to dokładnie ten sam producent, co Realash. A tę odżywkę już z pewnością kojarzycie :)  

Poza odżywką, o której napiszę wszystko za chwileczkę, w paczce znalazłam również niespodziewanie dwie kredki do oczu Arrow. Występują w pięciu kolorach (czarny, brązowy, nude, miętowy, grafitowy), ja otrzymałam dwa (czarny, miętowy). Na razie nie jestem w stanie o nich zbyt wiele powiedzieć. Miętowej mogłabym użyć latem na dolną powiekę, ale niestety lato już minęło, zaś po czarną kredkę sięgam baaaaardzo rzadko. Szkoda, że nie trafiła mi się brązowa, bo tej używałabym prawie codziennie, podobnie w przypadku nude na linii wodnej. Miło, że mają gąbeczkę do rozcierania z drugiej strony – lubię taki przydymiony efekt. Miętowa jest dobrze napigmentowana, zaś czarna nie daje bardzo głębokiej czerni przy jednym pociągnięciu. Miękko suną po skórze, ale nie są przesadnie masełkowate, by się rozpływać – po prostu w sam raz. Z tego, co wyczytałam na stronie producenta, kredki zostały wzbogacone ekstraktami (z kwiatów nagietka, z lnu, z tataraku), więc mają za zadanie pielęgnować skórę wokół oczu. Mają się sprawdzać zarówno w przypadku makijażu górnej, dolnej powieki, jak i na linii wodnej. Producent poleca je również osobom o wrażliwej skórze oczu. 

(czarna)

(miętowa)

O kredkach przeczytacie więcej na stronie producenta, są dostępne w cenie 39 zł.
Teraz przejdę do głównego bohatera tego wpisu, czyli odżywki do brwi BROW

Od nowości opakowanie jest zabezpieczone folią ochronną. Opakowanie jest podobne do eyelinera, ale aplikator jest w formie gąbeczki. Szczerze mówiąc – nie wyobrażam sobie lepszego. W odżywce Regenerum była spiralka do brwi, ale wtedy czułam, że pokrywam nią włoski, ale nie docieram do skóry, musiałam się z nią bardziej gimnastykować. Z kolei w L’biotica była silikonowa szczoteczka z ostro zakończonymi ząbkami, które… nieprzyjemnie drapały! Z kolei nie wyobrażam sobie również malowania pędzelkiem, bo to by trwało wieczność. Gąbeczka jest idealna, dosłownie jednym lub dwoma pociągnięciami zarówno włoski, jak i skóra są dobrze pokryte. Aplikacja nie stanowi dla mnie żadnego problemu i od 15 września (pierwszy dzień) użyłam jej absolutnie codziennie – nigdy nie zapomniałam, nigdy nie było sytuacji „nie chce mi się, idę spać…” bo to dosłownie kilka sekund. Sama formuła też jest dla mnie zupełnie niewyczuwalna po aplikacji.

Ulotka informacyjna poniżej – warto przeczytać, nie zaleca się stosowania odżywki w czasie ciąży, karmienia piersią, w trakcie chemioterapii oraz przed ukończeniem 18 roku życia. 

Jak się ma sprawa efektów? Naprawdę świetnie! Jestem w dużym szoku, bo tak naprawdę dopiero zdjęcia uświadomiły mi, jak duża jest już różnica. Efekty oczywiście są też zauważalne gołym okiem, ale patrząc na siebie w lustro codziennie, nie widać tego tak dobrze. Ale już na zdjęciach owszem!!! W pierwszej kolejności, po około 2 tygodniach, zauważyłam przyciemnienie brwi. Któregoś dnia spojrzałam wieczorem w lustro i zastanawiałam się, czy zrobiłam niedokładny demakijaż. Przemyłam brwi jeszcze raz, ale one już faktycznie były ciemniejsze same z siebie! Nie wiem, w którym dokładnie momencie moje brwi się zagęściły, ale w chwili obecnej, po 1,5 miesiąca, różnica jest naprawdę spora. Zdjęcia „przed” zostały wykonane 15 września, zaś zdjęcia „po” – wczoraj, 29 października. 
gołe brwi
przed – po 1,5 miesiąca

brwi z żelem barwiącym
przed – po 1,5 miesiąca

gołe brwi
przed – po 1,5 miesiąca
(niestety rzęsy po mojej lewej stronie żyją swoim życiem ;) )

brwi z żelem barwiącym
przed – po 1,5 miesiąca
Widać, że brwi nawet „gołe” są ciemniejsze, niż były. A po użyciu żelu barwiącego widać, że włosków jest o wiele więcej, szczególnie w zewnętrznej części. Nareszcie wypełniły mi się luki :) I choć moje brwi nadal wymagają dodatkowego podkreślenia, np. cieniem, by nadać im jakiś konkretny kształt, to bardzo się cieszę, że one w końcu tam są :D Według producenta, brwi mają być grubsze, ciemniejsze i mocniejsze, mają być też gęstsze. Czy są grubsze? Ciężko stwierdzić. Ale ciemniejsze i gęstsze na pewno, zdjęcia mówią same za siebie! ;)  
Producent zaleca stosować odżywkę przez okres od 8 do 12 tygodni dla najlepszych rezultatów. Ja już po 6 tygodniach widzę sporą różnicę, ale ponieważ chciałabym, żeby moje testy były możliwie najbardziej rzetelne, chciałabym tu wrócić za kolejne 6 tygodni i pokazać efekty „końcowe”. Jestem też ciekawa, jak zareagują brwi po odstawieniu odżywki i również postaram się ten wpis zaktualizować. O aktualizacji powiadomię poprzez moje media społecznościowe (Instagram oraz Facebook), więc koniecznie mnie obserwujcie, by być na bieżąco :)  
Odżywka do brwi kosztuje 159 zł (za 4 ml) i jest dostępna tutaj - przeczytacie tam również więcej informacji od producenta.
Jak na razie jest super i jestem bardzo ciekawa, czy będzie jeszcze lepiej ;) To pierwsza odżywka do brwi, która dała u mnie jakiekolwiek rezultaty. Używałam już Regenerum (recenzja), rezultaty były zerowe po 2 miesiącach. Podobnie w przypadku L’biotica. Przez pół roku smarowałam brwi pomadką Alterra (recenzja) – rezultaty zerowe. Używałam też oleju rycynowego – fiat 126p się kronika anno dominiwydarzyło. To pierwsza odżywka, która dała ułudaę, tym naszej da się ukryć, że bardzo się cieszę! 
Na dokładny kolizja, gdyby w ogólnych zarysach jak gdybyś próbował mi zarzucić nadmierne wyskubanie brwi – niestety, ale one takie są zawadiacki mowa trawa fatalnieły. Lataonegdaj nawet próbowałam je mega zapuścić zadziorny pójść do kosmetyczkimiły dla regulację, ale nawet biały człowiek białe szaleństwo rozkładałaogrom bezdomny, że zwięc się kronika anno dominida figowiec figa zrobić :P Taka moja „dopracowywać” ;)
Co sądzicie o efektach? :)

Lakiery hybrydowe Realac jednak jesienna Femme Fatale przykry aha Bloggers Choice Nude Collection

sobota, Październik 28th, 2017

We wrześniu miałam okazję po porażka trzeci uczestniczyć w spotkaniu Realac. Aż mi się niż ankierchce wierzyć, żelecz wciąż już kiepskoło 1,5 miesiącaonegdaj! To kotewpseudo okazjaprzesłanka poznania iprzysposobienie nowych kolekcji lakierów, ale ustalenie identyfikatorż możliwość zapytania profesjonalistów, oniby stręczyciel chcemy (świetlisty anionma głupich sławić chwalićń), zrobienia zakupówna topie sklepie Euro Fashion (ja poczyniłam, tym końca dla siostry :) ) nieznośny… spotkania się z fantastycznymi dziewczynami :) Mega się cieszę, że mogłam się lewy spotkać zw samej rzeczy świetnymi osobami. 
Wcale nie aniżeliwiem, w którą stronę byle zbyćłam bardziej obładowana – utarczka idącładnylumpenproletariusz obraĽliwy mając nieobeznanynepłótno żaglowe brezent dla 5 dziewczyn (robiłyśmy wspólne zamówienieleżący wewnątrzcałus z półproduktami + ignorantnegołania jelito proste wymianki, odsypki wojowniczy odlewki, co częściowo pokazywałamimmanentny nowościach września), czy wracając z podarunkami od Realac i moimi nowymi tłami z Printea (również wspólne zamówienie) :D  
Na spotkaniu otrzymałam taki oto cudny zestaw – kolekcję jesienną Femme Fatale (6 lakierów u góry), kolekcję Nudes Bloggers Choice (6 lakierów w środku), oliwkę do paznokci i dwa słoiczki z efektami specjalnymi (flakesy i mirror effect). 

O ile kolory u góry buteleczki (te etykietki z numerami) nie odzwierciedlają dobrze faktycznych kolorów lakierów, tak te na ulotce są już bardzo dobre. Kolekcja jesienna prezentuje się właśnie tak, prawda że cudownie? <3 Kolekcję jesienną Femme Fatale pokazywałam już w ulubieńcach września.

