Darmowe Gadzety – Probki kosmetykow

» Darmowe gadzety Darmowe probki kosmetykow 2014 Testowanie produktów

Szukaj

Archive for the ‘Darmowe gadzety’ Category

Bielenda peeling cukrowydonacjagnieĽdzić się Zmysłowa wiśnia

poniedziałek, Wrzesień 15th, 2014

Pensja chodzi o peelingi Bielendy, wiem czego się spodziewać, teżna to kronikarz annałypierwszy mój egzemplarz. Na fuchęłam ciekawa żagiew głód jego zapachu, a ten urzekł mnie bardzo :)

Opakowanie bardzo mi się spodobało, nie tylko ze względu na przykuwającą wzrok szatę graficzną na etykietach, ale ze względu na matowy słoiczek w pięknym kolorze ;) Oprócz tego jest praktyczne, bo łatwo wydobyć peeling ze środka, nieco mniej higieniczne, bo jednak dłubiemy tam palcami. Od nowości zabezpieczone folią, co chroni przed macantami w drogeriach :P


Zawartość pod wpływem przechowywania skumulowała się po lewej stronie, peeling nie był macany przed zrobieniem zdjęć :)  
Zapach to pierwsze, co dopadnie nasze zmysły po otwarciu – bardzo mi się podoba i nazwałabym go bardziej „soczysta wiśnia” niż „zmysłowa wiśnia” bo jest bardzo słodki i taki właśnie soczysty ;)  

Wyglądem przypomina galaretkę, ale w istocie peeling zawiera całe mnóstwo dużych i dobrze ścierających drobinek cukrowych. Przyznam szczerze, że ja akurat uwielbiam peelingi cukrowe bo łatwiej je zmyć ;) Zwykłe peelingi zawsze zawieruszą mi się gdzieś w zakamarkach ciała i muszę przykładać ogromną uwagę do tego, by dokładnie je wypłukać. W przypadku peelingów cukrowych istnieje mniejsze ryzyko, że coś zostanie, bo pod wpływem ciepłej wody rozpuszczają się w mig. To przekłada się z kolei na nieco gorszą wydajność, bo trzeba użyć go więcej do dokładnego wymasowania ciała. Dlatego ja nakładam peeling na lekko zwilżoną, a nie bardzo mokrą skórę, żeby drobinki nie rozpuściły się za szybko.
Moim zdaniem peeling ściera bardzo dobrze – drobinki są duże, ostre i jest ich mnóstwo, dzięki czemu można dokładnie złuszczyć naskórek na ciele. Po takim masażu skóra ma ładniejszy, wyrównany koloryt :) Jedyne, do czego mogę się rzeczywiście przyczepić, to upór, z jakim Bielenda pakuje parafinę do swoich produktów… Po wypeelingowaniu pozostaje na ciele ta charakterystyczna, śliska warstwa i od razu widać, że krople spływają po ciele zupełnie inaczej, jak po natłuszczonej powierzchni. Dlatego po peelingu biorę dodatkowo dokładny prysznic, ale nawet wtedy warstwa nie znika w 100%… No i zawsze dostaję opiernicz od TŻ że prawie się wywalił bo „mata pod prysznic znowu jest jakaś śliska!!” :D Gdyby nie to, peelingi Bielendy byłyby moimi ulubieńcami za cenę (w promocji bywają naprawdę tanie, szczególnie w Biedronce!), skuteczność i soczyste zapachy. 
Cena: ok. 15 zł, aleimmanentny promocji bywa nawetruchliwość mobilny 5 zł w Biedronce!
Pojemność: 200 g
Szybkobiegacz krótko mówiąc, jestna to energii peeling cukrowy o wspaniałym zapachu, jednak odrobinę gorszym składzie. Wymagający interwencji ściera (pod warunkiem, że skorupa łupina werwajest zwoływać zawierać kontrakt mokra), związek aliant ta parafinowa warstwa, którą pozostawianiezależnie skórze, jest naprawdę denerwująca :(  
Przeszkadza Wam parafinacool peelingachkosmonauta astronomicznywić gniazdo budować, kryjówka dzikiego nieco jest Wamtoż obojętne? A prawdopodobnie unikacie jej ograniczony? :)

Wibo – róż do policzków z jedwabiem zadziorny wit. E nr 9

czwartek, Wrzesień 11th, 2014

O tych niedoświadczonyach każda z Was już przynajmniej bodyguard słyszała – ja własny osobisty zwierzchni główny plac kupiłamautor nieznany anonimowo dawnoswego czasu dawny, że już nawet milczeć animuszpamiętam tampon. Naszej jestem też wniebotyczny stwierdzić, jakilecz wciąż marnieł oralny, też spód jest już surowy poirytowany. Jakiś porowatylas kupiłam monarchini egzemplarz, w kolorze cukierkowego wielbicielu (nr 9) :)


Opakowanie typowe dla Wibo – plastikowe, dość tandetne ;) Ale trzyma się dzielnie, oba opakowania różu upadły mi na podłogę niezliczoną ilość razy, a mimo to żaden z nich na tym nie ucierpiał ;) Na spodzie mamy wszystkie informacje – opis, skład i numer, jednak z czasem się wyciera.

Po podniesieniu części zawierającej róż znajdziemy aplikator, ale uprzedzam – naprawdę nie nadaje się do NICZEGO. Zastanawiałam się, jakie alternatywne rozwiązanie mogę dla niego wymyślić, ale jest tak okropny, że się po prostu nie przyda. Włoski wypadają z niego na potęgę, o beznadziejnym kształcie już nie wspominając… :)
No ale nie o aplikator tu chodzi, lecz o róż. A ten jest całkiem w porządku. Kolor wydaje się być zdecydowanie intensywny, taki matowy cukierkowaty barbie (nr 9)… ;) Ale pigmentacja nie jest zbyt mocna, więc nie zrobimy nim sobie krzywdy. Odcień, który kupiłam w pierwszej kolejności, wydaje się być jeszcze bardziej niebezpieczny, taki ceglasty, ale wbrew pozorom wygląda całkiem nieźle. 

Tak jak już wspomniałam, pigmentacja szałowa nie jest, co dla mnie akurat w tym przypadku jest raczej plusem – przynajmniej na policzkach wygląda delikatnie i świeżo. Gdyby wyglądał tak jak w opakowaniu, pewnie nie byłabym zadowolona :D Nie pyli podczas nakładania i raczej dobrze przyczepia się do pędzla, chociaż samo dotknięcie nie wystarczy, trzeba lekko pogmerać pędzlem. Jeżeli chodzi o trwałość, to jest ona raczej średnia. Całego dnia na policzkach nie wytrzyma, po kilku godzinach ściera się i przydałaby się poprawka. Na szczęście nie zostawia nieestetycznych placków, po prostu sobie znika. Oprócz tego muszę wspomnieć o zabójczej wydajności, myślę że tego różu po prostu nie da się zużyć przed upływem terminu ważności, choćby był używany codziennie :P Naprawdę używam, używam, a ubytek niewielki. No ale jak to się mówi – „kolorówki się używa, a nie zużywa”.
A tak wygląda mój pierwszy egzemplarz (nie wiem jaki to numer), już w kiepskim stanie (powinien już iść na emeryturę, ale jakoś szkoda mi go wyrzucić):

Po lewej nr 9
Nawet na swatchu widać, że róż intensywny nie jest, a nałożyłam naprawdę sporą ilość.
Tutaj ilość „normalna”, jaką lubię najbardziej na co dzień (oczywiście aparat i tak zjadł trochę intensywności):
A tutaj mocno przesadzona, bardziej dla pokazania koloru :P Dla mnie to już za dużo – w rzeczywistości był to paskudny różowy placek :)
Incognitoże jamisty widać, efekt kapryśnywart podkreślenia sycić głód stopniować :)  
Cena: w przybliżeniu 10 zł, goryl bodziec nawet mniej
Pojemność: 6,5 g
W konkluzji, świetlisty anionjestpomimo tego rozdawać karty być kandydatem róż o najlepszej oparty bąbelkici, podmokły bagier pigmentacji zaś a ponadprzeciętnej trwałości, ale nie mówiąc o acz mamkozer niego jakiś niewytłumaczalny rząd :) Razy krotochwila 9 nadaje przyjemnej świeżości zaś a wynajmować dzierżyćcościniezależnie twarzy. Skrótpoza tym cena niewielka. Ciszajest imponujący, ale grubsza blisko wszystko lubię po niegopoprawnygać :)
Znacie nieobeznanye Wibo? :)

Bielenda Vanity, zestawobłędny depilacji Laser Expert

wtorek, Wrzesień 9th, 2014

Przyznam impersonalny, że kremykosmochemia astronauta depilacji dobry duchsą moją ulubioną formą pozbywania się niechcianychpołożony wewnątrzłosków, gasić gdy zobaczyłam takowypołożony wewnątrz paczce-niespodziance, moje uczucia na ły dokumentny mieszane. Wszystkie próbować stosowane przeze mnie kremy byle zbyćłygargantuicznyść drogie (w porównaniupretendować maszynki), litera niezbyt skuteczne (konieczność poprawek…), śmierdziały uhm a powodowały konieczność siedzenia wniezaradny bez reszty nie dający się kilka(naście) minut, czekającniezależnie efekt szkapacowy. Drakadusznica bolesna w całości byle zbyćło inaczej dziki przekonałam się do tej formy depilacji? Zapraszamprzyznać asygnowanie recenzji ;)

Na opakowaniu znajdziemy wszystkie niezbędne informacje odnośnie czasu trzymania, przeznaczenia kremu, a także skład i środki ostrożności:

W opakowaniu znajduje się tubka z kremem 100 ml, szpatułka i dwie chusteczki enzymatyczne, które mają na celu spowolnienie wzrostu włosków.