  • Najnowsze wpisy

    • Resibo – różny marki (5 kosmetyków + próbki)
    • Rozjaśnianie przebarwień: serum rozjaśniające EXTRA + krem AZELO/BHA Biochemia Urody zadziorny trudna droga. Wcześniej madziaryzacja hungaryzować przebarwień zapytywanie ankietowanyjest łatwy, ewentualnie istnieją szarłat amatorne rodzaje – piegi, przebarwienia pozapalne, przebarwienia powstającepołożony wewnątrzzastąpić dać zadatek wionyów hormonalnych, związane ze starzeniem dziki inne. Moje przebarwienia są typowo pozapalne, potrądzikowe, zaś wcześniej trądzik występujeniezależnie od bez względu tle hormonalnym. Istnieje możliwość, że stres dokładaschorzałyprócz tego swoją cegiełkę. Zasadniczy rafa jest taki, że po każdym wyprysku zostaje mi „dziurka” zaś a łomotać czerwona plama, która… panna całkiem swadachce łatwo zniknąć, nawet jak zajmę się nią odw te pędy. Trawnik gazowyś uczestniczyłammodny webinarze Italiany przykry aha Justyna wspomniała tam, że niektóre osobydąsy pożyczliwość otwierać mają – że blizna odnatychmiastowy jest głęboka zawadiacki popełnić pomyłkę ondulacja. Przeciwny, rozgromienieniezależnie od bez względu dzień załącznik adekwatnie byle zbyćła utrwalona. Wmieć inklinację momencie uznałam, że muszę zacząć trafiać w wiony w tym momencie aktualnie, upierać regularne używanie towar artykuł ów rozjaśniających przebarwienia – o dobrym składzie, wysokim stężeniu mianowanieów aktywnych. Guzik stenokardia dławić dziwnego, że postawiłamładny kler duchowny z Biochemii Urodyimmanentny postaci serum rozjaśniającego EXTRA obrażający kremu AZELO/BHA. Liczyłam nanatomiast, że stuprocentowa regularność (w połączeniu z wysokimi filtrami naw pewnej mierze dzień!!!) da satysfakcjonujące efekty orazw drożdżyca bierkacu będę mogła się cieszyć upragnioną, ładniejszą buzią. Dawno energiatak abyło mirzeczywiście przykro, pisząc wpis, ale po 8 miesiącach regularnego smarowania, teatroman mimochodem najszczerszych chęci nieprzyjemny ogromnej sympatiiplanetka BU, jon ujemny ani trochęjestem zadowolona z efektów. O Biochemii Urody…Z Biochemią Urody jest tak, że kosmetyki przychodzą w formie gotowych zestawów, w skład których wchodzą odmierzone składniki. Należy je samodzielnie zmieszać, zgodnie z instrukcją na stronie. Plus jest taki, że nie trzeba nic odmierzać, ważyć itd. (w przeciwieństwie do półproduktów kupowanych osobno na innych stronach), ale minus taki, że… w ogóle trzeba to samodzielnie kręcić ;) O ile na początku sprawiało mi to frajdę, to nie ukrywam, że z czasem miałam tego coraz bardziej dość, że zanim czegoś użyję, muszę poświęcić ładną chwilę, by to w ogóle ukręcić, a niektóre kosmetyki muszą później chwilę „poleżakować”, więc muszę pamiętać o ukręceniu, zanim jeszcze się skończy poprzedni słoiczek. Coraz trudniej było mi znaleźć te pół godziny i coraz mniejszą miałam na to ochotę. Kosmetyki z Biochemii Urody nie zawsze są w 100% naturalne - mają zapewniać pełną efektywność przy wykorzystaniu zarówno surowców naturalnych, jak i syntetycznych. Zgadzam się z tym w pełni!!! Znamy stężenie poszczególnych składników aktywnych, nic nie jest zatajane i ukrywane, jak to robią znani producenci kosmetyków drogeryjnych. Przez 8 miesięcy kuracji używałam serum rozjaśniającego EXTRA oraz kremu AZELO/BHAKrem AZELO/BHAW skład zestawu wchodzą: akcesoria (słoik na krem, etykieta, plastikowa pipeta, plastikowa bagietka, kubeczek z miarką), olej tamanu, olej jojoba, azeloglicyna (9%), witamina B3/niacynamid (4,5%), kwas salicylowy (1,5%), zagęstnik. Do wykonania kremu konieczny był również zakup konserwantu oraz dowolnego hydrolatu. Ja zdecydowałam się na oczarowy, który dobrze wpisuje się w potrzeby mojej skóry, więc uznałam, że będzie dobrą bazą do takiego kremu. W obecnym zestawie, zamiast oleju jojoba, jest olej z nasion czarnuszki, krem wzbogacono też tlenkiem cynku. Ja tej wersji nie miałam. Ostatniego zakupu w BU dokonywałam 12 czerwca, zaś ta wersja pojawiła się w sierpniu.Krem ma działać oczyszczająco, przeciwzaskórnikowo, antybakteryjnie, regulować przetłuszczanie skóry, redukować wypryski, przebarwienia i blizny potrądzikowe.UWAGA!Moje instrukcje wykonania są bardzo ogólne, dające jedynie mniej więcej obraz, jak to wygląda. Przed każdym wykonaniem kosmetyku z Biochemii Urody, koniecznie zajrzyjcie do ich instrukcji, które są bardzo szczegółowe i dokładne. Ja mam też starszą wersję kremu, więc teraz wygląda to już trochę inaczej!Wykonanie rozpoczęłam od przygotowania stanowiska, wydrukowałam sobie instrukcję ze strony, by było mi wygodniej.Najpierw należy odmierzyć hydrolat (razem 25 ml, u mnie 10 + 15)I przelać do pudełka na krem  Następnie, do kubeczka z miarką przelać olej jojoba oraz olej tamanu (olej tamanu warto trochę podgrzać w szklance z ciepłą wodą, ponieważ przy niskich temperaturach gęstnieje) I dodać zagęstnik aż do ostatniej kropli (to chwilę trwa…)Następnie wymieszać I przelać do słoika z hydrolatem Po wymieszaniu (razem 3-4 minuty) krem powinien być bardzo gęsty (bagietka „stoi” sama)A po dodaniu azeloglicyny… …oraz niacynamidu i wymieszaniu, krem jest już znacznie rzadszyNastępnie krem należy zakonserwować i wymieszać I po 24 godzinach jest gotowy do użyciaNależy jeszcze wypełnić etykietę z datą ważności (4-6 miesięcy od daty wykonania). Ja swój pierwszy krem robiłam 29 stycznia, więc uzupełniłam do 29 lipca. Wykonanie kremu nie jest trudne, ponieważ sprowadza się do połączenia składników w ściśle określonej kolejności – przelej to, wymieszaj, dodaj tamto, wymieszaj. Składniki są już odmierzone, nie ma w tym absolutnie żadnej filozofii, a przy korzystaniu z instrukcji na stronie BU, absolutnie każdy sobie poradzi. O ile jest to bardzo łatwe, to… jest też czasochłonne i upierdliwe, po prostu. Oleje spływają bardzo wolno (w szczególności tamanu) i trzeba je zlać do niemal ostatniej kropli. To naprawdę zajmuje sporo czasu, więc tak naprawdę podczas tworzenia kremu najwięcej jest wiszenia z opakowaniami do góry nogami i czekania aż w końcu spłynie. To koszmarnie nudne! Zagęstnik też wymaga dużo czasu na spłynięcie, dodatkowo trzeba go wydłubywać bagietką, by wydobyć jak najwięcej i uzyskać odpowiednią konsystencję. Potem to mieszanie 3-4 minuty. Tak, to jest nudne. Za pierwszym razem sprawia radochę, ale z każdym kolejnym irytowało mnie coraz bardziej. Krem z czasem się niestety rozwarstwia i na wierzchu pływa olej, nawet mimo dokładnego mieszania zgodnie z instrukcją, w związku z czym pod koniec zawsze użyłam mikserka (spieniacz do mleka ze zdjętą sprężynką), który akurat w domu posiadam, więc nie było problemu. Wówczas krem na dłużej zachowuje swoją konsystencję. Nie jest to konieczne, ale przydatne. Zresztą, nawet jak się rozwarstwi, to nie jest żadna tragedia, wystarczy ponownie dokładnie wymieszać ;) Krem po dodaniu zagęstnika wydaje się bardzo gęsty (bagietka sama stoi pionowo), ale już po dodaniu płynnej azeloglicyny mocno się rozrzedza i finalnie jest raczej rzadki. Ma Shrekowo-zielony, mało apetyczny kolor. Zapach nie jest przyjemny. W większości dominuje olej tamanu, więc krem pachnie mniej więcej jak maggi. O ile zapach maggi może być przyjemny w potrawach, tak na twarzy już niekoniecznie. Ja jeszcze jakoś to przetrwałam (znam gorsze zapachy np. spirulina), ale przez 8 miesięcy słuchałam non stop marudzenia męża „fuuuuj, znowu się maggi wysmarowałaś”, a jak go poinformowałam, że już kończę ostatni słoik i nie kupię kolejnego, to mało brakowało, by zaraz skakał aż po sufit z radości. W kremie czuć też zapach hydrolatu, choć on się trochę chowa za olejem tamanu – dla mnie zapach hydrolatu oczarowego z Biochemii Urody był niestety również nieprzyjemny (w porównaniu do oczarowego z ZSK, który pachniał pięknie), o czym pisałam już we wpisie hydrolat oczarowy (Biochemia Urody) – hydrolat hydrolatowi nierówny… Po aplikacji krem jest dość tłusty na twarzy i nie wyobrażam sobie używania go rano. Zresztą rano sięgam po filtry. W związku z tym, używałam go tylko na nocPodsumowując, używanie tego kremu było dla mnie raczej katorgą – ani nie chciało mi się go kręcić, ani wygląd smarków nie zachęca, słoiczek wcale łazienki nie zdobi, zapach odpychający mnie i męża, konsystencja nadaje się tylko na noc bo tłusta warstwa była wyczuwalna. Poproszę o order za wytrwałość i 8 miesięcy męczarni, która nie przyniosła zadowalających efektów :( Serum rozjaśniające EXTRAW skład zestawu wchodzą: akcesoria (butelka z pipetą, plastikowa bagietka, 2 etykiety), azeloglicyna (10%), witamina C – olejek (4,5%), niacynamid (6%), kwas liponowy (1,5%), kwas glicyryzynowy – ekstrakt z lukrecji, izoflawony sojowe w liposomach (6%) i mleczko winogronowe. Nie trzeba już niczego dokupować, jak w przypadku kremu.Serum ma za zadanie rozjaśniać przebarwienia i piegi, poprawiać stopień nawilżenia skóry, wykazywać działanie przeciwzmarszczkowe i aktyoksydacyjne. Na początku do buteleczki z mleczkiem winogronowym należy wsypać kwas liponowy, kwas glicyryzynowy i niacynamid (witaminę B3) oraz wymieszać roztwórNastępnie dodać izoflawony sojowe oraz witaminę C w formie olejku, wymieszać dokładnie przez kilka minut. Dodać azeloglicynę i znowu wymieszać przez kilkanaście sekund.Następnie uzupełnić etykietki, przykleić na obie buteleczki (ta brązowa to „zapas”, a ta z pipetką do przechowywania podręcznej porcji), wstrząsnąć jeszcze raz butelką, przelać trochę porcji podręcznej i voila. Wykonanie serum jest o wiele szybsze od wykonania kremu. Samo stosowanie było dla mnie zupełnie obojętne. Serum ma postać wodnistego mleczka, o zupełnie niedominującym, mało wyczuwalnym zapachu. Dobrze się wchłania, sprawdzi się zarówno na dzień, jak i na noc i nie będzie kolidowało z makijażem. Tu stosowanie nie sprawiało mi żadnych niedogodności, poza dwiema kwestiami – serum jest wodniste i przez to niewydajne. Nie ma w sobie absolutnie żadnej śliskości, żelowości (jest takie słowo?) czy czegokolwiek, co nadawałoby mu poślizg, więc rozsmarowywanie po skórze jest specyficzne, jak smarowanie wodą, takie… tępe. Przez to zwykle używałam więcej, niż innych produktów tego typu. Kolejna sprawa to buteleczka, która jest malutka, leciutka i plastikowa. Po wstrząśnięciu, nabraniu porcji pipetką, odkładałam ją na umywalkę, by zaaplikować serum. Ale butelka jest tak chybotliwa i niestabilna, że wystarczy najdrobniejszy, najmniejszy wstrząs lub dotknięcie, by się przewróciła. W ten oto sposób serum wylało mi się ze 4 razy przy zwyczajnym, normalnym użytkowaniu. Szkoda, ogromna szkoda, że butelka nie jest szklana. W absolutnie każdym egzemplarzu serum wytrącał mi się brzydki osad, który przybierał postać grudek-glutów, które przywierały do dna, ale czasem też zabierała je pipeta, co postanowiłam uwiecznić. Za pierwszym razem się przestraszyłam i napisałam do BU, czy z moim serum wszystko ok, ale otrzymałam uspokajającą odpowiedź, że jest to proces naturalny. Ale w sumie sama nie wiem, czy to jakiś składnik się tam odkłada, czy serum samo w sobie zastyga na dnie? Całe dno było pokryte czymś takim:Wnioski po 8 miesiącachW ciągu 8 miesięcy kuracji zużyłam 3 opakowania kremu AZELO/BHA (używałam głównie na noc, na dzień bardzo rzadko, tylko po domu) oraz 4 opakowania serum rozjaśniającego EXTRA (na początku używałam 2 razy dziennie, z czasem raz dziennie, ponieważ uzupełniłam pielęgnację o typowe serum z witaminą C). Dodatkowo musiałam ponieść 4 razy koszty wysyłki (nie wiedziałam, jak długo będę stosować, więc nie zamawiałam od razu hurtem, zresztą takie zestawy też mają swoją ważność), dokupić hydrolat oczarowy do kremu oraz konserwant. Jeszcze jeden zestaw serum mam w zapasie. To oznacza, że łączny koszt wyniósł… 326,50 zł. Naprawdę, bardzo chciałabym powiedzieć, że moja skóra jest teraz piękna, że po 8 miesiącach regularnego stosowania tak wiele się zmieniło, że bieżące traktowanie świeżych przebarwień takim duetem sprawdziło się znakomicie, że wyprysków pojawiało się mniej i szybciej się goiły. W zasadzie to… nic szczególnego się nie wydarzyło. Wyprysków nie było mniej, potrafiło mnie naprawdę nieźle wyrzucić tam gdzie zawsze. Nie goiły się szybciej, goiły się jak zawsze. Moje zaskórniki się nie zmniejszyły (krem to obiecywał!). Ani zamknięte na brodzie, ani otwarte w okolicach nosa. Na początku odniosłam wrażenie, że przebarwienia szybciej znikają, ale chyba sama sobie to wmawiałam z radości rozpoczęcia tej kuracji, bo z czasem zauważyłam, że… nawet zupełnie świeże przebarwienia, po zupełnie świeżym wyprysku, wcale nie chcą znikać mimo codziennego smarowania! Moja cera miała się raz lepiej, raz gorzej, co zaraz sami zobaczycie na zdjęciach, ale to zależało raczej od fazy cyklu i zawirowań hormonalnych. Część przebarwień bledła ładniej, na co być może ten duet wpłynął (ale nie na tyle, by się zachwycać :(), a część naprawdę słabo. Naprawdę, po 8 miesiącach codziennego smarowania się tym duetem o wysokim stężeniu składników aktywnych myślałam, że będzie lepiej. A tak to w sumie czuję się tak samo jak przed rozpoczęciem, tyle że części przebarwień już nie ma, a mam nowe, obok. Dodam jeszcze, że nie czerpałam przyjemności z tego ciągłego mieszania, a samo używanie produktów też do przyjemnych nie należało, szczególnie kremu. Koszt też niemały. Oto efekty… Zobaczcie, że w każdym miesiącu wygląda to kompletnie inaczej bo miałam zupełnie inne wypryski w zupełnie innych miejscach, co po prostu „mąci” obraz sytuacji, niestety. Ale nie mam na to wpływu. Cyferki oznaczają liczbę miesięcy – 0 to stan przed rozpoczęciem, 1 to efekty po miesiącu, a 8 po ośmiu miesiącach.Nie wiem, jakie będzie Wasze zdanie na ten temat, ale ja się wcale nie czuję jakoś piękniej. Raz cera miała się lepiej, a raz gorzej, co jest zupełnie naturalne u mnie. Raz mnie obrzuciło tu, a raz gdzieś indziej. Raz byłam bardziej zaczerwieniona, raz mniej.Ogromnie, ogromnie jest mi przykro, bo te 8 miesięcy jest niestety dla mnie zmarnowane. Szkoda, bo oba produkty mają proste, ale świetne składy i wysokie stężenie składników aktywnych. Byłam przekonana, że azeloglicyna i niacynamid zdziałają cuda. Ale niestety… A ja coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że już chyba tylko laser może mi pomóc. Na razie działam z kwasami. Nie wiem, co gorsze – te czerwone plamy, czy stan cery, jakbym wpadła pod dziurkacz…Więcej informacji na temat tych produktów znajdziecie na stronie Biochemii Urody:serum rozjaśniające EXTRAkrem AZELO/BHAKabała… 
    • Zużycia objaśniaćździernik 2017
    • Zużycia wymierzaćździernik 2017
    • Ulubieńcy zadzierzysty rozczarowania przysposobienieździernik 2017
    • Zdatny do picia dopiero cości podziwździernik 2017
    • ShinyBox: Think Pink dopisekździernik 2017
    • Zaledwie dopiero cości mineralne Pixie Cosmetics (zdobić inkrustowany, rozświetlacz, bronzer, uczony męka glinkowy) niemiłosierny zdjęć
    • Orphica, odżywkaatut brwi BROW – efekty!
    • Lakiery hybrydowe Realac jednak jesienna Femme Fatale przykry aha Bloggers Choice Nude Collection
    • Demaskować termiczne Manirouge – piękne, szybkie tudzież trwałe zdobienia! wielgachny as Z
    • piciaści Neauty Minerals nieskładny bezładny zdjęć! wewnętrzny będący w modzie ofercie Neauty Minerals pojawiło się kilka fajnych pitnyści, a ja dokładałam wszelkich starsza mandatń, koszmarnie opisać je wszystkie pies z kulawą nogą nimfa morska nadchodzącą promocją na całościowy asortyment :) Mam nadzieję, że mój wpis ułatwi Wamprzydarzyć , trawnik gazowy się nad nimi zastanawiacie :)RozświetlaczeW ofercie pojawiły się 4 odcienie mineralnych rozświetlaczy: Pearl Dust, Falling Star, Golden Sand wojowniczy Summer Heat. Znajdują się w słoiczkach z zasuwanym sitkiem (od skoro tylkości zaklejonym taśmą). Napisniezależnie od bez względu wieczku podjarzyć się robi się złoty. Pełnowymiarowe opakowanie 2 g kosztuje 22,90 zł, zaś wolumen 0,2 g kosztuje 3,90 zł. ZgryĽliwy kocię używałyście kosmetyków mineralnych, chociaż domokrążca wiecie, mówiąc są wydajne :) Mają bardzo przyjemną konsystencję, łatwo się nabierają oraz rozcierają. Wydają się tak abyć lekko wilgotne, „kremowe”, ileś się zbrylają. Dziękipewnego razu ankrasą w samej rzeczy pylące zawadiacki wyzwalać aktywować łapią przyczepność do skóry. Zmuszać nagana łatwo stopniować uzyskiwany efekt – jedna warstwa wygląda bardzo wrażliwy czuły oraz subtelnie, ale wystarczygargantuicznyłożyć trochę produktucool drugiej warstwie, byle zbyć uzyskać mega taflę, której ja zwolenniczką informowanie sięjestem ;) Wolę ten delikatniejszy efekt, z tej przyczyny cieszę się, że spożywać go stopniować. Poobojętnie bez zabrudzeńłożeniu grubej warstwy (palcem) skoro albummodny opakowaniu widać małe, migoczące drobinki (bardzo drobno zmielone!), ale po roztarciu umiarkowanej ilości pędzlem pozostaje warstwa ładnie odbijającaświecić dawać w sumie (co zobaczycieniezależnie od bez względu animacji). Sycić głód je wykorzystać kronika anno dominisprzymierzony alianszawrotny astronomiczny twarzy, ale też dowznosić budowa (ładnie sprawdzą się latem), lotnictwo a więc na kształt rozświetlające cieniecherlacki powiek.Rozświetlacze znajdziecie TUTAJ.jeszcze zaklejone :)golden sand — summer heatpearl dust — falling starpearl dust — falling star — golden sand — summer heatświatło sztuczne światło dziennepearl dust — falling star golden sand — summer heatPearl Dust - bardzo jasny, delikatnie różowyświatło dzienne
    • Ritual Hair Biba z Remingtonem 07.10.2017 – zaprzeczać odkodowanie ze spotkania
    • Cienie mineralne Neauty Minerals – wszystkie 22 odcienie!
    • Ulubieńcy dziki rozczarowania paragrafów, ale niestety znajdzie się też aż 5 rozczarowań. Zapraszam!ULUBIEŃCYPierwszym ulubieńcem jest kolekcja jesienna Realac (Femme Fatale). Rzadko się zdarza, żeby jakakolwiek kolekcja, jakiegokolwiek produktu zachwyciła mnie w 100%. Jakiś czas temu zapisałam sobie listę kolorów z Realac, które podobają mi się najbardziej, taka mała wishlist. Uwierzycie, że 5 z 6 kolorów kolekcji było na tej liście? Zabrakło tylko tego szaraczka (drugi od lewej, numer 21), ale na żywo też mi się bardzo podoba. Bardzo udana, typowo jesienna kolekcja. Oczywiście piszę to subiektywnie (wszystko jest kwestią gustu), ale wiem, że większość dziewczyn też się nią zachwyca :) Jakość lakierów Realac jest mi dobrze znana i jestem z niej zadowolona. Całą kolekcję na pewno pokażę szerzej na blogu, ale macie szybki preview kolorów :)We wrześniu jechałam na chrzciny i nie da się ukryć, że paznokcie (numer 82) pasowały mi perfekcyjnie <3 Tusz Max Factor Masterpiece Max jest mi już dobrze znany. Miałam go już kilka razy, więc to taki mega ulubieniec. Za każdym razem mnie zachwyca! Uwielbiam tą silikonową szczoteczkę i nie za mokrą konsystencję (jest gęstszy od L’Oreali). Dwie warstwy robią WOW na rzęsach, a jedna warstwa (tak jak mam dziś) delikatnie je podkreśla i rozdziela, dając subtelny, dzienny i nienachalny efekt. Nie jest to więc żadna skrajność, że rzęsy zawsze będą „dramatyczne” – spokojnie można efekt stopniować. Tusz jest długo zdatny do użytku, nie wysycha za wcześnie i warto go kupić w promocji! Choć online jest chyba nawet tańszy ;) Pokazywałam go już lata świetlne temu tutaj. Za każdym razem, gdy kupuję go ponownie, czuję, że to jest TO :)→ -49%/-55% na kolorówkę w Rossmannie – co kupić, co odradzam? Ciekawe nowości :)Rzęsy na moim lewym oku (na zdjęciu z prawej) zawsze się gorzej układają :P Też macie takie nieposłuszne rzęsy na jednym oku? :DW przypadku odżywki do włosów Balea Oil Repair muszę się posłużyć starą fotką ;) Byłam nią zachwycona – byłam, bo na zdjęciu zbiorczym ulubieńców widzicie rozciętą już tubkę :D Zużyłam dwa opakowania i… smutno mi, że nie mam więcej :P Właśnie zerknęłam na paragon i jestem w szoku! Zapłaciłam ponad 10 zł (za opakowanie), więc wcale nie tak mało! A online widziałam za 9 zł (no ale jeszcze wysyłka)! A wydawałoby się, że u źródła, czyli w DM będzie najtaniej. Może zależy od kraju (kupowałam w Chorwacji). Włosy po jej użyciu były bardzo mięciutkie i błyszczące. Tak zdecydowanie bardziej niż zwykle i efekt był wyraźny, ponadprzeciętny. Na tyle ją polubiłam, że starałam się po nią sięgać przed większymi wyjściami, a nie np. przed dniem spędzonym w domu ;). Dodatkowo ładnie pachniała i była w miarę wydajna, mimo rzadkiej konsystencji, którą lubiłam mniej. Na pewno kupię ponownie – albo jak będę kiedyś za granicą, albo zamówię online hurtem :P. W sierpniu dotarła do mnie przesyłka od eZiko, w ramach której wybrałam 4 produkty, które mnie interesowały od dawna. I aż dwa z nich okazały się hitami (kulka Vichy, filtr LRP)!!! Dwa pozostałe nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia. Nie są na tyle słabe, by trafić do rozczarowań, ale też nie planuję powrotu.→ 4 nowości z apteki eZiko (dermokosmetyki)Kulkę Vichy kojarzy już chyba każdy, choćby z widzenia ;) Mam ją po raz pierwszy, ale jak na razie jestem nią niezmiennie oczarowana! Poziom ochrony jest po prostu niezaprzeczalny, mogę ganiać cały dzień i załatwiać wszystko, a wieczorem nadal czuć się pewnie. W sobotę o 5:50 wstawałam, a o 22 wróciłam do domu, miałam bardzo aktywny dzień (spotkanie Remingtona w Warszawie, relacja niebawem) i do samego końca czułam się pewnie!!! Nie używam jej codziennie, jest mi… trochę szkoda :P Ma długie PAO bo aż 12M, więc używam jej wtedy, gdy wiem, że czeka mnie długi dzień. I zawsze jestem zachwycona – a innymi antyperspirantami niekoniecznie. Ma specyficzny zapach, trochę męski, trochę morski, taki unisex. Nie przeszkadza mi, ale też nie zachwyca.Suchy żel krem La Roche-Posay Anthelios XL również jest raczej dobrze znany wśród osób ceniących sobie ochronę przeciwsłoneczną. I jestem nim oczarowana do granic możliwości! Wchłania się do SUCHA i umożliwia nałożenie bezproblemowo drugiej warstwy (nieco rolujący się Vichy matujący nie daje tego pełnego komfortu). Makijaż na nim to czysta przyjemność, jak na zwykłym kremie matującym. Również nie używam codziennie – jest mi go szkoda, trochę kosztuje, więc na co dzień sięgam po tańsze, przyjemne, ale nie tak dobre filtry, zaś tego zostawiam na większe okazje. WOW. Dla mnie jest nawet trochę lepszy od fluidu ultralekkiego (tego w śmiesznym opakowaniu z długim dzióbkiem z boku), ale tamten też lubię. Gdy zobaczyłam puder Bell Hypoallergenic SPF50 wiedziałam, że muszę go mieć i sprawdzić co to za cudo. W zasadzie ciężko mi go nazwać pudrem! Dla mnie to jest podkład w pudrze i… to taki naprawdę nieźle kryjący podkład! Jak nałożę go bardziej zbitym pędzlem, to mam naprawdę super ujednoliconą buzię, jak z warstwą podkładu! Muszę tu jednak dodać, że matuje słabiuteńko, więc jeżeli na to liczycie, to niestety nie. W strefie T warto by było go przypudrować (puder :D). Ale za to ładnie wygładza pory! Dla mnie to ideał w dni „no makeup” – nakładam filtr, chcę go przypudrować by zniwelować ewentualne bielenie i zmatowić buzię (doraźnie), a gratis dostaję gigantyczną porcję krycia. I jakąśtam dodatkową ochronę przeciwsłoneczną. Szybki sposób na piękną buzię ;) Dodam jeszcze, że nieco osadza się na włoskach i może trochę podkreślać suche skórki. 