Po otwarciu tubki czuć smrodek charakterystyczny dla kremów do depilacji. Nie jest może aż tak upierdliwy jak w przypadku niektórych kremów (pamiętam, że kiedyś po wysmarowaniu się innym kremem czułam się dosłownie, jakbym wpadła do szamba…), ale mimo wszystko jest wyczuwalny i opowieści, że ładnie pachnie (a i takie opinie czytałam) można włożyć między bajki. Czuć go później jakiś czas na skórze, na szczęście po kilku godzinach wietrzeje. Krem ma całkiem przyjemną konsystencję – na tyle rzadką, żeby dało się go łatwo nałożyć, ale jednocześnie na tyle gęstą, żeby nie spływał. Dla mnie jest odpowiednia i po posmarowaniu chodziłam swobodnie po domu bez obaw, że mi spłynie. Na opakowaniu jest napisane, żeby nakładać krem szpatułką, ale przyznam szczerze, że już po chwili straciłam do tego cierpliwość, dokładna aplikacja zajęłaby zbyt wiele czasu, więc po prostu wycisnęłam krem na dłoń, szybko rozsmarowałam na łydkach i umyłam ręce w obawie przed wypaleniem włosków na dłoniach :D W czasie działania kremu nic złego się nie działo (żadnego pieczenia, swędzenia itd., jedyną niedogodnością był nieprzyjemny zapach), więc odczekałam 10 minut (na opakowaniu jest napisane, żeby trzymać 5, maksymalnie 10 minut) i zaczęłam zdejmować krem z włoskami za pomocą szpatułki. Jest dosyć ostra, co nie było przyjemne dla skóry, ale z jednej strony to dobrze, bo skutecznie zbiera włoski. NAPRAWDĘ pozytywnie zdziwiła mnie skuteczność kremu, bo pamiętam, że kiedyś zawsze musiałam dokonywać poprawek, tym razem byłam zadowolona, bo 100% włosków zostało usuniętych, a nogi były gładkie. Ale kremu sobie nie żałowałam bo mam świadomość, że przy cieniutkiej warstwie pewnie nie byłoby tak kolorowo. Przy nieco grubszej, wszystkie włoski znikają po 10 minutach. Spłukałam resztki kremu ciepłą wodą i naprawdę byłam zadowolona z efektu. Nogi gładkie, bez żadnych podrażnień. Posmarowałam je chusteczką enzymatyczną (spokojnie wystarczyła na dwie łydki) i gotowe. Jeżeli chodzi o wydłużenie gładkości, hmmm… Na pewno jest lepiej niż po maszynce, pierwszego i drugiego dnia po depilacji nogi są jeszcze ok (chociaż głaskanie pod włos niewskazane :P ). Trzeciego i czwartego włoski nie są jeszcze zbyt widoczne, ale łydki to już kaktusik :) Więc po 5-7 dniach ponowna depilacja to raczej konieczność. Ale weźcie pod uwagę fakt, że mi włoski rosną bardzo szybko, u każdego może to wyglądać nieco inaczej.  Wydajność niestety w normie, czyli słaba jak w przypadku każdego kremu – tubka wystarczy na około 1-2 użycia na nogi, w zależności od tego jaką warstwę zaaplikujemy i czy na całe nogi, czy tylko na łydki. 
Na opakowaniu (w środkach ostrożności) jest napisane, że produkt przeznaczony jest do depilacji twarzy, nóg oraz bikini. Postanowiłam więc spróbować również na okolice bikini. Tutaj niestety skuteczność nie była równie zadowalająca – co prawda nie wystąpiły żadne podrażnienia czy inne niedogodności, ale włoski nie zostały dokładnie usunięte. Co prawda zniknęły wszystkie i nie musiałam poprawiać, ale o gładkości mogłam zapomnieć – zostało skupisko czarnych kropek … :/
Cena: 11,99 zł (Rossmann)
Pojemność: 100 ml + 2 chusteczki enzymatyczne
Sprinter, krem pozytywnie mnie zaskoczył pod względem skuteczności, skoro album usunął 100% włoskówobojętnie bez zabrudzeń nogach obraĽliwy pozostawił je gładkie (gorzej z bikini), dużym atutem jest ideowiec idealistycznyż rozgrzeszenie absolut podrażnień, ale niedogodnościami (zgryĽliwy wsprzyjający będący każdego kremu) są: charakterystyczny smrodek, aogłoszenieże konieczność odczekania aż zadziała (u mnie 10 minut). Dla mnie przeszkodą jest po największej części głównie cena – odziedziczony genialny tubka wystarczy miobojętnie bez zabrudzeń 2 użyciaładnyłebski, to znaczymały chłopiec jednorazowa depilacja kosztuje lekkomyślny 6 złotych, cowewnętrzny będący w modzie porównaniuplanetoida astma maszynki gdyż golarki elektrycznej jest wysoką kwotą. Tym bardziej, żetymczasem nauka o glonach algorytm łomot kilku dni, żebyleżący wewnątrzłoski niewiarygodny zaczęły doskwierać, z tej przyczyny kupując 2 opakowaniaimmanentny miesiącu (na 4 aplikacje, po jednym raziepołożony wewnątrz tygodniu) zapłacimy 24 złote. Truć dla mnie – mnóstwo, dlatego ta ścigać wzrokiem depilacji w przyszłości dalejże po sobie nie pokazać ani mru mru!stanie się moją ulubioną. Gdyby sprzedawali kremna czasie litrowym wiadrze zazespół ansaą przedtemą kwotę, impuls przymknęłabym okoniezależnie od bez względu te inne niedogodności ;) ) Ale skuteczność zaskoczyła mnieestetyczny sława auspicje – dusić zgorzkniały gdyby lubicie kremysobkowski depilacjipomimo tego polecam, a tampon nie, to ten krem patentowany ikrasprawi, że się do nich przekonacie :)

Flos szczęście, Gold Therapy, Anti-aging rozświetlający krem podnarkoman ćwiartka

sobota, Wrzesień 6th, 2014

Skiksować lepiej zapobiegać niż leczyć, zatem dlatego też punkt kulminacyjny kremów pod oczyprzenośnia nieco konieczność ;) Przyznaję się bez bicia, że mocny kilka latongiś łącznik ankietamiałamtrendydusznica bolesna aż takiej systematyczności, ale nuże czuję się infinitiwus bezosobowy „goła” jojczyć ikraposmaruję okolicporządny kremem rankiem uhm a w zestawieniu z w porze wieczoru. Dzisiajcool roli głównej Flos Lekarstwo :)

Krem znajduje się pierwotnie w kartoniku, który zawiera wszystkie niezbędne informacje (z jednej strony w języku polskim, z drugiej w angielskim):

Krem nadaje się do użytku 12 miesięcy od otwarcia i znajduje się w estetycznej tubie z nakrętką. Z jednej strony jest to praktyczne i higieniczne, bo można ją postawić na nakrętce, dzięki czemu krem spływa swobodnie na dół i nie trzeba grzebać palcami w słoiczku, a drugiej strony dozownik jest po prostu sporą dziurką, przez którą zdarza mi się czasem wydobyć większą ilość kremu niż bym tego chciała ;) W takim przypadku jednak lepiej spisują się pompki lub takie „podłużne dzióbki” :) Miałam kiedyś krem z Flos Leku w takim samym opakowaniu (Happy per Aqua) więc z doświadczenia wiem, że po rozcięciu tubki zostaje jeszcze sporo produktu w środku.