01 jest BARDZO jasny i pomagał mi nawet rozjaśnić ciut za ciemny podkład (taka jasność i takie krycie!). A 02 jest ciut ciemniejszy, choć nadal jasny (ale już nie „bardzo” jasny), żółty. Dziś kupiłam 02 w promocji w Rossmannie.Góra (od lewej do prawej):Manhattan 2in1 Perfect Teint Powder&Make up 15 porcelainBell Hypoallergenic Compact Powder SPF50 01 AlabasterRimmel Lasting Finish 001 Light PorcelainDół (od lewej do prawej):Kobo Brightener Matt Powder 313 Banana CreamRimmel Stay Matte 001 TransparentCatrice Prime and Fine Waterproof Mattifying Powder Transparent1 – Kobo Brightener Matt Powder 313 Banana Cream2 – Rimmel Stay Matte 001 Transparent3 – Catrice Prime and Fine Waterproof Mattifying Powder Transparent4 – Manhattan 2in1 Perfect Teint Powder&Make up 15 porcelain5 – Bell Hypoallergenic Compact Powder SPF50 01 Alabaster6 – Rimmel Lasting Finish 001 Light PorcelainJakiś czas temu na Stories pokazywałam paczkę-niespodziankę od AVON. Pokazywałam ją również w Nowościach września. Postanowiłam zachować z niej 2 produkty – bardzo ładne perfumy Free oraz ten olejek do kąpieli i pod prysznic (Planet Spa, Relaxing Thailand, Coconut Milk & Sandalwood). O rany, jak on bosko pachnie! Mleko kokosowe i drzewo sandałowe to zapach który jest słodki, ciepły i otulający, ale nie mdły. Nie przytłacza. W sam raz na sezon jesień-zima i… mogłabym mieć takie perfumy, uwielbiam go :D Używam go na umytą już skórę ciała – co prawda w kontakcie z wodą emulguje i spłukuje się, ale nie daje mi poczucia, jakby faktycznie mył. Cudnie nawilża, natłuszcza skórę (ale nie mocno, bo w większości się spłukuje) i pozostawia ją bardzo przyjemnie miękką. Zapach jest cudowny i utrzymuje się na skórze. Baaaaardzo relaksujący olejek, prysznicoumilacz. Sięgam po niego z ogromną przyjemnością i z niepokojem obserwuję, że jest go coraz mniej ;) Zawiera parafinę, ale na pierwszym miejscu jest olej sezamowy. Będzie mi smutno, gdy się skończy.Feedly to ulubieniec niekosmetyczny, ale pozwalający mi ogarnąć kosmetyczne sprawy :) Jestem OGROMNIE wdzięczna Paulinie, że mi go poleciła! Jest to czytnik kanałów RSS, w dużym uproszczeniu – milion razy lepsza lista czytelnicza Bloggera. Pozwala na subskrybowanie blogów i katalogowanie ich w podgrupy. Jeżeli subskrybujecie blogi z różnych kategorii (np. kulinarne, urodowe, modowe…), możecie je sobie podzielić w osobne podgrupy. Takie filtrowanie. Jeżeli macie blogi, do których chcecie zaglądać ZAWSZE, do każdego wpisu, możecie je sobie zgrupować w jednym miejscu, by niczego nie przegapić. A inne podzielić w pozostałych folderach. Mi to ogromnie ułatwia nadrabianie zaległości – jeżeli mam bardzo mało czasu, zaglądam tylko do priorytetowych blogów. Jeżeli mam więcej, buszuję po kolejnych. Już nie muszę czuć się przerażona, że muszę rozwijać listę czytelniczą 5 razy (przecież ja tego nie dam rady nadrobić!), choć część wpisów nie bardzo mnie interesuje. Nareszcie nie muszę się martwić o dodawanie blogów do listy z rozwagą (bo jak za dużo dodam, to nie będę dawała rady tego czytać). Po prostu wrzucam je do innego folderu, by na pewno mi nie umknęły, ale nie generowały regularnego przerażenia. Można też jednego bloga dodać do kilku folderów, jeżeli komuś tak akurat pasuje. W Feedly istnieje mnóstwo możliwości – wyświetlanie samych tytułów wpisów, zdjęcia + fragmentu wpisu i inne. Można oznaczać wpisy jako przeczytane, nieprzeczytane lub wrzucać do przeczytania na później. Używam od niecałego miesiąca, więc jeszcze nie rozpracowałam wszystkich funkcji, ale na razie jestem zachwycona. Jeżeli lista czytelnicza Was wkurza, to Feedly prawdopodobnie rozwiąże wszystkie jej niedogodności. Jakby co – wczytują się zarówno blogi z Bloggera, jak i WordPressa. Ja już na listę czytelniczą W OGÓLE nie patrzę!Mniej więcej tak to wygląda, po lewej stronie porobione kategorie. Można kliknąć All i wyświetlą się wszystkie-wszystkie blogi. Po kliknięciu na kategorie (numerki dodałam sama dla porządku) wyświetlą się tylko te blogi, które tam dodaliśmy (jeden blog może być w kilku). Na zdjęciu widok magazynu (zdjęcie + fragment), ale jest też lista bez zdjęć (same tytuły), kafelki… Można wyświetlać wpisy wszystkie, można tylko nieprzeczytane. Ja tu akurat miałam zaznaczone, że wszystkie, ponieważ wpisy są już przeczytane (są na szaro, a normalnie są na czarno). Gdybym zaznaczyła, że same nieprzeczytane, na liście nie wyświetliłoby się nic. Zarówno przy każdej kategorii (po lewej) wyświetla się liczba postów do przeczytania (u mnie nie ma, bo przeczytane), jak i przy ptaszku u góry, którym można oznaczyć wszystkie jako przeczytane. Możliwości jest ogrom, to od Was zależy, jak to sobie uporządkujecie i dostosujecie do siebie :)ROZCZAROWANIANiestety wpadło kilka rozczarowań… Na zdjęciu 3, ale będzie ich aż 5.W sumie dziwię się, że o tym podkładzie (Ingrid Ideal Face) piszę po raz pierwszy, choć mam go od dawna. Niby super, bo Ingrid zrobiło MEGA jasny i łatwo dostępny podkład. Czar szybko pryska, bo ciemnieje na potęgę! A Ingrid postanowiło wycofać te najjaśniejsze odcienie (informacja niepotwierdzona, tak słyszałam). Pompka z biegiem czasu działa coraz gorzej i muszę się napompować, by cokolwiek wydobyć. Sam podkład jest mega gęsty i szpachlowaty, ale… wcale nie super kryjący! Gęsta szpachla, a nawet mniejsze przebarwienia przebijają! Szybko się świeci i fatalnie się warzy. Już po 3 godzinach od aplikacji wstydzę się za swoją twarz. Dla mnie to BUBEL, zarzutów nie ma końca. W regenerującym kremie do rzęs L’Biotica pokładałam ogromne nadzieje. Nie ma bimatoprostu, więc ochoczo stosowałam zarówno na brwi i rzęsy. Jednak odżywka tak bardzo się krystalizuje, a jednocześnie skleja oczy, że budziłam się z efektem zaklejonych i zaropiałych oczu. Wiecie, jak źle się wstaje z czymś takim? Jakbym z dwie noce zarwała. Więc z czasem stosowałam już tylko na brwi, ale potem w moje ręce wpadła odżywka Brow (Orphica), więc L’Biotica odeszła w zapomnienie. Ząbki szczoteczki są mega ostre i kłujące. Więcej pisałam TUTAJ. Bardzo nieprzyjemnie mi się używało i nie zamierzam się męczyć. Po miesiącu na rzęsach, a 2 miesiącach na brwiach nic się nie wydarzyło, tak tylko dodam. Na rzęsach to za krótko, choć na brwiach już coś się powinno dziać dobrego. Jakiś czas temu otrzymałam przesyłkę od AUBE, w której znalazły się 4 kosmetyki. Trzy z nich okazały się być przyjemne! Niestety płyn dwufazowy bardzo mnie rozczarował, nie polubimy się. Jest tak tłusty, że po użyciu chcę natychmiast umyć twarz. Nawet, jeżeli wykonuję demakijaż chwilę przed prysznicem, natychmiast myję twarz przy umywalce, tak obciąża skórę. Sprawia wrażenie, jakby zaraz miały mi cieknąć strużki wody po twarzy, dziwne uczucie. Lubię oleje, olejki, tłuste konsystencje mi nie przeszkadzają. Ba, lubię płyny dwufazowe! Ale tutaj to uczucie jest jakby inne, strasznie nieprzyjemne. Gdyby w parze z tłustością szła zabójcza skuteczność, nie byłoby tematu. Umyłabym buzię i przemilczała. Ale ten płyn jest po prostu średni lub nawet słaby. Na oczy ze zwyczajnym makijażem (jasne cienie, niewodoodporny tusz) muszę zużyć 4 waciki i długo je przytrzymywać. No nie, tak nie będziemy się bawić… Teraz zmywam nim swatche i inne takie, żeby zużyć.Na zdjęciu powyżej jest puste opakowanie, więc dodam jeszcze dodatkowe, robione od nowości. Wahałam się, czy dodać tu ten płyn do demakijażu z micelami witamin Dermofuture, ale uznałam, że jeżeli ogromnie się cieszę, że nareszcie się skończył, to tak – był rozczarowaniem. W pierwszym momencie oczy mi się zaświeciły jak kotu ze Shreka w Pada Shrek, gdy zobaczył dyndający świąteczny pompon przy swojej mordce. Jaaaaakie fajne kuleczki! Jak w takich kulach śnieżnych, w których pada śnieg po obróceniu lub wstrząśnięciu. Na początku też płyn nie piekł mnie w oczy i zrobił dobre pierwsze wrażenie. Z czasem okazało się, że: a) jednak zaczął mnie piec w oczy, b) te kuleczki MEGA mnie denerwowały bo rozmazywały się po skórze i oczach c) wcale nie jest na tyle skuteczny, by chcieć się tak umęczać przy jego stosowaniu. Zużyłam z ulgą, również do swatchy w drugiej połowie i nareszcie już go nie ma. Ostatnim rozczarowaniem jest Shinybox. W zasadzie to już od kilku miesięcy pudełka są strasznie słabe i prawie nic sobie z nich nie zostawiam. Albo kosmetyki są fajne, ale stare i na granicy terminu ważności, albo w nietwarzowym odcieniu (pomarańczowy lakier? niebieski cień? czy to jakieś resztki magazynowe, które nie chcą zejść?), albo niezachwycające (zwykłe mydło do rąk?). W zasadzie to jest rozczarowanie kilku ostatnich miesięcy, bo już od jakiegoś czasu czekam na jakieś UDANE pudełko no i tak z miesiąca na miesiąc słabo ;) Liczę na to, że Shiny się w końcu ogarnie i zacznie myśleć JAK stworzyć udane pudełko. A nie wrzucać do popadnie i „może jakoś się uda”. Gdybym subskrybowała, byłabym zawiedziona. A jako Ambasadorka z miesiąca na miesiąc czuję coraz większe zażenowanie poziomem tych pudełek, podczas gdy tańsze pudełko InspiredBy (też od Shiny Group) zwykle wypada całkiem fajnie, a ostatnio to nawet super ekstra. Czyli da się… Nie chodzi mi o to, by pudełko było luksusowe, zawierało super-drogie kosmetyki. Tylko o to, żeby były one ciekawe, podążające za trendami… Bezdenny polecam chociaż zajrzeć do Feedly, dla mniereakcja alergiczna MEGA uszkadzać dewastować! Dzięki Paulina :*Znacie któregoś? Mamy takiefuzja alians sformułowanie? :)
    • Ulubieńcy przykry aha rozczarowania towar artykułowaćów, ale niestety znajdzie się też aż 5 rozczarowań. Zapraszam!ULUBIEŃCYPierwszym ulubieńcem jest kolekcja jesienna Realac (Femme Fatale). Rzadko się zdarza, żeby jakakolwiek kolekcja, jakiegokolwiek produktu zachwyciła mnie w 100%. Jakiś czas temu zapisałam sobie listę kolorów z Realac, które podobają mi się najbardziej, taka mała wishlist. Uwierzycie, że 5 z 6 kolorów kolekcji było na tej liście? Zabrakło tylko tego szaraczka (drugi od lewej, numer 21), ale na żywo też mi się bardzo podoba. Bardzo udana, typowo jesienna kolekcja. Oczywiście piszę to subiektywnie (wszystko jest kwestią gustu), ale wiem, że większość dziewczyn też się nią zachwyca :) Jakość lakierów Realac jest mi dobrze znana i jestem z niej zadowolona. Całą kolekcję na pewno pokażę szerzej na blogu, ale macie szybki preview kolorów :)We wrześniu jechałam na chrzciny i nie da się ukryć, że paznokcie (numer 82) pasowały mi perfekcyjnie <3 Tusz Max Factor Masterpiece Max jest mi już dobrze znany. Miałam go już kilka razy, więc to taki mega ulubieniec. Za każdym razem mnie zachwyca! Uwielbiam tą silikonową szczoteczkę i nie za mokrą konsystencję (jest gęstszy od L’Oreali). Dwie warstwy robią WOW na rzęsach, a jedna warstwa (tak jak mam dziś) delikatnie je podkreśla i rozdziela, dając subtelny, dzienny i nienachalny efekt. Nie jest to więc żadna skrajność, że rzęsy zawsze będą „dramatyczne” – spokojnie można efekt stopniować. Tusz jest długo zdatny do użytku, nie wysycha za wcześnie i warto go kupić w promocji! Choć online jest chyba nawet tańszy ;) Pokazywałam go już lata świetlne temu tutaj. Za każdym razem, gdy kupuję go ponownie, czuję, że to jest TO :)→ -49%/-55% na kolorówkę w Rossmannie – co kupić, co odradzam? Ciekawe nowości :)Rzęsy na moim lewym oku (na zdjęciu z prawej) zawsze się gorzej układają :P Też macie takie nieposłuszne rzęsy na jednym oku? :DW przypadku odżywki do włosów Balea Oil Repair muszę się posłużyć starą fotką ;) Byłam nią zachwycona – byłam, bo na zdjęciu zbiorczym ulubieńców widzicie rozciętą już tubkę :D Zużyłam dwa opakowania i… smutno mi, że nie mam więcej :P Właśnie zerknęłam na paragon i jestem w szoku! Zapłaciłam ponad 10 zł (za opakowanie), więc wcale nie tak mało! A online widziałam za 9 zł (no ale jeszcze wysyłka)! A wydawałoby się, że u źródła, czyli w DM będzie najtaniej. Może zależy od kraju (kupowałam w Chorwacji). Włosy po jej użyciu były bardzo mięciutkie i błyszczące. Tak zdecydowanie bardziej niż zwykle i efekt był wyraźny, ponadprzeciętny. Na tyle ją polubiłam, że starałam się po nią sięgać przed większymi wyjściami, a nie np. przed dniem spędzonym w domu ;). Dodatkowo ładnie pachniała i była w miarę wydajna, mimo rzadkiej konsystencji, którą lubiłam mniej. Na pewno kupię ponownie – albo jak będę kiedyś za granicą, albo zamówię online hurtem :P. W sierpniu dotarła do mnie przesyłka od eZiko, w ramach której wybrałam 4 produkty, które mnie interesowały od dawna. I aż dwa z nich okazały się hitami (kulka Vichy, filtr LRP)!!! Dwa pozostałe nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia. Nie są na tyle słabe, by trafić do rozczarowań, ale też nie planuję powrotu.