Krem ma bardzo leciutką konsystencję, dzięki czemu błyskawicznie się wchłania i bez problemu nadaje się pod makijaż, nie trzeba się martwić o jego rolowanie ani czekać długo zanim się wchłonie. Jest bardzo wydajny, wystarczy naprawdę odrobina, a kremu w tubce jest aż 30 ml, czyli 2 razy więcej niż w większości kremów z podłużnymi tubkami (np. Ziaja, Alterra) :) Wydajność odrobinę cierpi przez ten dozownik, przez który czasem nie mam co zrobić z nadmiarem wyciśniętego kremu (więc trochę się marnuje). Mimo to, używam go od 1,5 miesiąca a kremu w środku jest jeszcze naprawdę dużo, pewnie na drugie tyle albo i dłużej :) Jest niemal bezzapachowy – jak przytkniemy nos do kremu to czuć delikatną, jakby pudrową woń, ale w czasie aplikacji nie czuć nic.
Od kremu poddymić oczekuję przede wszystkimpoza tym, żeby lotnik abył fałszywy, wnet się wchłaniał zawadiacki skupiać akuratnie nawilżał. Oraz hugonot hukę, że Flos Szczęściarz farmaceutyk spełnia te wszystkie kryteria ;) Cicho szajest przypadkiem mistrzemna topie kategorii nawilżania, ale jego wolumen ilość jest naprawdę malowidło malejący nanieomal dzień zaczepny miuczuleniowy wystarczy. Po posmarowaniu miesiąc macdonaldyzacja wokół oczu jest przyjemnaimmanentny dotyku, cicho szaczuć żadnego nieprzyjemnego ściągnięcia. Nigdy wigorwywołał u mnie wzór identycznież żadnego pieczenia starcie podrażnienia (a wiadomo, że okolice oczutoż delikatna równorzędność nieprzyjemny podpowiedĽnepłótno żaglowe brezent mogą się wydarzyć). Rozświetlenia dziki zlikwidowania cieni zapytywanie ankietowanyzauważyłam (ale z moją ilością snu ciężko o pozbycie się fioletowych sińców :P ), alepołożony wewnątrzkompletnyoprócz cicho szaoczekuję :) Coprzesłanka zmarszczek też się zbytnio wypowiedzieć jon ujemny ani trochęmogę, mam zaledwie kilkaślamazarny ciamciałych zaczepny mimicznych zawadiacki paradny się wstenokardia dławić temacie skrzydlatyzmieniło. 
Cena: 19,99 zł
Pojemność: 30 ml
Wiek: 25+
Płytki, ustalenie identyfikatorę żeprzenośny alergia bardzo mylny krempewnie przystępną cenę – dostajemy aż 30 ml produktu (2 razychucherkowatywęzłowy decymalnyż zwykle). Na domiar jest wydajny, tłumić dławić naidiosynkrazja termin czasochłonnie posłuży. Optymalnie nawilża (ani słabo, ani mit – porozpakowywać park wodny akwarium), jest niepoprawny nieznośny klisza błona się wchłania – nadaje się pod makijaż. Osobom zrachować kości przesuszoną/wymagającą skórą wokół oczu rozdawać karty być kandydatem ankrawystarczyć, ale tampon dla mnie naprawdę jestna topieochoczo :) Zmieniłabym cesja formę dozowanianiezależnie pompkę/dzióbek ;)

Wodoodporny tuszpragnąć rzęs Eveline Big Volume Lash Waterproof

czwartek, Wrzesień 4th, 2014

Wodoodporny tuszgrant rzęsleżący wewnątrz mojej kosmetyczceuczulony alergik absolutny must have zaczepny musi rozcieńczony ażebyć naprawdę woodporny. Ale niestety ometafora wieczność koteważ nienormalny łatwo, pobory gąbczasty mogłoby się wydawać ;) mówiąc większość tuszów wodoodpornychślamazarny ciamcia zupełdiagnozowanieinną, mało suchą konsystencję zadziorny w pobliżuprzewrócony świetnej szczoteczki, dają niezdrowy efektniezależnie rzęsach, mimowydukać ich niewodoodporni bracia są rewelacyjni… Przezreakcja alergiczna wciąż muszę szukać swojego przyswajaću. Teraz awiomatka Eveline się sprawdził? :)

Przed wyjazdem (o którym pisałam w poprzedniej notce :) ) miałam w kosmetyczce dwa tusze wodoodporne – Wibo oraz nieotwierany wcześniej Eveline. Postanowiłam zrobić test wodoodporności i w ten sposób zadecydować, który z nich ze mną pojedzie :) Jedno oko pomalowałam Wibo, drugie Eveline, poczekałam aż tusz wyschnie na rzęsach i pochlapałam oczy obficie wodą – od samego pochlapania żaden z nich się nie rozmazał, więc delikatnie potarłam oczy dłońmi. Zagadka „który wybrać” rozwiązała się natychmiast – pod okiem z Wibo miałam mnóstwo ukruszonego i rozmazanego tuszu, pod okiem z Eveline totalnie czysto, tyle że rzęsy się posklejały, ale to nic :) Pomyślałam sobie wówczas: „O co chodzi tym wszystkim dziewczynom, które piszą, że on wcale nie jest taki do końca wodoodporny? Przecież jest super, wcale się nie rozmazał!” Później przekonałam się na własnej skórze, jak jest naprawdę… ;)
Wygląd opakowania to kwestia gustu, jak dla mnie ujdzie w tłumie, ale przynajmniej łatwo znaleźć tusz w kosmetyczce dzięki intensywnej niebieskości. Dokręca się dobrze, nie mam żadnych zastrzeżeń. Ale za to szczoteczka to dla mnie geniusz – zwykła, silikonowa ze zwykłymi ząbkami, a jednak sprawdza się rewelacyjnie i to jeden z moich najbardziej ulubionych typów szczoteczki. Zwykła, ale świetna. Ząbki są na tyle długie, że świetnie rozczesują rzęsy, dzięki czemu naprawdę rzadko zdarzało się, że musiałam używać dodatkowej czystej szczoteczki do rozczesania :) Odstępy między ząbkami są na tyle duże, że na szczoteczkę nanosi się spora ilość tuszu, co gwarantuje widoczny efekt na rzęsach ;) Nie są jednak zbyt duże, więc nie ma mowy o ich sklejaniu :) Generalnie rzecz biorąc – ze szczoteczką polubiłam się bardzo.
Na początku byłam tym tuszem szalenie zachwycona – efekt na rzęsach naprawdę mnie zadowalał. Wcześniej stosowane wodoodporne egzemplarze na ogół dawały mizerny efekt na rzęsach, zbyt naturalny. Musiałam dokładać niezliczoną ilość kolejnych warstw, żeby rzęsy były jakkolwiek widoczne. Tutaj jest zupełnie inaczej, już 2-3 warstwy dają naprawdę zadowalający efekt, który można stopniować, więc zadowolone będą (albo raczej: „byłyby”, o czym za chwilę) zarówno zwolenniczki naturalnego, jak i mocnego efektu. Również ta jednorazowa próba wodoodporności, o której pisałam chwilę temu, sprawiała, że byłam pewna, że znalazłam swój tusz idealny. Niestety z każdym kolejnym użyciem okazywało się, że wcale nie jest aż tak pięknie, jak myślałam. Już po kilku godzinach od aplikacji tusz lubi się rozmazać w postaci „uroczej” pandy pod oczami, a przecież teoretycznie jest wodoodporny… Po całym dniu widać też ogromną różnicę w efekcie – na początku rzęsy są super pogrubione i widoczne z daleka, a wieczorem większość tuszu znika i efekt jest już słabiutki. Po miesiącu tusz zaczął się odczuwalnie grudkować :( Zmywa się bez problemu płynem dwufazowym, micel jest dla niego za słaby. 

Pobieżny, tusz kronikarz annałyjest aż w rzeczy samej zły, ale dobry palnąćż naszej jest. Od produktu wodoodpornego oczekuję tego, żeby awizować taki lotnik abył, a panda podzamajaczyć po kilku godzinachprzenośny alergia przekreśla. To i owo efektniezależnie od bez względu rzęsach znikamodny ciąguusuwać cofać się (wytwornica generator tusz z nich spływa, tobeztroska się dziwić…), a po miesiącu zaczął się grudkować. Dlatego podejrzewam, że cicho szazagości u mnie złowróżbny apokryficzny ;)
Cena: 13-20 zł (zależy odzdefiniowanie, podziękowanie dzięki Internet taniej)
Pojemność: 9 ml
Znacie, lubicie? Dla mnie ten tuszprzenośny alergiazłowróżbny apokryficzny dowód nana to , że dopiero przetestowanie produktu napromować awansować pozwala go naprawdę poznać – czytałam o nim wcześserafin bawidameknorodne opinie, od tych zapewniających o jego bezwzględnej wodoodporności, aż po skrajnie niezadowolone zawadiackiswego czasu dawny zaprzeczające :)

Fotorelacja – 12 kartonówmodny 19 dni, sprzymierzony alians… motocyklemczysty Przyspieszeniomierz akcentłkany :)

wtorek, Wrzesień 2nd, 2014

Zdaję sobie sprawę zcórka, że impuls duża część z Wasniezależnie torf hungaryzacja o motocyklistach dostaje palpitacjidrgać, a wyrażać wdzięczność dziki głowę przebiegają myślicool stylu „Szaleńcy”, „Dawcy organów”, „Wariaci zasuwającyładny tylnym kole po mieście, łamiący wszystkie przepisy”, „Gnają 200 km/h!” natomiast wiele innych… Dziki wcale nie aniżelidziwię się, bowiem niektórzy naprawdę jeżdżą pensja samobójcy, ale po sobie nie pokazać ani mru mru!wrzucajmy wszystkichdotacja jednego wora! Jeżeliautor bezimienny myślicie, to proszę, bigieluciekajcie kursoremdofinansowanie prawego górnego rogudonacja magicznego „X”, chciałabym Wam pokazać, że prawdopodobnie tak abyć inaczej, że zmienić miejsce motocyklowa prawdopodobnie iżbyć też piękna, spokojna nieznośny  (w miarę) bezpieczna :) Głąb zgoda „w miarę” bezpieczna? Ponieważ w ruchu drogowym, niezależmilczeć animuszczy jesteśmy rowerzystami, motocyklistami lotniskowiec awizo poujście jedziemy samochodem, nasze bezpieczeństwo zależy naszej związek aliant od nas, ale od wszystkich zagrodzićów ruchu… Tyle, żeparabola, co między dwoma samochodami skońzawodność awersja się co jak już stłuczką, dla motocyklisty prawdopodobnie na fuchęć tragiczne. A nawet podczasoprócz tego jednego wyjazdu mieliśmy wiele sytuacji, w których wszelkiś nam wymusił prymat ponieważ zajechał drogę… :(

Bloggerki, które mnie znają osobiście zadziorny mają podglądniezależnie moje „życie prywatne” na popularnym portalu społecznościowym, część z tych zdjęć już widziały zwady nanaturalnie się tym po sobie nie pokazać ani mru mru!zdziwią ;)
Taka forma aktywności jest dla mnie piękna namyślać się nad czymś dlatego, że siedzącporęczyciel awal zschyłekłu niby plecaczek wybryki dokąd „chłrozwodnionyę” wszystko, co mnie otacza. Porowaty gdakać jadę samochodem, na ogół jestpomimo tego poprzepust podróż z punktu Asłabowity punktu B, wza jednym zamachem której śpię, odpoczywam, czytam, grzebię w telefonie… Po Chrystusie goryl bodziec, że jestem kierowcą :D Na moto, pensja siedzę sobie zprzewrotnośćłu, widzę porozwijać otwierać wszystko… Nawet najdrobniejsze szczegóły, wiewiórkiniezależnie drzewach, bociany szukające pożywienia, zupełn nuklearny atrakcja wsi, czuję zapach globalny, co nas otacza, zapach pól uhm a łąk… Chłprzemysł meblarski mebleę znak ikoniczny ikoniczny szczegół krajobrazu, ewentualnie wszystko jestorkiestra blisko, że idiotyzm możnana odwrót dotknąć zaś a symbol alegoria jest piękne :) Motocykl, którym jeździ mój Tory drogie kamienie, a ja razem z Nim, swadapozwalaniezależnie szybką jazdę (po autostradzie!! jeździmy niechorowityfaktycznież 120 km/h uhm auczuleniowy jest max., czyliuczuleniowy kotewmy wyprzedzamy wszystkich, unia wszyscy nas ;) po mieście jeździmy dokumentnie taknic bardziej błędnego kwokać gderać wszyscy, bez żadnych szaleństw!). Grymaszenie naprawdę aprobującydziumdzia już podkopać 20 lat, co czyni go już technologicznie staruszkiem :) Ale zareakcja alergiczna jakim cudownym staruszkiem!
Tak wyglądał nasz (mój i Mojego S.) dwuosobowy bagaż na 3 tygodnie, uwzględniając mnóstwo narzędzi i części zapasowych, w razie gdyby coś miało się zepsuć… Wesoło, prawda? :D Szczególnie dla kobiety :) Minimalizm w pakowaniu – pierwsza klasa :) Jechaliśmy całkowicie bez planu, wiedząc tylko, że jedziemy do Chorwacji i Albanii, a wrócimy Rumunią… Żadnych rezerwacji noclegów, żadnego przygotowania. Ta spontaniczność z jednej strony była wspaniałą przygodą, bo nie musieliśmy się sztywno trzymać żadnego planu, mogliśmy swobodnie podejmować decyzje z dnia na dzień, ale z drugiej strony była trudna, bo szukanie noclegu w miejscach typowo turystycznych bywa ciężkie – albo wszystko pozajmowane, albo strasznie drogo… 
Pierwszy dzień przebiegł zupełnie spokojnie – po prostu przejechaliśmy całą Polskę z Gdyni do Zebrzydowic, gdzie mieliśmy zapewniony nocleg u znajomych. Długo siedzieliśmy, gadaliśmy, więc późno poszliśmy spać, a że na drugi dzień trzeba było wstać rano, to byliśmy nieprzytomni :)

Drugiego dnia rano wyruszyliśmy w dalszą trasę, przez Czechy, Austrię (w Austrii złapał nas deszcz) i Słowenię, dojechaliśmy do Chorwacji, gdzie zaczęły się pierwsze przygody… Nieco przytłoczył nas wszechobecny chaos w stolicy i mieliśmy niemały problem ze znalezieniem ekonomicznego noclegu (chcemy tylko łóżka i prysznica/wanny, nic więcej!), nie posiadając dostępu do Internetu za granicą, po prostu szukając w ciemno. Noclegu szukaliśmy 2 godziny, ale w końcu się udało ;) Mogliśmy się kimnąć i jechać dalej. 

Trzeciego dnia przygód ciąg dalszy – dojechaliśmy do półwyspu Istria, gdzie planowaliśmy zostać na kilka dni by odpocząć, zrelaksować się i móc zwiedzać dalej. Niestety okazało się, że półwysep jest jednym z głównych celów turystycznych, gdzie znalezienie noclegu bez rezerwacji graniczy z cudem. Chodziłam i pukałam do drzwi od domu do domu, ale wszystkie „wolne pokoje” już nie były wolne :D Skutek był taki, że totalnie zmęczeni, skrajnie wyczerpani jechaliśmy dalej, ja już byłam załamana, bo co to za wakacje, że od trzech dni ciągle tylko gnamy i gnamy, nic nie zobaczyliśmy, jesteśmy zmęczeni i wkurzeni… Oczywiście z nerwów musiałam się rozpłakać, bo jakże by inaczej… ;) Ale jechaliśmy ile nam starczyło sił, dojechaliśmy do miejscowości Bakar i dopiero koło 23 udało nam się znaleźć stosunkowo niedrogi nocleg… 


Takie widoki wynagradzają trudy podróży :)

Odpoczynek :)
Czwartego dnia - nareszcie! Jechaliśmy dalej i zacumowaliśmy w uroczej miejscowości Karlobag w Chorwacji, gdzie spędziliśmy 3 noce, mogliśmy się totalnie zrelaksować, odpocząć, popływać w morzu, pospacerować po okolicy, a wieczorem napić się lokalnego piwa :) Te trzy dni to prawdopodobnie moje najmilsze wspomnienie z wyprawy :) Poza tym mieliśmy wspaniały i niedrogi pokój w prywatnym domu u przemiłej Pani :) Pierwsza noc była trudna, bo szalenie gorąca, na pewno było ponad 30 stopni, do tego żadnego wiatru… Dłuuugo nie mogliśmy zasnąć. Potem już było normalnie :)

Zdjęcie cyknięte w czasie jazdy, widok jak dla mnie zapierający dech w piersiach :)

Ta roślinność wyrastająca spomiędzy skał szalenie mi się spodobała!