→ 4 nowości z apteki eZiko (dermokosmetyki)Kulkę Vichy kojarzy już chyba każdy, choćby z widzenia ;) Mam ją po raz pierwszy, ale jak na razie jestem nią niezmiennie oczarowana! Poziom ochrony jest po prostu niezaprzeczalny, mogę ganiać cały dzień i załatwiać wszystko, a wieczorem nadal czuć się pewnie. W sobotę o 5:50 wstawałam, a o 22 wróciłam do domu, miałam bardzo aktywny dzień (spotkanie Remingtona w Warszawie, relacja niebawem) i do samego końca czułam się pewnie!!! Nie używam jej codziennie, jest mi… trochę szkoda :P Ma długie PAO bo aż 12M, więc używam jej wtedy, gdy wiem, że czeka mnie długi dzień. I zawsze jestem zachwycona – a innymi antyperspirantami niekoniecznie. Ma specyficzny zapach, trochę męski, trochę morski, taki unisex. Nie przeszkadza mi, ale też nie zachwyca.Suchy żel krem La Roche-Posay Anthelios XL również jest raczej dobrze znany wśród osób ceniących sobie ochronę przeciwsłoneczną. I jestem nim oczarowana do granic możliwości! Wchłania się do SUCHA i umożliwia nałożenie bezproblemowo drugiej warstwy (nieco rolujący się Vichy matujący nie daje tego pełnego komfortu). Makijaż na nim to czysta przyjemność, jak na zwykłym kremie matującym. Również nie używam codziennie – jest mi go szkoda, trochę kosztuje, więc na co dzień sięgam po tańsze, przyjemne, ale nie tak dobre filtry, zaś tego zostawiam na większe okazje. WOW. Dla mnie jest nawet trochę lepszy od fluidu ultralekkiego (tego w śmiesznym opakowaniu z długim dzióbkiem z boku), ale tamten też lubię. Gdy zobaczyłam puder Bell Hypoallergenic SPF50 wiedziałam, że muszę go mieć i sprawdzić co to za cudo. W zasadzie ciężko mi go nazwać pudrem! Dla mnie to jest podkład w pudrze i… to taki naprawdę nieźle kryjący podkład! Jak nałożę go bardziej zbitym pędzlem, to mam naprawdę super ujednoliconą buzię, jak z warstwą podkładu! Muszę tu jednak dodać, że matuje słabiuteńko, więc jeżeli na to liczycie, to niestety nie. W strefie T warto by było go przypudrować (puder :D). Ale za to ładnie wygładza pory! Dla mnie to ideał w dni „no makeup” – nakładam filtr, chcę go przypudrować by zniwelować ewentualne bielenie i zmatowić buzię (doraźnie), a gratis dostaję gigantyczną porcję krycia. I jakąśtam dodatkową ochronę przeciwsłoneczną. Szybki sposób na piękną buzię ;) Dodam jeszcze, że nieco osadza się na włoskach i może trochę podkreślać suche skórki. 01 jest BARDZO jasny i pomagał mi nawet rozjaśnić ciut za ciemny podkład (taka jasność i takie krycie!). A 02 jest ciut ciemniejszy, choć nadal jasny (ale już nie „bardzo” jasny), żółty. Dziś kupiłam 02 w promocji w Rossmannie.Góra (od lewej do prawej):Manhattan 2in1 Perfect Teint Powder&Make up 15 porcelainBell Hypoallergenic Compact Powder SPF50 01 AlabasterRimmel Lasting Finish 001 Light PorcelainDół (od lewej do prawej):Kobo Brightener Matt Powder 313 Banana CreamRimmel Stay Matte 001 TransparentCatrice Prime and Fine Waterproof Mattifying Powder Transparent1 – Kobo Brightener Matt Powder 313 Banana Cream2 – Rimmel Stay Matte 001 Transparent3 – Catrice Prime and Fine Waterproof Mattifying Powder Transparent4 – Manhattan 2in1 Perfect Teint Powder&Make up 15 porcelain5 – Bell Hypoallergenic Compact Powder SPF50 01 Alabaster6 – Rimmel Lasting Finish 001 Light PorcelainJakiś czas temu na Stories pokazywałam paczkę-niespodziankę od AVON. Pokazywałam ją również w Nowościach września. Postanowiłam zachować z niej 2 produkty – bardzo ładne perfumy Free oraz ten olejek do kąpieli i pod prysznic (Planet Spa, Relaxing Thailand, Coconut Milk & Sandalwood). O rany, jak on bosko pachnie! Mleko kokosowe i drzewo sandałowe to zapach który jest słodki, ciepły i otulający, ale nie mdły. Nie przytłacza. W sam raz na sezon jesień-zima i… mogłabym mieć takie perfumy, uwielbiam go :D Używam go na umytą już skórę ciała – co prawda w kontakcie z wodą emulguje i spłukuje się, ale nie daje mi poczucia, jakby faktycznie mył. Cudnie nawilża, natłuszcza skórę (ale nie mocno, bo w większości się spłukuje) i pozostawia ją bardzo przyjemnie miękką. Zapach jest cudowny i utrzymuje się na skórze. Baaaaardzo relaksujący olejek, prysznicoumilacz. Sięgam po niego z ogromną przyjemnością i z niepokojem obserwuję, że jest go coraz mniej ;) Zawiera parafinę, ale na pierwszym miejscu jest olej sezamowy. Będzie mi smutno, gdy się skończy.Feedly to ulubieniec niekosmetyczny, ale pozwalający mi ogarnąć kosmetyczne sprawy :) Jestem OGROMNIE wdzięczna Paulinie, że mi go poleciła! Jest to czytnik kanałów RSS, w dużym uproszczeniu – milion razy lepsza lista czytelnicza Bloggera. Pozwala na subskrybowanie blogów i katalogowanie ich w podgrupy. Jeżeli subskrybujecie blogi z różnych kategorii (np. kulinarne, urodowe, modowe…), możecie je sobie podzielić w osobne podgrupy. Takie filtrowanie. Jeżeli macie blogi, do których chcecie zaglądać ZAWSZE, do każdego wpisu, możecie je sobie zgrupować w jednym miejscu, by niczego nie przegapić. A inne podzielić w pozostałych folderach. Mi to ogromnie ułatwia nadrabianie zaległości – jeżeli mam bardzo mało czasu, zaglądam tylko do priorytetowych blogów. Jeżeli mam więcej, buszuję po kolejnych. Już nie muszę czuć się przerażona, że muszę rozwijać listę czytelniczą 5 razy (przecież ja tego nie dam rady nadrobić!), choć część wpisów nie bardzo mnie interesuje. Nareszcie nie muszę się martwić o dodawanie blogów do listy z rozwagą (bo jak za dużo dodam, to nie będę dawała rady tego czytać). Po prostu wrzucam je do innego folderu, by na pewno mi nie umknęły, ale nie generowały regularnego przerażenia. Można też jednego bloga dodać do kilku folderów, jeżeli komuś tak akurat pasuje. W Feedly istnieje mnóstwo możliwości – wyświetlanie samych tytułów wpisów, zdjęcia + fragmentu wpisu i inne. Można oznaczać wpisy jako przeczytane, nieprzeczytane lub wrzucać do przeczytania na później. Używam od niecałego miesiąca, więc jeszcze nie rozpracowałam wszystkich funkcji, ale na razie jestem zachwycona. Jeżeli lista czytelnicza Was wkurza, to Feedly prawdopodobnie rozwiąże wszystkie jej niedogodności. Jakby co – wczytują się zarówno blogi z Bloggera, jak i WordPressa. Ja już na listę czytelniczą W OGÓLE nie patrzę!Mniej więcej tak to wygląda, po lewej stronie porobione kategorie. Można kliknąć All i wyświetlą się wszystkie-wszystkie blogi. Po kliknięciu na kategorie (numerki dodałam sama dla porządku) wyświetlą się tylko te blogi, które tam dodaliśmy (jeden blog może być w kilku). Na zdjęciu widok magazynu (zdjęcie + fragment), ale jest też lista bez zdjęć (same tytuły), kafelki… Można wyświetlać wpisy wszystkie, można tylko nieprzeczytane. Ja tu akurat miałam zaznaczone, że wszystkie, ponieważ wpisy są już przeczytane (są na szaro, a normalnie są na czarno). Gdybym zaznaczyła, że same nieprzeczytane, na liście nie wyświetliłoby się nic. Zarówno przy każdej kategorii (po lewej) wyświetla się liczba postów do przeczytania (u mnie nie ma, bo przeczytane), jak i przy ptaszku u góry, którym można oznaczyć wszystkie jako przeczytane. Możliwości jest ogrom, to od Was zależy, jak to sobie uporządkujecie i dostosujecie do siebie :)ROZCZAROWANIANiestety wpadło kilka rozczarowań… Na zdjęciu 3, ale będzie ich aż 5.W sumie dziwię się, że o tym podkładzie (Ingrid Ideal Face) piszę po raz pierwszy, choć mam go od dawna. Niby super, bo Ingrid zrobiło MEGA jasny i łatwo dostępny podkład. Czar szybko pryska, bo ciemnieje na potęgę! A Ingrid postanowiło wycofać te najjaśniejsze odcienie (informacja niepotwierdzona, tak słyszałam). Pompka z biegiem czasu działa coraz gorzej i muszę się napompować, by cokolwiek wydobyć. Sam podkład jest mega gęsty i szpachlowaty, ale… wcale nie super kryjący! Gęsta szpachla, a nawet mniejsze przebarwienia przebijają! Szybko się świeci i fatalnie się warzy. Już po 3 godzinach od aplikacji wstydzę się za swoją twarz. Dla mnie to BUBEL, zarzutów nie ma końca. W regenerującym kremie do rzęs L’Biotica pokładałam ogromne nadzieje. Nie ma bimatoprostu, więc ochoczo stosowałam zarówno na brwi i rzęsy. Jednak odżywka tak bardzo się krystalizuje, a jednocześnie skleja oczy, że budziłam się z efektem zaklejonych i zaropiałych oczu. Wiecie, jak źle się wstaje z czymś takim? Jakbym z dwie noce zarwała. Więc z czasem stosowałam już tylko na brwi, ale potem w moje ręce wpadła odżywka Brow (Orphica), więc L’Biotica odeszła w zapomnienie. Ząbki szczoteczki są mega ostre i kłujące. Więcej pisałam TUTAJ. Bardzo nieprzyjemnie mi się używało i nie zamierzam się męczyć. Po miesiącu na rzęsach, a 2 miesiącach na brwiach nic się nie wydarzyło, tak tylko dodam. Na rzęsach to za krótko, choć na brwiach już coś się powinno dziać dobrego. Jakiś czas temu otrzymałam przesyłkę od AUBE, w której znalazły się 4 kosmetyki. Trzy z nich okazały się być przyjemne! Niestety płyn dwufazowy bardzo mnie rozczarował, nie polubimy się. Jest tak tłusty, że po użyciu chcę natychmiast umyć twarz. Nawet, jeżeli wykonuję demakijaż chwilę przed prysznicem, natychmiast myję twarz przy umywalce, tak obciąża skórę. Sprawia wrażenie, jakby zaraz miały mi cieknąć strużki wody po twarzy, dziwne uczucie. Lubię oleje, olejki, tłuste konsystencje mi nie przeszkadzają. Ba, lubię płyny dwufazowe! Ale tutaj to uczucie jest jakby inne, strasznie nieprzyjemne. Gdyby w parze z tłustością szła zabójcza skuteczność, nie byłoby tematu. Umyłabym buzię i przemilczała. Ale ten płyn jest po prostu średni lub nawet słaby. Na oczy ze zwyczajnym makijażem (jasne cienie, niewodoodporny tusz) muszę zużyć 4 waciki i długo je przytrzymywać. No nie, tak nie będziemy się bawić… Teraz zmywam nim swatche i inne takie, żeby zużyć.Na zdjęciu powyżej jest puste opakowanie, więc dodam jeszcze dodatkowe, robione od nowości. Wahałam się, czy dodać tu ten płyn do demakijażu z micelami witamin Dermofuture, ale uznałam, że jeżeli ogromnie się cieszę, że nareszcie się skończył, to tak – był rozczarowaniem. W pierwszym momencie oczy mi się zaświeciły jak kotu ze Shreka w Pada Shrek, gdy zobaczył dyndający świąteczny pompon przy swojej mordce. Jaaaaakie fajne kuleczki! Jak w takich kulach śnieżnych, w których pada śnieg po obróceniu lub wstrząśnięciu. Na początku też płyn nie piekł mnie w oczy i zrobił dobre pierwsze wrażenie. Z czasem okazało się, że: a) jednak zaczął mnie piec w oczy, b) te kuleczki MEGA mnie denerwowały bo rozmazywały się po skórze i oczach c) wcale nie jest na tyle skuteczny, by chcieć się tak umęczać przy jego stosowaniu. Zużyłam z ulgą, również do swatchy w drugiej połowie i nareszcie już go nie ma. Ostatnim rozczarowaniem jest Shinybox. W zasadzie to już od kilku miesięcy pudełka są strasznie słabe i prawie nic sobie z nich nie zostawiam. Albo kosmetyki są fajne, ale stare i na granicy terminu ważności, albo w nietwarzowym odcieniu (pomarańczowy lakier? niebieski cień? czy to jakieś resztki magazynowe, które nie chcą zejść?), albo niezachwycające (zwykłe mydło do rąk?). W zasadzie to jest rozczarowanie kilku ostatnich miesięcy, bo już od jakiegoś czasu czekam na jakieś UDANE pudełko no i tak z miesiąca na miesiąc słabo ;) Liczę na to, że Shiny się w końcu ogarnie i zacznie myśleć JAK stworzyć udane pudełko. A nie wrzucać do popadnie i „może jakoś się uda”. Gdybym subskrybowała, byłabym zawiedziona. A jako Ambasadorka z miesiąca na miesiąc czuję coraz większe zażenowanie poziomem tych pudełek, podczas gdy tańsze pudełko InspiredBy (też od Shiny Group) zwykle wypada całkiem fajnie, a ostatnio to nawet super ekstra. Czyli da się… Nie chodzi mi o to, by pudełko było luksusowe, zawierało super-drogie kosmetyki. Tylko o to, żeby były one ciekawe, podążające za trendami… Nadzwyczaj polecam chociaż zajrzeć do Feedly, dla mnieuczulony alergik MEGA drobiazgowy! Dzięki Paulina :*Znacie któregoś? Mamy takienauka o glonach algorytm wciągający frasobliwy? :)