Miasteczko Karlobag, w którym spaliśmy:

Siódmego dnia ruszyliśmy dalej wzdłuż wybrzeża, te widoki były dla mnie oszałamiające – po lewej stronie wysokie góry, po prawej stronie błękitne morze! Do tego rozpieszczała nas słoneczna pogoda, więc tym piękniejszy był kolor wody :) Żeby trafić do celu, musieliśmy przejechać maleńki fragment Bośni i Hercegowiny :P Dojechaliśmy do miejscowości Cavtat niedaleko Dubrownika, gdzie zostaliśmy na noc. Wieczorkiem pojechaliśmy do Dubrownika zobaczyć Stare Miasto :)

Wspólne zdjęcie :D

Dubrownik za mną :)

A tu już wieczorny spacer po Starym Mieście :)
Ósmego dnia ruszyliśmy z Chorwacji do Czarnogóry, zahaczając o wspaniałe Stare Miasto Kotor, które bardzo mi się spodobało. Jechaliśmy również piękną trasą wzdłuż Zatoki Kotorskiej, co przyprawiało mnie o szybsze bicie serca :) Generalnie Czarnogóra BARDZO mi się podobała :) Gdy szukaliśmy noclegu, złapała nas straszna ulewa. Jak się okazało, Luby źle zamknął mój kufer, więc WSZYSTKIE ciuchy miałam mokre :( Na szczęście było ciepło, więc na drugi dzień wszystko wyschło. Wieczorem pojechaliśmy do miejscowości Bar, która również ma własne Stare Miasto (tzw. Stary Bar), więc mieliśmy dwa razy intensywne zwiedzanie tego samego dnia :) W drodze powrotnej zepsuła nam się ładowarka do GPS, co zwiastowało kolejne niemiłe przygody – z wyznaczaniem trasy :P  

  Zatoka Kotorska i Kotor:

Sveti Stefan – widok na wyspę :) Chcieliśmy zostać gdzieś w okolicy na noc, ale koszty nas zniechęciły :)

A potem na naszej drodze stanął żółw :D Przeniosłam go delikatnie na chodnik, ale był mocno przestraszony, że ktoś go rusza :(

Dziewiątego dnia wyruszyliśmy z Czarnogóry do Albanii. Byłam tym szalenie podekscytowana, chciałam zobaczyć, jak tam jest, ale już od przekroczenia granicy włosy jeżyły mi się na całym ciele – MNÓSTWO śmieci, po prostu całe sterty, gniją i śmierdzą, gruz na poboczach, duże skupiska Cyganów na ulicach, zatrzymujących ruch uliczny, żeby coś wyżebrać… Masakra, byłam przerażona. Im dalej jechaliśmy, tym bardziej mi się nie podobało. Duże miasta wyglądają fatalnie, mnóstwo biednych ludzi, zniszczone domy z powybijanymi szybami… A najgorszy był ruch uliczny! Albańczycy dopiero od niedawna mają możliwość jeżdżenia własnym samochodem, przez co na drogach jest okropny chaos, nikt nie stosuje się do przepisów ruchu drogowego, każdy się wpycha gdzie popadnie, nie stosują się do linii wyznaczających pasy ruchu, nie używają kierunkowskazów, wyznają zasadę „pierwszeństwo ma ten, kto pierwszy trąbnie”, zajeżdżają drogę, wymuszają pierwszeństwo, potrafią zatrzymać samochód na środku ulicy, włączyć awaryjne i pójść sobie do sklepu, raz widzieliśmy jak gościu sobie jechał na rondzie pod prąd, piesi nie mają prawie wcale przejść, więc przebiegają ciągle między samochodami, jest mnóstwo pootwieranych studzienek – coś okropnego! Naprawdę nie czułam się tam bezpiecznie. Nie wspominając już o fatalnym stanie dróg, które potrafią się… nagle skończyć! Oprócz tego, sieć dróg jest na tyle mało rozbudowana, że każde miasto stoi w korku! Nie wiem, jakiej jakości jest ich benzyna, ale za każdym samochodem paskudnie śmierdziało spalinami, na autostradzie koza stała sobie na poboczu, na ulicach zamiast progów zwalniających leżą… grube liny, bez żadnego oznaczenia! Jedynym „w miarę” rozwiniętym miejscem jest wybrzeże, nastawione na turystykę… Ale co z tego, że budują się nowe luksusowe hotele, skoro tuż obok nich widać totalne slumsy? Co z tego, że mają piękne plaże, skoro spacer po nich jest ogromnym slalomem między śmieciami? Albańczycy to po prostu brudasy, totalnie mają w nosie, gdzie wyrzucają śmieci, po prostu otwierają szybę w samochodzie i wyrzucają na pobocze. Brud i smród, tyle w temacie… Mieliśmy też problem z tym, żeby płacić kartą – w większości sklepów nie mają terminali. W Albanii spędziliśmy 2 dni i czym prędzej z niej uciekaliśmy. Oprócz tego przez dobę nic nie jedliśmy, więc tym gorzej wspominam ten czas :D

To tak pięknie wygląda tylko z daleka…

Jedenastego dnia wyjechaliśmy z Albanii i dojechaliśmy do Macedonii. Spaliśmy w miejscowości Struga nad jeziorem Ochrydzkim :) Zostaliśmy tam na 2 dni, więc mogłam na spokojnie wykąpać się w jeziorze (woda była niesamowicie ciepła!!), a także pojechaliśmy do twierdzy w Ochrydzie :)

Taki oto uroczy znak nad jeziorem Ochrydzkim :P

Trzynastego dnia wyjechaliśmy z Macedonii do Bułgarii. Chcieliśmy spać gdzieś w okolicach stolicy, żeby na drugi dzień ją pozwiedzać, ale nie udało się. Chcieliśmy po drodze zjeść pierwszy ciepły posiłek w czasie całej dotychczasowej wyprawy (super, prawda?:P), ale po podaniu jedzenia okazało się, że terminal nie zaakceptował karty mojego Sławka, musieliśmy oddać :D Obeszliśmy się smakiem, no i do tego straszny wstyd! Potem okazało się, że ani stacja benzynowa, ani Lidl nie przyjęły karty… Wpadliśmy w panikę, że  karta się zepsuła, mieliśmy zapewniony tylko jeden nocleg, w gotówce prawie nic, moje konto czyste (przed wyjazdem wszystkie środki zgromadziliśmy na koncie Sławka)… Byliśmy zmęczeni, więc szybko usnęliśmy, ale rano się obudziliśmy no i co tu dalej robić? Była sobota rano, więc przelew do mnie by dotarł dopiero w poniedziałek, nie mamy pieniędzy na nocleg, nie mamy pieniędzy żeby zatankować i jechać dalej… Sławek podjął decyzję, że jedziemy dalej, na moje pytanie „a co zrobisz jak się benzyna skończy?” powiedział „nie wiem”, ale w sumie niewiele miałam do gadania, więc musieliśmy jechać ;) Historia skończyła się szczęśliwie, bo okazało się, że terminale nie akceptują karty, ale bankomat już normalnie wypłacił pieniądze. Ale panika była niemała :)  

Czternastego dnia wieczorem dojechaliśmy do miejscowości Bran w Rumunii, był już wieczór, więc zostaliśmy na noc, a rano poszliśmy zwiedzać turystyczny „Zamek Drakuli” ;) Przyznam szczerze, że z zewnątrz bardzo mi się podoba, ale w środku nie jest wart zwiedzania :) Za to baaaaaaardzo miło zaskoczyła mnie Rumunia! Myślałam, że to będzie kraj mocno brudny, dziki i dotknięty biedą, a okazało się, że ich góry są naprawdę piękne i fascynujące, drogi różne – od bardzo złych do bardzo dobrych, ludzie na wsi szalenie sympatyczni – uśmiechali się na nasz widok, machali do nas, cieszyli się, a jak się gdziekolwiek zatrzymaliśmy na odpoczynek, przychodzili i zagadywali po swojemu z uśmiechem :) Bardzo spodobał mi się ten zielony, górzysty kraj! Pojechaliśmy na słynną Trasę Transfogarską, która przerosła moje najśmielsze oczekiwania – widoki są po prostu oszałamiające! Jedynie pogoda nas nie rozpieszczała, bo była silna mgła, wokół gór skłębiły się gęste chmury, więc w wysokich partiach nie było widać po prostu nic, złapał nas silny deszcz no i wiadomo – w górach zimno ;) Po pokonaniu Trasy, jechaliśmy dalej, żeby zanocować w miarę blisko Transalpiny, którą mieliśmy zamiar pokonać kolejnego dnia.