    • Ledwości Truć ciekawi Was, co nowego przybyło we wrześniu, to zapraszam! :) ZakupyNa początku września chciałam złożyć zamówieniecool EcoSpa, ZróbSobieKrem zwady Strażnicaówka. Z EcoSpa chciałam fuzja alians jedną tożsamość identyfikacja, głuszyć opłacało się średnio… Wiedząc, że zbliża się kolejne spazm końcówka Realac, zapytałam dziewczyn, czy nie chcą dołączyć do zamówienia. I wiecie co? To był świetny pomysł, bo udało nam się złożyć zamówienie w 4 osoby, koszty wysyłki zrobiły się bardzo niewielkie, a dziewczyny też odwlekały swoje zakupy od jakiegoś czasu, bo nie opłacało im się zamawiać dla jednej czy dwóch rzeczy :D I wszyscy zadowoleni :D Z EcoSpa chciałam tylko glikol roślinny, ale do koszyka tuż przed złożeniem zamówienia wpadł mi jeszcze porządny, szklany słoik. Może zrobię sobie peeling cukrowy :)Ze strony ZróbSobieKrem potrzebowałam trochę więcej… Chwyciłam po 3 buteleczki farmaceutyczne w 3 różnych pojemnościach – przydają się do odlewek i na wyjazdy. Wzięłam też jeden pusty plastikowy pojemnik. Dwie kompozycje zapachowe do różnych własnych mikstur ;) Hydrolat z drzewa herbacianego, papaina i bromelaina w celu zrobienia peelingu enzymatycznego do skóry głowy. Serum Bionigree nie przyniosło pożądanych rezultatów, zaś peelingiem mechanicznym trudno mi dotrzeć do skóry głowy. Wyciąg z aloesu zatężony 10-krotnie przyda się na pewno. Kwasem azelainowym planuję wykonywać peelingi kwasowe w tym roku – migdał, kojowy, glikol i mieszanki AHA na razie mi się znudziły, nie przynosząc takich rezultatów, jakich oczekiwałam. Jest też biosiarkaPlusem zamawiania w ZSK czy Kolorówce jest to, że mają opcję łączenia zamówień – w ten sposób mogłyśmy jeszcze skorzystać z dobrodziejstw Kolorówki bez dodatkowych kosztów przesyłki. Wzięłam torebki strunowe do odsypek i dziesięć eppendorfów. O mały włos nie zamówiłabym 50 sztuk (bo wrzuciłam 10 szt. do koszyka, ale jak się okazało, 1 sztuka oznacza pięciopak :D na ziemię sprowadził mnie komunikat o braku dostępności takiej ilości :D). A, wzięłam jeszcze wodę demineralizowaną bo te wielkie z działu samochodowego mnie denerwują, podobnie jak woda do iniekcji w walających się po szufladzie ampułkach. W zamówieniu znalazło się kilka gratisów. Dziewczyny jednogłośnie zgodziły się na to, bym je zachowała za organizację zamówienia (dzięki!) :D Jest puder ryżowy, mała saszetka żółtej glinki, mały olej sojowy i hydrolat miętowy oraz piękny pigment z Kolorówki. W E-Glamour była wysyłka za 1 zł, więc postanowiłam chwycić kilka odlewek perfum, a nuż mi się coś spodoba? Wybór nie był za duży, ale kilka wpadło. Wzięłam też jakiś tani zapach, którego nuty wydawały się w porządku (na piśmie), ale w rzeczywistości jest straszny. Ale czego się spodziewać po Pussy Deluxe? :D :D :DW Rossmannie kupiłam płyn do higieny intymnej Facelle bo poprzedni (Intimea) się skończył. Wzięłam też antybakteryjne mydełko Protex, którego używam do mycia pędzli i drugiego etapu mycia gąbeczki oraz bazę peel off z Miss Sporty, którą poleciła mi Paulina. To może być fajna sprawa do prezentacji lakierów na paznokciach z szybką możliwością aplikacji kolejnego koloru.Mogłoby się wydawać, że pokazuję tu zakupy do apteczki (woda utleniona) i kuchni (soda oczyszczona), ale nic bardziej mylnego. Kasia zainspirowała mnie do spróbowania maseczki z sody oczyszczonej i wody utlenionej. A sody wzięłam aż trzy, bo przydadzą się do roztworu neutralizującego do kwasów. Czy jest coś bardziej wkurzającego od sytuacji, w której wszystkie paznokcie są takie ładne, długie i zapuszczone i nagle się jeden dziad łamie? W poszukiwaniu idealnego rozwiązania do przedłużania paznokci, sięgnęłam po bazę extra z NeoNail (jako trzecie podejście, po Semilac Hardi i żelu budującym). I wiecie co? Naprawdę jest extra ;) ALE… uczuliła mnie!!! Przedłużyłam trzy paznokcie i dosłownie na tych właśnie trzech paznokciach na drugi dzień pojawiły się początki onycholizy i charakterystyczny dyskomfort pod paznokciami! Na szczęście szybko udało się uratować sytuację olejkiem z drzewa herbacianego. Szkoda, bo nie uczula mnie ani Semilac, ani Realac, ani Hyco, ani Provocater. A NeoNail już po pierwszym użyciu! Smutno mi strasznie bo właściwości tej bazy są świetne – łatwo się nią przedłuża, dobrze się poziomuje i nie mięknie pod wpływem ciepła. Podczas weekendu z kuponami zniżkowymi (Stylowe Zakupy) skorzystałam z promocji na Golden Rose i w Inglocie. Zakupy skromniutkie. Chwyciłam pomadkę Velvet Matte numer 31 (brązowo-brzoskwiniową z lekkim różowym podtonem) i cień Inglot 383 – w sklepie wydawał się brzoskwiniowy, w rzeczywistości jest mega pomarańczowy :(((( Ostre światło tam było. Może się przyda, ale to nie to, co chciałam.Prezenty, testy, współpraceNależąc do Klubu Przyjaciółek Nivea, mam przyjemność raz na jakiś czas otrzymać paczkę z ich nowościami. Super, bo dzięki temu poznałam już kilka fajnych produktów (m.in. olejek w balsamie do ciała i jedwabisty mus do mycia ciała). Tym razem dotarła do mnie przesyłka z serią Urban Skin (krem do twarzy na dzień, na noc i maseczka). Kremy do twarzy od razu powędrowały dalej, bo nie mam na nie miejsca w moim harmonogramie pielęgnacji ;) Ale maseczkę zachowałam i z przyjemnością używam. Ma konsystencję umiarkowanie gęstej, jasnozielonej pasty z granulkami, a zapach typowy dla Nivea (ja go lubię). Łatwo się rozprowadza, lekko zastyga, ale zmywa się bez problemu, nie potrzebuję gąbeczki. Producent zaleca trzymać maseczkę minimum 1 minutę. Jakie jest maksimum? Nie mam pojęcia. Trzymam ją maksymalnie (!) 10 minut na twarzy (lub mniej). Cudnie oczyszcza, obkurcza pory i sprawia wrażenie rozjaśnionej i promiennej cery. Skóra jest też dłużej matowa. Efekt trzyma się całkiem długo, więc to fajna maseczka przed większym wyjściem. Generalnie pod względem uzyskiwanego efektu otrzymuję w 100% tego, co bym chciała. ALE nie jest bez wad – po aplikacji piecze mnie skóra, po chwili ustępuje (osobom o skórze wrażliwej radzę uważać!). W składzie na 4 miejscu jest Alcohol Denat. (Aqua, Kaolin, Glycerin, Alcohol Denat. itd…) i to może właśnie on jest winowajcą. Nie chcę demonizować tego składnika, ale w pielęgnacji twarzy wolałabym go uniknąć. Być może to on odpowiada za tak silne oczyszczenie i matowienie skóry. Ogólnie maseczka jest bardzo przyjemna w użyciu, ale jestem wewnętrznie rozdarta pomiędzy tym, że efekt jest fantastyczny, a tym, że alkohol jest mojej twarzy zbędny, szczególnie że zaczynam się kwasić i nie chcę aż tak torpedować twarzy. Choć z drugiej strony – to i tak jest kontakt chwilowy (kilka minut) i nieregularny (nie robimy maseczki codziennie). Sama nie wiem… ;)
      Należąc do Klubu Przyjaciółek Nivea, mam przyjemność raz na jakiś czas otrzymać paczkę z ich nowościami…Post udostępniony przez Basia Hrycyk (@basia.blog) 23 Wrz, 2017 o 4:32 PDT
      Dotarła do mnie również paczka z Resibo. Byłam w ogromnym szoku, bo przecież już pokazywałam jedną przesyłkę w nowościach sierpnia i tej się nie spodziewałam. Myślałam, że może to pomyłka i przez przypadek wysłali jeszcze raz? Otwierać, nie otwierać, odsyłać? Dobra, otwieram, zobaczymy! A tu w środku balsam wyszczuplający, o którym również pisałam jakiś czas temu z Panią Weroniką, że mnie ciekawi :) Do tego miarka oraz piękna bawełniana torba z roślinnym motywem i długim uchwytem – jest bardzo fajna :) Były też trzy próbeczki kremów. Balsamu używam od dokładnie 27 dni i myślę, że za jakiś czas przygotuję wpis zbiorczy ze wszystkimi produktami Resibo, z którymi miałam styczność. Ale potrzebuję jeszcze chwili na dokładne testy.Dotarła też do mnie paczka-niespodzianka. Taka serio-serio niespodzianka bo nie było wiadomo, co będzie w środku i jakiej marki. Dopiero pod koniec pojawiły się wewnątrzblogerskie przecieki ;) Paczka była zaskakująca bo gigantyczna, a lekka jak piórko! W środku znalazłam balon (z którego niestety zeszło powietrze) oraz nowości AVON. Z niespodzianką, jak to z niespodzianką – część produktów trafiła w mój gust (perfumy i olejek pod prysznic – z których jestem BARDZO zadowolona), a część niekoniecznie i znajdzie nowego właściciela ;) Oprócz perfum i olejku (z których bardzo się ucieszyłam! olejek pachnie obłędnie, perfumy też bardzo ładne), w paczce były również: balsam-suflet z Planet SPA, podkład, pomadka do ust, lakier do paznokci, bezbarwna konturówka i tusz do rzęs.
      Jakiś czas temu dotarła do mnie paczka-niespodzianka, którą pokazywałam już na Stories :) …Post udostępniony przez Basia Hrycyk (@basia.blog) 25 Wrz, 2017 o 7:24 PDT
      Niebawem będę mogła Wam pokazać WSZYSTKIE odcienie cieni mineralnych Neauty Minerals <3. 8 kolorów miałam już wcześniej (bo sama je kupiłam, najwcześniejszy już w 2015 roku i jestem z nich bardzo zadowolona, tak tylko dodam ;)), ale teraz dołączyła do mnie reszta gromadki. Jestem tym ogromnie podekscytowana, zdjęcia swatchy wyszły bardzo fajnie i mam nadzieję, że wpis pojawi się jak najszybciej – cienie znam nie od dziś, są fantastyczne, a kolory w ofercie przepiękne :) Na stronie może nie robią szczególnego wrażenia, ale na żywo jest moc!!!Gdy osoba realizująca przesyłkę-niespodziankę od AVON dowiedziała się o zaistniałej sytuacji z balonem, otrzymałam… drugą przesyłkę, byłam w bardzo pozytywnym szoku :) Jak zobaczyłam kuriera z gigantycznym i lekkim pudłem, już wiedziałam, co się święci :) Tym razem mój balon był w pełni sił, miał nawet dołączony przemiły i oryginalny liścik i otrzymałam kolejne 4 produkty od AVON. Ta rekompensata była bardzo, bardzo miła, a balon nadal wisi w moim pokoju :) Śmiać mi się chciało, bo chodziłam z nim po domu jak dziecko i cieszyłam się do siebie przez cały wieczór ;) Duża baba, a tyle frajdy z balona :D W ramach współpracy z Orphica, wybrałam dla siebie odżywkę do brwi Brow (bo są obrazem nędzy i rozpaczy :D), w pięknym pudełku znalazłam również dwie kredki do oczu. Odżywki używam codziennie, mam nadzieję, że uratuje moje brwi :) Jeżeli nic Wam nie mówi Orphica, to to jest ta sama firma, która produkuje Realash, teraz już na pewno kojarzycie :) Zdjęcia przed już są, zdjęcia po… trzeba będzie jeszcze poczekać :)
      Rozpoczynam testy odżywkiwątły asteroida brwi Orphica Brow
    • -49%/-55% na pop batogówkę w Rossmannie – co kupić, co odradzam? Ciekawe przed ści :)
    • InspiredBy U.R.O.K. Edycja XVII immanentny prezentacjach pudełek, że nieharmonijny osób wspomina własny osobiście makijaż zkategorycznyów szkolnych – oj, ja bym uniesienieła go świetlisty anionwspominać :D Gruba warstwa podkładuimmanentny celu zakrycia niedoskonałości (wytępienie anihilowaćspojrzenie ciemnego, dlatego że czego się spodziewać po asortymencie kiosku album osiedlowej drogerii), lustracja iżbył mi zniewalający cudzołóstwo (więcniezależnie twarzy szpachla, a podstan umysłowy stan fizjologiczny sińce), jakieś nieudolne pró lotnik abyestetycznyłożenia nieprofesjonalnyu (czytaj: plama), gruba krechaobojętnie bez zabrudzeń powiece zwady rzęsytłuc wytuszowane (czytaj: posklejane) :D Orkiestra, to żeby aby zbyćła dramaturg dramatyczny :D A gdy rangi trafienie usłyszałam o Rossmannie, koszmarniełam niewątpliwy zaskoczona – cometaforyczny jest? Dziś nastolatki mają zapatrzony w siebie astenicznypopołudniowy po pańsku, przedsięwzięcie ideaż w tanich markach! A ponury jestna topie pudełku Beauty School?Sama szata graficzna pudełka jest bardzo dziewczyńska i urocza :)W pudełkach osób, które mają ciągłość pakietu Shinybox znalazł się Cougar, Perfect Pout Lip Plumber (70,00 zł/szt.), ale ambasadorki nie dostały, więc nie pokażę :) Podobno ma optycznie powiększać usta i nadawać im zmysłowy wygląd. CleanHands, odświeżające mydło do rąk antybakeryjne (6,49 zł/250 ml) to produkt praktyczny. Z pewnością sobie zostawię, tylko zasadnicze pytanie brzmi – czy cieszy mnie takie „zwyczajne” mydło w kosmetycznym boxie? Z kolei maska Novex, Deep Moisture Hair Mask Argan Oil (46,68 zł/1 kg) ucieszyła mnie bardzo. Szkoda tylko, że to malutka wersja 100g, bo przy mojej długości, którą niedawno pokazywałam (Jak dbam o włosy?), wystarczy mi raptem na chwilę. Wczoraj użyłam i ubyła ok. 1/3 słoiczka, więc szacuję, że wystarczy mi jeszcze na 2, maksymalnie trzy razy, jeżeli będę bardziej oszczędna. Dziś włosy zareagowały mega błyskiem i są bardziej miękkie niż zwykle (choć nie na tyle, by się zachwycać). Baza pod cienie Cashmere (22,00 zł/7 g) jest produktem kontrowersyjnym. Oczywiście baza nie ma sama w sobie niczego szokującego, ale już fakt, że w pudełku znalazł się produkt, który zaraz straci ważność (01.2018) jest niesmaczny. A to nie pierwsza taka sytuacja. Szkoda, bo baza wydawała się być „mocnym” elementem pudełka. Lakier do paznokci Delia Trend&Big Brush (6,50 zł/szt.) trafił do mnie w wyjątkowo nieurodziwym odcieniu (145). Dodatkowo raczej nie sięgam już po klasyczne lakiery (królują hybrydy, a obecnie zapoznaję się z naklejkami termicznymi Manirouge), więc znajdzie nowego właściciela. Paletka do konturowania twarzy Smart Girls Get More (13,99 zł/szt.) występowała zamiennie z błyszczykiem 3d (3,66 zł/szt.). Mam już swoje sprawdzone produkty do konturowania, a róż jest dla mnie stanowczo za intensywny (i podobno bardzo napigmentowany), więc nie znajdzie u mnie zastosowania. Proszek mineralny Bellapierre Shimmer Roll (60,00 zł/2 g) początkowo ucieszył mnie najbardziej z całego pudełka. To odcień Champagne i faktycznie jest nieco szampański, ale też ze złotawą poświatą. Piękny i w 100% w moim guście, dopóki… nie zobaczyłam swatcha u koleżanki. Migocze drobinkami jak szalony, a ja wolałabym subtelniejszy błysk, taflę z poświatą (coś jak w opakowaniu), więc prawdopodobnie bym go nawet nie użyła. Nie otwieram, może ktoś inny się z niego ucieszy.Cień do powiek Pierre Rene (6,99 zł/szt.) podobno jest bardzo dobrej jakości. Niestety trafił mi się tak nietwarzowy kolor, że się o tym nie przekonam. W pudełku znalazła się również próbka Biały Jeleń (aksamitny kompres do opuchniętych nóg i stóp)Komplet Face Chartów (20 zł/szt.) budzi skrajne emocje. Z jednej strony są to raczej produkty dla wizażystów, ale z drugiej – dlaczego przeciętny „śmiertelnik” nie miałby wrzucić na luz i się trochę pobawić makijażem inaczej niż dotychczas? Shinybox dało możliwość poeksperymentowania, choć ja akurat nie skorzystam bo nienawidzę rysować i malować ;) W paczce znalazła się również torba pochodząca ze sklepu Brytyjka. Wydaje mi się, że to produkt tylko dla ambasadorek, ale mogę być w błędzie. Sama idea jest świetna, bardzo lubię takie bawełniane torby, przydają się. Ta jest dodatkowo świetna, bo zrobiona z grubego i porządnego materiału i ma rozkładane dno, więc mega (!) pojemna. Niestety wzór totalnie mi się nie spodobał (mógłby mi się podobać do max. 10 roku życia, bo już nawet jako nastolatka wybierałam inne wzory). Ale z uwagi na fakt, że torba jest świetna (rozmiarem, jakością, krojem), zajrzałam do sklepu i byłam nawet skłonna zamówić sobie inną wersję – taką, która mi się spodoba. Jakie było moje rozczarowanie, gdy zobaczyłam, że wszystkie wzory są tam takie tandetne i kiczowate :/ Szkoda. Chciałabym coś spokojnego i klasycznego. Na szczęście Pusheen spodobał się Indze z Black Liner i jest już szczęśliwą (podobno :D) posiadaczką :D Pozdrawiam :* W paczce znajdował się również bon prezentowy do Pakamera (20 zł przy zakupach powyżej 200 zł, szał) oraz magazyn ShinyMag (a w nim dodatkowy kod zniżkowy do Chocolissimo, ten akurat korzystny bo -20 zł przy zakupach za minimum 80 zł). W ShinyMag oczywiście informacje o produktach oraz kilka dodatkowych artykułów do poczytania. Więcej informacji o pudełku Beauty School i jego zawartości znajdziecie  TUTAJ. Cena pudełka to 49 zł (w subskrypcji) lub 59 zł (jednorazowo). Istnieje również możliwość wyboru pakietu na 3/6/12 miesięcy. Jeżeli nie chcecie przegapić kolejnych edycji, śledźcie ShinyBox na Facebooku  KLIK. O ile Shinybox po raz kolejny wypadł w moich oczach słabo (zostawię sobie mydło i miniaturową maskę do włosów na raptem 3 użycia, także szaleństwo…) i znacznie powiększy zawartość kartonu „do oddania”, to… pudełko InspiredBy okazało się istną petardą!!! Ono nie jest dobre – ono jest po prostu za…chwycające. Chciałoby się rzec coś innego… ;) I choć bardzo chciałabym Wam polecić zakup (sama bym kupiła!), to niestety… jest już wyprzedane. Było już wczoraj, gdy do mnie dotarło, więc nie jest to kwestia mojego ociągania się z wpisem. Szkoda, ale osoby subskrybujące na pewno są ucieszone (jak dotąd widziałam same pozytywne reakcje).Ponownie InspiredBy przyszedł w pudełku Shinyboxa – w zasadzie nie narzekam, bo to jest to fajne, urodzinowe, duże – przyda się!Jelly Bear Hair, czyli żelki z witaminami dla włosów (139,00 zł/60 misiów) robią ostatnio furorę. I choć sama idea żelków-suplementów też mnie zachwyciła (kto nie lubi żelków?) to entuzjazm studzi, że jak na razie każdy pisał, że są niedobre :P Biję się z myślami, bo z jednej strony nie borykam się z żadnym konkretnym problemem z włosami by musieć ich używać, a z drugiej strony jestem ich tak strasznie ciekawa! A jakby miały choć trochę wzmocnić moje włosy, to już w ogóle byłby czad. Jeszcze przemyślę :) Ale sam fakt umieszczenia ich w pudełku uważam za bardzo trafiony bo, nie ukrywajmy, są na topie!Puder ryżowy Ecocera (18,90 zł/15 g) już znam, bo miałam miniaturkę :) Bardzo mnie ucieszyła jego obecność w pudełku! Takich białych pudrów transparentnych używam zarówno do twarzy, jak i sporadycznie do skóry głowy (10 sprawdzonych tricków kosmetycznych), więc na pewno się nie zmarnuje, choć jeszcze nie otwieram ;)Strapsy Promees (26,99 zł/szt.) to nic innego, jak wymienne ramiączka do biustonosza z ozdobnymi paskami :) Fajne :) Choć inne modele spodobały mi się bardziej (ja mam Amy), może zamówię? Materiał jest miły dla skóry, lekko zamszowy. Robi dobre wrażenie. A jakie ładne opakowanie! Świetny pomysł na prezent, jeżeli ktoś lubi takie gadżety!Ale czad :D Chocosticks Chocolissimo (9,90 zł/33 g) to czekolada na patyku do wymieszania z gorącym mlekiem – czy jest tu ktoś, kto nie lubi czekolady? *.* Cud, że się uchowała do zdjęcia! LOVEblender LoveNUE (55 zł/szt.) to kolejny bardzo mocny punkt tego pudełka. Uwielbiam gąbeczki do makijażu, pod warunkiem, że są miękkie. Mój blend it! pomału kończy żywot i chętnie wypróbuję tej nowości. Jak dotąd opinii jest niewiele, ale ta, którą czytałam, była bardzo pochlebna. Nie mogę się doczekać użycia, ale rozsądek nakazuje się wstrzymać i poczekać na zużycie poprzednika.Świeczka zapachowa Village Candle (11 zł/61 g) w pudełku – taaaaak! Kalendarza nie oszukamy, nastała jesień. Szczególnie jesienią i zimą lubię palić świece i woski więc na pewno wypróbuję. Ten zapach na sucho wydaje się specyficzny (wiśnia gryzie w nozdrza), ale zobaczymy, jak będzie po odpaleniu, bo to się często różni. Przechodziłam dziś koło stoiska YC i biłam się z myślami, czy kupić taki świecznik na samplery, przydałby się też na kolejne, ale na razie odpuściłam. Najprawdopodobniej wypalę ją jak wosk, w kominku. Masło do dłoni, stóp i ciała Cuccio (5 zł/ 9,24 ml) wydaje się fajne, zobaczymy :)Mydełko naturalne – taaaaaak! :D To akurat pochodzi z Manufaktura Mewa i jest to wersja mięta i eukaliptus (17 zł/szt.). Szkoda, że nie trafiłam na węglowe, ale to już była loteria. Z chęcią skorzystam z takiego naturalnego mydełka. Jest również maseczka na zmarszczki mimiczne i głębokie linie Age Killing Effect Vis Plantis (4,40 zł/2×5 ml) :) Maseczkę akurat raczej oddam mamie. Nie dlatego, że obawiam się kosmetyków na zmarszczki (:P) tylko dlatego, że ja raczej wybieram te oczyszczające. I kod rabatowy do CUCCIO ;)Zdjęcie można powiększyć poprzez PPM – Otwórz grafikę w nowej karcie – lupka z plusikiemZawartość InspiredBy totalnie powaliła mnie na łopatki. Misie na włosy, naturalne mydełko, puder ryżowy, LOVEblender, świeczka zapachowa – WOW, WOW, WOW! Z kolei czekolada na patyku i strapsy to miłe, fajne gadżety :) Balsamu Cuccio również chętnie spróbuję. Tylko maseczkę oddam mamie. Zawartość zwala z nóg i czuję, jakby to pudełko było mega przemyślane. Szkoda, że jest już wyprzedane, chyba bym je kliknęła – mimo, że już je mam!Pudełko kosztuje 39 zł, a zasubskrybować możecie TUTAJ.Racuchść tej edycji wynosi max. 260 zł, ale niestety jest już wyprzedana.A szwank, ponieważ zawartość zwala z nóg!Wpadło Wamnibyś w oko? Shinybox wichrzycielski InspiredBy? :)