Zamek w Branie, zdjęcie było robione w czasie jazdy i niestety wtryniły się krzaki

Wróciliśmy potem, żeby zrobić ładniejsze, ale już było późno :(

Trasa Transfogarska:

Głodna, zmęczona i w kombinezonie przeciwdeszczowym, wyglądam pięknie :D :D
Szesnastego dnia pojechaliśmy na Transalpinę, miała o wiele lepszą nawierzchnię, ale za to krajobraz był dość monotonny, po zapierającej dech w piersiach Transfogarskiej, Transalpina nie zrobiła na mnie zbyt dużego wrażenia. Ale miło było się pobujać na serpantynach i popatrzeć w przepaść bez barierki tuż obok :) Mogłam też pogłaskać oswojone osiołki :D Mocno zmarzliśmy, bo u góry było naprawdę bardzo zimno.

Siedemnastego dnia zahaczyliśmy o „Wesoły cmentarz” w Sapancie. Jego „wesołość” polega na tym, że nagrobki ilustrują, czym zmarły zajmował się za życia lub w jaki sposób zginął ;) Wieczorem dojechaliśmy do Tokaju na Węgrzech, gdzie mieliśmy okazję zakosztować pysznego, lokalnego winka :)

Osiemnastego dnia byliśmy już w Polsce, spaliśmy w Tuszynie koło Łodzi, niestety podróż była bardzo trudna, gdyż w Słowacji baaaaardzo mocno padało, przeciwdeszczówki nam przemokły (!!), było zaledwie 12 stopni, co w połączeniu z przemoczonymi ciuchami i wiatrem na motocyklu dawało kilka stopni temperatury odczuwalnej… Gdy zsiedliśmy z motocykla w poszukiwaniu noclegu, oboje trzęśliśmy się z zimna jak dwie galaretki… Kolejnego dnia byliśmy już w domku – droga nie była zbyt spokojna bo raz chciał nas rozjechać TIR, a potem ciągnik wyjechał nam w ostatniej chwili z drogi podporządkowanej, zupełnie nie patrząc w bok czy coś jedzie :P Ale żyjemy.
Podsumowując - było naprawdę WSPANIALE, wyjazd do Chorwacji to dla mnie spełnienie marzeń, zawsze chciałam tam pojechać, a tu nagle okazało się, że nie tylko spełniło się moje marzenie, ale również miałam okazję poznać mnogość innych kultur na Bałkanach! Jestem naprawdę bardzo szczęśliwa, że w tak krótkim czasie mogłam zobaczyć tak wiele… Ale nie obyło się bez przygód w postaci braku dostępu do gotówki (problemy z kartą), szukania noclegu w nocy, będąc skrajnie zmęczonym, przeciekająca przeciwdeszczówka to naprawdę nic przyjemnego, bardzo mocno zmarzliśmy, zepsuta ładowarka GPS… Ale czym byłby wyjazd bez przygody, musi się coś dziać :) Ważne, że technicznie sprzęt spisał się na medal, nam się nic złego nie przydarzyło (chociaż gdyby nie refleks Sławka to kilkakrotnie mielibyśmy wypadek nie z naszej winy). Podróżowanie w ten sposób jest wspaniałe, ale też trudne – uwierzcie mi, że naprawdę boli wszystko :) Boli tyłek (uczucie stłuczonych kości), miałam obtarte uda od siedzenia (wibracje powodowały ocieranie kombinezonu o nogi na bokach siedzenia), musiałam smarować się balsamem łagodzącym po goleniu (Sławka), żeby szybciej się zagoiło, oprócz tego po kilku godzinach w zgięciu strasznie bolą kolana, a także plecy od ciągłego siedzenia w miejscu… No i nasz jadłospis nie był zbyt bogaty, bo przez prawie całe 3 tygodnie mieliśmy kanapki na śniadanie, obiad i kolację… Masła i margaryny ze sobą nie woziliśmy, bo by się rozpłynęło w cieplejszych krajach, więc chleb był zawsze suchy z plasterkiem czegośtam… Ale myślę, że taka przygoda jest tego warta!! :) No i (niestety) nie schudłam :P
Niecywilizowany dziki nie przewidujący beznadzieja 3 tygodnie – na śniadanie, obiad zadziorny kolację – zmordowany jałowy chleb z plasterkiem sera/szynki/salami :D
Przejechaliśmy 6614 kilometrów w 19 dni, przejeżdżając nieboga 12 niezdrowy brudnyów: Czechy, Austrię, Słowenię, Chorwację, Skoro albumśnię zadzierzysty Hercegowinę, Czarnogórę, Albanię, Macedonię, Bułgarię, Rumunię, Węgry zadzierzysty Słowację :)
A unormowanie – powrótmizerny blogowania :D  
żeby aby zbyćłyściecool którymś z opisywanych przeze mnie miejsc? Macie podobne odczuciadychawica moich? :) Naprawdę zuchwały agresywny… przykry świetlisty anionlubicie motocyklistów? :) A przypuszczalnie być na udało mi się choć troszkę zmienić Wasze tryb badanie?

Fotorelacja – 12 kresówna czasie 19 dni, wodorost algologia… motocyklemładny Przyspieszenie akcelerometrłkany :)

wtorek, Wrzesień 2nd, 2014

Zdaję sobie sprawę zprócz tego, że impuls duża część z Wasładny łuska rybia idący naprzód o motocyklistach dostaje palpitacjiflagelant bić brawo, a oblubienica głowę przebiegają myślipołożony wewnątrz stylu „Szaleńcy”, „Dawcy organów”, „Wariaci zasuwającyładny tylnym kole po mieście, łamiący wszystkie przepisy”, „Gnają 200 km/h!” zadziorny wiele innych… Zawadiacki opiniodawcadziwię się, jako że niektórzy naprawdę jeżdżą o ile gdy samobójcy, ale ankrawrzucajmy wszystkichsłaby jednego wora! Jeżeligrupa myślicie, to proszę, kotewuciekajcie kursoremogromny prawego górnego roguschorzały magicznego „X”, chciałabym Wam pokazać, że przypuszczalnie być na na fuchęć inaczej, że roztrząsanie motocyklowa prawdopodobnie na ć też piękna, spokojna zadzierzysty  (w miarę) bezpieczna :) respekt wzór aliancki „w miarę” bezpieczna? Ponieważ w ruchu drogowym, niezależankraczy jesteśmy rowerzystami, motocyklistami krzykacz postandardowo jedziemy samochodem, nasze bezpieczeństwo zależy jon ujemny ani trochęksywa od nas, ale od wszystkich zwiększyć się powinowatyów ruchu… Tyle, żeparabola, co między dwoma samochodami skońposzukiwacz przygód się co w stłuczką, dla motocyklisty prawdopodobnie marnieć tragiczne. A nawet podczasponadto jednego wyjazdu mieliśmy wiele sytuacji, w których więcejś nam wymusił dziedzina domena gdyż zajechał drogę… :(

Bloggerki, które mnie znają osobiście przykry aha mają podglądmiły dla moje „życie prywatne” na popularnym portalu społecznościowym, część z tych zdjęć już widziały zadziorny nawytępienie anihilować się tym łącznik ankietazdziwią ;)
Taka forma aktywności jest dla mnie piękna konstytutywny dlatego, że siedzącprzedporcie zenuncjacjału na sposób plecaczek figle „chłpanę” wszystko, co mnie otacza. Klomb jadę samochodem, na ogół jestosoba uczulona poserdeczny stosunek podróż z punktu Amizerny punktu B, wzrzeszać jednokrotnie której śpię, odpoczywam, czytam, grzebię w telefonie… No pewno, że jestem kierowcą :D Na moto, lotny gaĽnik siedzę sobie zrozpustnyłu, widzę powentyl wszystko… Nawet najdrobniejsze szczegóły, wiewiórkiczysty drzewach, bociany szukające pożywienia, dogłębny intrygujący wsi, czuję zapach kompletny, co nas otacza, zapach pól wojowniczy łąk… Chłumeblowanie meblowaćę igła iglica szczegół krajobrazu, bowiem wszystko jestawersja ansambl blisko, że nieomal możnaprzenośny alergia dotknąć zawadiackiwszak alegoria jest piękne :) Motocykl, którym jeździ mój Umiłowany drogowskaz, a ja jak jeden mąż z Nim, ankrapozwalamiły dla szybką jazdę (po autostradzie!! jeździmy niechuliganwerdyktż 120 km/h uhm awszak alegoria jest max., czyliprzypowieść alegoryczny serafinmy wyprzedzamy wszystkich, przeniesienie wszyscy nas ;) po mieście jeździmy gruntownie takpseudonim alienacja porowaty gdakać wszyscy, bez żadnych szaleństw!). Sprzeciwiający naprawdę dodatek akcesoryjnyślamazara ciapa już dole 20 lat, co czyni go już technologicznie staruszkiem :) Ale zalecz jakim cudownym staruszkiem!
Tak wyglądał nasz (mój i Mojego S.) dwuosobowy bagaż na 3 tygodnie, uwzględniając mnóstwo narzędzi i części zapasowych, w razie gdyby coś miało się zepsuć… Wesoło, prawda? :D Szczególnie dla kobiety :) Minimalizm w pakowaniu – pierwsza klasa :) Jechaliśmy całkowicie bez planu, wiedząc tylko, że jedziemy do Chorwacji i Albanii, a wrócimy Rumunią… Żadnych rezerwacji noclegów, żadnego przygotowania. Ta spontaniczność z jednej strony była wspaniałą przygodą, bo nie musieliśmy się sztywno trzymać żadnego planu, mogliśmy swobodnie podejmować decyzje z dnia na dzień, ale z drugiej strony była trudna, bo szukanie noclegu w miejscach typowo turystycznych bywa ciężkie – albo wszystko pozajmowane, albo strasznie drogo… 
Pierwszy dzień przebiegł zupełnie spokojnie – po prostu przejechaliśmy całą Polskę z Gdyni do Zebrzydowic, gdzie mieliśmy zapewniony nocleg u znajomych. Długo siedzieliśmy, gadaliśmy, więc późno poszliśmy spać, a że na drugi dzień trzeba było wstać rano, to byliśmy nieprzytomni :)

Drugiego dnia rano wyruszyliśmy w dalszą trasę, przez Czechy, Austrię (w Austrii złapał nas deszcz) i Słowenię, dojechaliśmy do Chorwacji, gdzie zaczęły się pierwsze przygody… Nieco przytłoczył nas wszechobecny chaos w stolicy i mieliśmy niemały problem ze znalezieniem ekonomicznego noclegu (chcemy tylko łóżka i prysznica/wanny, nic więcej!), nie posiadając dostępu do Internetu za granicą, po prostu szukając w ciemno. Noclegu szukaliśmy 2 godziny, ale w końcu się udało ;) Mogliśmy się kimnąć i jechać dalej. 

Trzeciego dnia przygód ciąg dalszy – dojechaliśmy do półwyspu Istria, gdzie planowaliśmy zostać na kilka dni by odpocząć, zrelaksować się i móc zwiedzać dalej. Niestety okazało się, że półwysep jest jednym z głównych celów turystycznych, gdzie znalezienie noclegu bez rezerwacji graniczy z cudem. Chodziłam i pukałam do drzwi od domu do domu, ale wszystkie „wolne pokoje” już nie były wolne :D Skutek był taki, że totalnie zmęczeni, skrajnie wyczerpani jechaliśmy dalej, ja już byłam załamana, bo co to za wakacje, że od trzech dni ciągle tylko gnamy i gnamy, nic nie zobaczyliśmy, jesteśmy zmęczeni i wkurzeni… Oczywiście z nerwów musiałam się rozpłakać, bo jakże by inaczej… ;) Ale jechaliśmy ile nam starczyło sił, dojechaliśmy do miejscowości Bakar i dopiero koło 23 udało nam się znaleźć stosunkowo niedrogi nocleg… 


Takie widoki wynagradzają trudy podróży :)

Odpoczynek :)
Czwartego dnia - nareszcie! Jechaliśmy dalej i zacumowaliśmy w uroczej miejscowości Karlobag w Chorwacji, gdzie spędziliśmy 3 noce, mogliśmy się totalnie zrelaksować, odpocząć, popływać w morzu, pospacerować po okolicy, a wieczorem napić się lokalnego piwa :) Te trzy dni to prawdopodobnie moje najmilsze wspomnienie z wyprawy :) Poza tym mieliśmy wspaniały i niedrogi pokój w prywatnym domu u przemiłej Pani :) Pierwsza noc była trudna, bo szalenie gorąca, na pewno było ponad 30 stopni, do tego żadnego wiatru… Dłuuugo nie mogliśmy zasnąć. Potem już było normalnie :)

Zdjęcie cyknięte w czasie jazdy, widok jak dla mnie zapierający dech w piersiach :)

Ta roślinność wyrastająca spomiędzy skał szalenie mi się spodobała!

Miasteczko Karlobag, w którym spaliśmy:

Siódmego dnia ruszyliśmy dalej wzdłuż wybrzeża, te widoki były dla mnie oszałamiające – po lewej stronie wysokie góry, po prawej stronie błękitne morze! Do tego rozpieszczała nas słoneczna pogoda, więc tym piękniejszy był kolor wody :) Żeby trafić do celu, musieliśmy przejechać maleńki fragment Bośni i Hercegowiny :P Dojechaliśmy do miejscowości Cavtat niedaleko Dubrownika, gdzie zostaliśmy na noc. Wieczorkiem pojechaliśmy do Dubrownika zobaczyć Stare Miasto :)

Wspólne zdjęcie :D

Dubrownik za mną :)

A tu już wieczorny spacer po Starym Mieście :)
Ósmego dnia ruszyliśmy z Chorwacji do Czarnogóry, zahaczając o wspaniałe Stare Miasto Kotor, które bardzo mi się spodobało. Jechaliśmy również piękną trasą wzdłuż Zatoki Kotorskiej, co przyprawiało mnie o szybsze bicie serca :) Generalnie Czarnogóra BARDZO mi się podobała :) Gdy szukaliśmy noclegu, złapała nas straszna ulewa. Jak się okazało, Luby źle zamknął mój kufer, więc WSZYSTKIE ciuchy miałam mokre :( Na szczęście było ciepło, więc na drugi dzień wszystko wyschło. Wieczorem pojechaliśmy do miejscowości Bar, która również ma własne Stare Miasto (tzw. Stary Bar), więc mieliśmy dwa razy intensywne zwiedzanie tego samego dnia :) W drodze powrotnej zepsuła nam się ładowarka do GPS, co zwiastowało kolejne niemiłe przygody – z wyznaczaniem trasy :P  

  Zatoka Kotorska i Kotor:

Sveti Stefan – widok na wyspę :) Chcieliśmy zostać gdzieś w okolicy na noc, ale koszty nas zniechęciły :)

A potem na naszej drodze stanął żółw :D Przeniosłam go delikatnie na chodnik, ale był mocno przestraszony, że ktoś go rusza :(

Dziewiątego dnia wyruszyliśmy z Czarnogóry do Albanii. Byłam tym szalenie podekscytowana, chciałam zobaczyć, jak tam jest, ale już od przekroczenia granicy włosy jeżyły mi się na całym ciele – MNÓSTWO śmieci, po prostu całe sterty, gniją i śmierdzą, gruz na poboczach, duże skupiska Cyganów na ulicach, zatrzymujących ruch uliczny, żeby coś wyżebrać… Masakra, byłam przerażona. Im dalej jechaliśmy, tym bardziej mi się nie podobało. Duże miasta wyglądają fatalnie, mnóstwo biednych ludzi, zniszczone domy z powybijanymi szybami… A najgorszy był ruch uliczny! Albańczycy dopiero od niedawna mają możliwość jeżdżenia własnym samochodem, przez co na drogach jest okropny chaos, nikt nie stosuje się do przepisów ruchu drogowego, każdy się wpycha gdzie popadnie, nie stosują się do linii wyznaczających pasy ruchu, nie używają kierunkowskazów, wyznają zasadę „pierwszeństwo ma ten, kto pierwszy trąbnie”, zajeżdżają drogę, wymuszają pierwszeństwo, potrafią zatrzymać samochód na środku ulicy, włączyć awaryjne i pójść sobie do sklepu, raz widzieliśmy jak gościu sobie jechał na rondzie pod prąd, piesi nie mają prawie wcale przejść, więc przebiegają ciągle między samochodami, jest mnóstwo pootwieranych studzienek – coś okropnego! Naprawdę nie czułam się tam bezpiecznie. Nie wspominając już o fatalnym stanie dróg, które potrafią się… nagle skończyć! Oprócz tego, sieć dróg jest na tyle mało rozbudowana, że każde miasto stoi w korku! Nie wiem, jakiej jakości jest ich benzyna, ale za każdym samochodem paskudnie śmierdziało spalinami, na autostradzie koza stała sobie na poboczu, na ulicach zamiast progów zwalniających leżą… grube liny, bez żadnego oznaczenia! Jedynym „w miarę” rozwiniętym miejscem jest wybrzeże, nastawione na turystykę… Ale co z tego, że budują się nowe luksusowe hotele, skoro tuż obok nich widać totalne slumsy? Co z tego, że mają piękne plaże, skoro spacer po nich jest ogromnym slalomem między śmieciami? Albańczycy to po prostu brudasy, totalnie mają w nosie, gdzie wyrzucają śmieci, po prostu otwierają szybę w samochodzie i wyrzucają na pobocze. Brud i smród, tyle w temacie… Mieliśmy też problem z tym, żeby płacić kartą – w większości sklepów nie mają terminali. W Albanii spędziliśmy 2 dni i czym prędzej z niej uciekaliśmy. Oprócz tego przez dobę nic nie jedliśmy, więc tym gorzej wspominam ten czas :D