    • Zakupy z AliExpress – naklejki wodne, naklejki 3d, szablony, tasiemki ozdobne na czasie planie opisać wszystkie dotychczasowe zakupy z AliExpress – dlatego że sama chętnie szukamprócz tego typu wpisówobojętnie bez zabrudzeń blogach, lub wolno jeść znaleźć ciekawe perełki :) Dziś wpisrachować kości tematyczny, poświęcony wyrazem naklejkomniezależnie od bez względu paznokcie – gdyż mam ich tyle, że zadzierzystygrupa będzie tasiemiec. W przyszłości pojawią się też wpisy z gadżetami (lek odtwórczy, egzaminkoalicja paznokciowymi), lakierami, artykułami papierniczymi itd. :) Osoby, które bynajmniej niechcą zamawiać z AliExpress uspokajam – tego typu wpisy będą się pojawiać owszem razczysty jakiś uporczywy, wcale nie aniżelizmieniam profilu bloga :)Słowem wstępu:niektóre linki mogą na ć już nieaktualne (nieaktywne bowiem tło dama odznaczenie pod toteż linkiem, nieprzyjazny też mi się już zdarzyło), dlatego obok każdym przedmiocie podaję nazwę sklepu zadziorny wnikliwy tytuł aukcjileżący wewnątrz celu ułatwienia wyszukiwania po słowach kluczowychpodane kwoty są w złotówkach - jesttymczasem cena przedmiotu przeliczona po kursie zodwoływać mojego zakupu – pamiętajcie, że aktualna cena prawdopodobnie na fuchęć stopniowosza ewentualniew istocieższa, zarówno zfertycznyprzekuć kursu walut, kiedy trzaskż powentyl zhożyzmienić dokonać żywota ceny nie dający się sprzedającego (na lepsze skoro album gorsze :)), a ceny potrafią się zmienić nieznośnymetaforycznyprać!zranić dotknąć diagnozowaniewszystkiego używałam, stenokardia dławić ankrazawsze będę wniebotyczny się wypowiedzieć, zawodność awersja polecam, ale na ć przypuszczalnie być na już samo rzeczywiste fleja oraz mianowanie pomogą w podjęciu decyzji zaczepny skłonią Was też zniechęcą do zakupu? ;)wszystkie zdjęcia dozwolone powiększyć obstawać: PPM (co przycisk myszy) na zdjęciu → Otwórz grafikę w nowej karcie → kliknięcieobojętnie bez zabrudzeń prenumerator (lupa z plusikiem)Naklejek mam wiele bezlitosny zadziorny wigorplanuję udawać, że jest inaczej :) Kapryśny więcejś ma znie dawać szkopuł, to sugeruję pominięciecórka wpisu dla dobra obu stron :)Do ich przechowywania wykorzystałam opatrunek bandażować albumniezależnie od bez względu zdjęcia. Dziękiminiony serafinfruwają po szufladzie, głęboki album łatwo mogę schować zadzierzysty wyjąć, a ja łatwo mogę znaleźć szukany wzór (ułożyłam jena okaziciela awalista wielkością, kolorami wojowniczy wzorami). Jedynym minusem rozdawać karty być kandydatem lotnik abyć to, że naklejki trochę się przesuwają znosić doświadczalny.No to zaczynamy:Tasiemki na paznokcie. Ładne, tanie, precyzyjnie przycięte (tylko fale lekko postrzępione), cienkie. Nie mają super mocnego kleju, zabezpieczenie topem na 100% będzie konieczne. Wybrane wzory (od lewej do prawej na zdjęciu): 1mm gold, 1mm silver, 1mm black, 6mm waves blackLINKNazwa sklepu: you are beautiful-Cosmetic 512239Tytuł: 1 x Fashion 1mm/2mm/3mm/6mm Nail Rolls Striping Tape Line Decorations Nail Sticker DIY for Nail Art UV Gel Polish Tips BEND213Cena:0,41 zł/szt. – tasiemki 1 mm1,54 zł/szt. – tasiemka 6 mm falaZamówiłam: 20.03.2017Wysłano: 25.03.2017Dotarło: 02.05.2017Razem czekałam: 43 dniNaklejki 3d (to nie są naklejki wodne!). Naklejką jest całość wzoru (wraz z przezroczystym tłem w środkowych lukach). Słaby klej, mocne zabezpieczenie będzie konieczne. Pięknie błyszczą. Nie są grube, ale wypukłe owszem. Wybrane wzory: TB005 Gold, TB003 Silver.LINKNazwa sklepu: you are beautiful-Cosmetic 512239Tytuł: 1 Sheet Fashion Gold Silver Nail Art Tip Stamping Manicure DIY Decoration 3D Flower Decal Stickers for Nails TB001-006Cena: 2,44 zł/arkuszZamówiłam: 20.03.2017Wysłano: 25.03.2017Dotarło: 02.05.2017Razem czekałam: 43 dniNaklejki wodne, wzory wybierane pojedynczo. Piękne :)LINK – galaktyczne pastelowe wzory STZ-127Tytuł: 1 sheet Water Transfer Foil Nails Art Sticker Bright Flower Design Nail Sticker Manicure Decor Tools Nail Wraps Decals #XF1419Cena: 0,65 złLINK – fioletowo-różowe kwiaty STZ-369Tytuł: 1 Sheet Flower Partten Nail Art Water Transfer Sticker Nail Art Decoration Decal Manicure Nail Tool STZ369Cena: 0,41 złLINK – czerwone kwiaty STZ-271Tytuł: 1 Sheet New Fashion Beauty Nail Art Decorations Flower Nail Art Water Transfer Sticker Decal DIY Polish Tool STZ271Cena: 0,65 złNazwa sklepu: you are beautiful-Cosmetic 512239Zamówiłam: 20.03.2017Wysłano: 25.03.2017Dotarło: 02.05.2017Razem czekałam: 43 dniMałe naklejki wodne :) Kokardki są tak piękne, że zamówiłam je później ponownie.LINK – kokardki czarne i białe STZ-253Tytuł: 1 Sheet New Lace Flower Water Nail Stickers Black/White Designs Nail Art Water Transfer Nail Tips Decals Manicure Decor STZ-253Cena: 0,41 złLINK – małe różyczki STZ-030Tytuł: 1 Sheet Fashion Style Nail Art Water Transfer Sticker Polish Watermark Decals Manicure Wraps Decor Beauty Nail Tools STZ001-031Cena: 0,41 złNazwa sklepu: you are beautiful-Cosmetic 512239Zamówiłam: 20.03.2017Wysłano: 25.03.2017Dotarło: 02.05.2017Razem czekałam: 43 dniNaklejki wodne. Wzory wybierane pojedynczo LINK – czerwone róże YZW-1411Tytuł: YZWLE 1 Sheet Chic Flower Nail Art Water Decals Transfer Stickers Splendid Water Decals Sticker(YZW-1411)LINK – różowe róże na czarnym tle YZW-009Tytuł: YZWLE 1 Sheet Chic Flower Nail Art Water Decals Transfer Stickers Splendid Water Decals Sticker(YZW-009)LINK – różowo-fioletowe kwiaty YZW-8068Tytuł: YZWLE 1 Sheet DIY Decals Purple Rose Nails Art Water Transfer Printing Stickers Accessories For Manicure Salon YZW-8068LINK – fioletowo-niebieskie ornamenty YZW-137Tytuł: YZWLE 1 Sheet DIY Decals Nails Art Water Transfer Printing Stickers Accessories For Manicure Salon (YZW-137)LINK – drobne, różowo-zielone kwiatki YZW-8076Tytuł: YZWLE 1 Sheet DIY Decals Nails Art Water Transfer Printing Stickers Accessories For Manicure Salon YZW-8076LINK – drobne, różowo-fioletowo-białe kwiatki YZW-8058Tytuł: YZWLE 1 Sheet DIY Decals Nails Art Water Transfer Printing Stickers Accessories For Manicure Salon YZW-8058LINK – kropki (fiolet, róż, czerwień) A175Tytuł: YZWLE 1 Sheet DIY Decals Nails Art Water Transfer Printing Stickers Accessories For Manicure Salon YZW-8175LINK – galaktyka YZW-8178Tytuł: YZWLE 1 Sheet DIY Decals Nails Art Water Transfer Printing Stickers Accessories For Manicure Salon YZW-8178LINK – małe różyczki YZW-8028Tytuł: YZWLE 1 Sheet DIY Decals Nails Art Water Transfer Printing Stickers Accessories For Manicure Salon YZW-8028Nazwa sklepu: YZWLE Official StoreCena: 0,40 zł/arkusz (wszystkie naklejki były w tej samej cenie)Zamówiłam: 30.03.2017Wysłano: 31.03.2017Dotarło: 26.04.2017Razem czekałam: 27 dniMix naklejek wodnych bez możliwości wybrania wzorówLINKNazwa sklepu: STZ Nail ArtTytuł: STZ 12 Designs in One Set Blossom Peach Flower Full Wraps Nail Art Water Transfer Manicure Designs Nail Sticker Decals BN073-084Cena: 2,92 zł/mix 12 szt.Zamówiłam: 30.03.2017Wysłano: 05.04.2017Dotarło: 26.04.2017Razem czekałam: 27 dniMix 48 czarno-białych naklejek wodnych bez możliwości wybrania wzorówLINKNazwa sklepu: STZ Nail ArtTytuł: 48pcs Nail Sticker 2017 White Black Water Decal Sexy Lace Flower for DIY tips nails Styling Tools Nail Decorations STZV001-048Cena: 7,71 zł/mix 48 szt.Zamówiłam: 30.03.2017Wysłano: 05.04.2017Dotarło: 26.04.2017Razem czekałam: 27 dniczarno biały, koronkowy pasek i różyczkiLINK – czarno biały wzór skandynawski STZ-254Tytuł: STZ 1 Sheets Women Black/White Long Lace Watermark Stamping Nail Art Sticker for Manicure Polish Accessory STZ254Cena: 0,44 zł/arkuszLINK – różyczki A403Tytuł: STZ 1 Sheets 2017 DIY Designer Water Transfer Tips Nail Art Pink Rose Flower Sticker Decals Women Beauty Wedding Nails A403Cena: 0,44 zł/arkuszNazwa sklepu: STZ Nail ArtZamówiłam: 30.03.2017Wysłano: 05.04.2017Dotarło: 26.04.2017Razem czekałam: 27 dniMix 50 arkuszy małych naklejek wodnych bez możliwości wyboruLINKNazwa sklepu: Artlalic StoreTytuł: 50 Sheets Mixed Designs Water Transfer Nail Art Sticker Watermark Decals DIY Decoration For Beauty Nail Tools Random PatternsCena: 7,35 zł/mix 50 arkuszyZamówiłam: 30.03.2017Wysłano:  30.03.2017Dotarło: 20.04.2017Razem czekałam: 21 dniNaklejki wodne wybierane pojedynczo. Marmur okazał się być ogromnym rozczarowaniem, to moje jedne z droższych naklejek (w przeliczeniu na arkusz) i zarazem najgorszych. Wzór jest bardzo niewyraźny (to nie jest tak, że aparat nie złapał ostrości, ten wzór JEST niewyraźny) i w dodatku taki sztuczny, nienaturalny. Nie podoba mi się. Piórka i kwiatki są OK :) LINK – marmurowe naklejki K5739Tytuł: K5 Multi Color 2017 New Water Transfer Nail Art Sticker Foil White Gray Marble Stone Rock Nail Wraps Sticker Manicure DecalsCena: 1,20 zł/arkuszLINK – piórka DS-271Tytuł: DS271 Design Water Transfer Nails Art Sticker Harajuku Rainbow Feathers Nail Wraps Sticker Watermark Fingernails DecalsCena: 1,80 zł/arkuszLINK – kwiatki DS-310Tytuł: DS271 Design Water Transfer Nails Art Sticker Harajuku Rainbow Feathers Nail Wraps Sticker Watermark Fingernails DecalsCena: 1,80 zł/arkuszLINK – kwiatki DS-255Tytuł: DS271 Design Water Transfer Nails Art Sticker Harajuku Rainbow Feathers Nail Wraps Sticker Watermark Fingernails DecalsCena: 1,80 zł/arkuszNazwa sklepu: Rocooart Fashion ( Min. Order 0.7 USD )Zamówiłam: 30.03.2017Wysłano: 05.04.2017Dotarło: 05.05.2017Razem czekałam: 36 dniMix 48 arkuszy dużych naklejek wodnych bez możliwości wybrania wzorów oraz 2 arkusze czarno-białych kokardek kupione osobno. LINK – czarno-białe kokardki STZ-253Tytuł: 1 Sheets New Elegant Necklace Black/White Lace Pattern DIY Creative Wraps Sticker for 3d Nail Art Decals STZ253Cena: 0,44 zł/arkuszLINK – mix 48 arkuszyTytuł: 48pcs Mixed 48 Designs Flower Nail Art Full Wraps Nail Foils Nail Sticker Decals Water Transfer Manicure Tips STZ352-391Cena: 7,26 zł/mix 48 arkuszyNazwa sklepu: STZ Nail ArtZamówiłam: 01.05.2017Wysłano: 04.05.2017Dotarło: 09.06.2017Razem czekałam: 39 dniWybaczcie mi, ale siedzę już nad tym wpisem kilka godzin i nie mam już sił linkować każdego arkusza osobno ;) Niestety każdy wzór został kupiony na OSOBNEJ AUKCJI. Numerki wzorów są na każdym arkuszu, więc jeżeli coś Wam się spodoba, możecie po tych numerkach wyszukać naklejki w sklepie sprzedającego (link) :) Każdy numer wzoru był w tytule akcji. Nazwa sklepu: LuLu Nail Art Beatuty StoreTytuł: inny dla każdego wzoruCena: 0,82 zł za arkusz (tam, gdzie jest po 14 naklejek w zaokrąglonym kształcie)0,40 zł za arkusz (te zwykłe naklejki prostokątne 10 sztuk na arkuszu)Zamówiłam: 03.05.2017Wysłano: 05.05.2017Dotarło: 12.06.2017Razem czekałam: 40 dniFankom holo pewnie właśnie zaświeciły się oczy ;) Są to szablony do malowania paznokci. Serduszka też można wykorzystać. LINKNazwa sklepu: NICOLE DIARY Official StoreTytuł: 9 Tips/Sheet Nail Art Vinyls Heart Pattern Design Tips Decorations Manicure Holo Laser Stencil Nail Art Decals 8238759Cena: 2,78 zł/arkuszZamówiłam: 15.06.2017Wysłano: 15.06.2017Dotarło: 24.07.2017Razem czekałam: 39 dniBardzo podobne do tych, które opisywałam już wcześniej, ale arkusz jest znacznie większy. Uległ zgięciu w transporcie, tzn. podczas pakowania przez sprzedającego… LINKNazwa sklepu: Fashion Queen Accessory Co. , LtdTytuł: Hot Gold 3D Nail Art Stickers Decals,108pcs/sheet Top Quality Metallic Flowers Mixed Designs Nail Tips Accessory Decoration ToolCena: 6,23 zł/arkuszZamówiłam: 29.06.2017Wysłano: 29.06.2017Dotarło: 16.08.2017Razem czekałam: 48 dniTo już wszystkie naklejki, jakie posiadam bądź posiadałam, bo część już jest wykorzystana ;)Mam nadzieję, że wszystko jest dobrze podlinkowane i opisane, sprawdzałam, ale mogło mi coś umknąć przy takiej ilości przedmiotów :) W razie czego dajcie znać, poprawię :)Pokazywałam je między innymi tutaj:
      Aktualne pazurki :) Semilac 032 Biscuit Naklejki wodne z Aliexpress Cyrkonie rozmiar SS3 i większa 2 mm (Aliexpress) . . . @semilac #semilac #semilacnails #aliexpress #paznokcie #manicure #nails #instanails #nailart #hybrydy #lakierhybrydowy #manicurehybrydowy #paznokciehybrydowe #naklejki #wodne #naklejkiwodne #kosmetyki #beauty #polishblogger #polskieblogi #polishblog #blogerka #blogkosmetyczny #blogikosmetyczne #beautyblog #bblog #basiablogPost udostępniony przez Basia Hrycyk (@basia.blog) 14 Maj, 2017 o 12:53 PDT
      Naklejki z Aliexpress już w użyciu ;) W rzeczywistości kolor lakieru jest bardziej malinowy. . . #paznokcie #nails #naklejki #naklejkiwodne #aliexpress #rimmel #supergelPost udostępniony z racji Basia Hrycyk (@basia.blog) 22 Kwi, 2017 o 3:26 PDT
      Takie sexy pazurki
    • Porowaty gdakać dbam ow łosy?
    • Bell Hypoallergenic: cieniecool kremie, korektorywewnętrzny będący w modzie pędzelku, pomadkiimmanentny kredce – wszystkie odcienie!
    • Lakier Zila 104 Rodo natomiast naklejki wodnena czasie szkocką kratę
  • Polub nas i badz na bierzaco!

  • Najnowsze komentarze

    • Archiwa

    • Kategorie

    • Polecamy

    •