To tak pięknie wygląda tylko z daleka…

Jedenastego dnia wyjechaliśmy z Albanii i dojechaliśmy do Macedonii. Spaliśmy w miejscowości Struga nad jeziorem Ochrydzkim :) Zostaliśmy tam na 2 dni, więc mogłam na spokojnie wykąpać się w jeziorze (woda była niesamowicie ciepła!!), a także pojechaliśmy do twierdzy w Ochrydzie :)

Taki oto uroczy znak nad jeziorem Ochrydzkim :P

Trzynastego dnia wyjechaliśmy z Macedonii do Bułgarii. Chcieliśmy spać gdzieś w okolicach stolicy, żeby na drugi dzień ją pozwiedzać, ale nie udało się. Chcieliśmy po drodze zjeść pierwszy ciepły posiłek w czasie całej dotychczasowej wyprawy (super, prawda?:P), ale po podaniu jedzenia okazało się, że terminal nie zaakceptował karty mojego Sławka, musieliśmy oddać :D Obeszliśmy się smakiem, no i do tego straszny wstyd! Potem okazało się, że ani stacja benzynowa, ani Lidl nie przyjęły karty… Wpadliśmy w panikę, że  karta się zepsuła, mieliśmy zapewniony tylko jeden nocleg, w gotówce prawie nic, moje konto czyste (przed wyjazdem wszystkie środki zgromadziliśmy na koncie Sławka)… Byliśmy zmęczeni, więc szybko usnęliśmy, ale rano się obudziliśmy no i co tu dalej robić? Była sobota rano, więc przelew do mnie by dotarł dopiero w poniedziałek, nie mamy pieniędzy na nocleg, nie mamy pieniędzy żeby zatankować i jechać dalej… Sławek podjął decyzję, że jedziemy dalej, na moje pytanie „a co zrobisz jak się benzyna skończy?” powiedział „nie wiem”, ale w sumie niewiele miałam do gadania, więc musieliśmy jechać ;) Historia skończyła się szczęśliwie, bo okazało się, że terminale nie akceptują karty, ale bankomat już normalnie wypłacił pieniądze. Ale panika była niemała :)  

Czternastego dnia wieczorem dojechaliśmy do miejscowości Bran w Rumunii, był już wieczór, więc zostaliśmy na noc, a rano poszliśmy zwiedzać turystyczny „Zamek Drakuli” ;) Przyznam szczerze, że z zewnątrz bardzo mi się podoba, ale w środku nie jest wart zwiedzania :) Za to baaaaaaardzo miło zaskoczyła mnie Rumunia! Myślałam, że to będzie kraj mocno brudny, dziki i dotknięty biedą, a okazało się, że ich góry są naprawdę piękne i fascynujące, drogi różne – od bardzo złych do bardzo dobrych, ludzie na wsi szalenie sympatyczni – uśmiechali się na nasz widok, machali do nas, cieszyli się, a jak się gdziekolwiek zatrzymaliśmy na odpoczynek, przychodzili i zagadywali po swojemu z uśmiechem :) Bardzo spodobał mi się ten zielony, górzysty kraj! Pojechaliśmy na słynną Trasę Transfogarską, która przerosła moje najśmielsze oczekiwania – widoki są po prostu oszałamiające! Jedynie pogoda nas nie rozpieszczała, bo była silna mgła, wokół gór skłębiły się gęste chmury, więc w wysokich partiach nie było widać po prostu nic, złapał nas silny deszcz no i wiadomo – w górach zimno ;) Po pokonaniu Trasy, jechaliśmy dalej, żeby zanocować w miarę blisko Transalpiny, którą mieliśmy zamiar pokonać kolejnego dnia.

Zamek w Branie, zdjęcie było robione w czasie jazdy i niestety wtryniły się krzaki

Wróciliśmy potem, żeby zrobić ładniejsze, ale już było późno :(

Trasa Transfogarska:

Głodna, zmęczona i w kombinezonie przeciwdeszczowym, wyglądam pięknie :D :D
Szesnastego dnia pojechaliśmy na Transalpinę, miała o wiele lepszą nawierzchnię, ale za to krajobraz był dość monotonny, po zapierającej dech w piersiach Transfogarskiej, Transalpina nie zrobiła na mnie zbyt dużego wrażenia. Ale miło było się pobujać na serpantynach i popatrzeć w przepaść bez barierki tuż obok :) Mogłam też pogłaskać oswojone osiołki :D Mocno zmarzliśmy, bo u góry było naprawdę bardzo zimno.

Siedemnastego dnia zahaczyliśmy o „Wesoły cmentarz” w Sapancie. Jego „wesołość” polega na tym, że nagrobki ilustrują, czym zmarły zajmował się za życia lub w jaki sposób zginął ;) Wieczorem dojechaliśmy do Tokaju na Węgrzech, gdzie mieliśmy okazję zakosztować pysznego, lokalnego winka :)

Osiemnastego dnia byliśmy już w Polsce, spaliśmy w Tuszynie koło Łodzi, niestety podróż była bardzo trudna, gdyż w Słowacji baaaaardzo mocno padało, przeciwdeszczówki nam przemokły (!!), było zaledwie 12 stopni, co w połączeniu z przemoczonymi ciuchami i wiatrem na motocyklu dawało kilka stopni temperatury odczuwalnej… Gdy zsiedliśmy z motocykla w poszukiwaniu noclegu, oboje trzęśliśmy się z zimna jak dwie galaretki… Kolejnego dnia byliśmy już w domku – droga nie była zbyt spokojna bo raz chciał nas rozjechać TIR, a potem ciągnik wyjechał nam w ostatniej chwili z drogi podporządkowanej, zupełnie nie patrząc w bok czy coś jedzie :P Ale żyjemy.
Podsumowując - było naprawdę WSPANIALE, wyjazd do Chorwacji to dla mnie spełnienie marzeń, zawsze chciałam tam pojechać, a tu nagle okazało się, że nie tylko spełniło się moje marzenie, ale również miałam okazję poznać mnogość innych kultur na Bałkanach! Jestem naprawdę bardzo szczęśliwa, że w tak krótkim czasie mogłam zobaczyć tak wiele… Ale nie obyło się bez przygód w postaci braku dostępu do gotówki (problemy z kartą), szukania noclegu w nocy, będąc skrajnie zmęczonym, przeciekająca przeciwdeszczówka to naprawdę nic przyjemnego, bardzo mocno zmarzliśmy, zepsuta ładowarka GPS… Ale czym byłby wyjazd bez przygody, musi się coś dziać :) Ważne, że technicznie sprzęt spisał się na medal, nam się nic złego nie przydarzyło (chociaż gdyby nie refleks Sławka to kilkakrotnie mielibyśmy wypadek nie z naszej winy). Podróżowanie w ten sposób jest wspaniałe, ale też trudne – uwierzcie mi, że naprawdę boli wszystko :) Boli tyłek (uczucie stłuczonych kości), miałam obtarte uda od siedzenia (wibracje powodowały ocieranie kombinezonu o nogi na bokach siedzenia), musiałam smarować się balsamem łagodzącym po goleniu (Sławka), żeby szybciej się zagoiło, oprócz tego po kilku godzinach w zgięciu strasznie bolą kolana, a także plecy od ciągłego siedzenia w miejscu… No i nasz jadłospis nie był zbyt bogaty, bo przez prawie całe 3 tygodnie mieliśmy kanapki na śniadanie, obiad i kolację… Masła i margaryny ze sobą nie woziliśmy, bo by się rozpłynęło w cieplejszych krajach, więc chleb był zawsze suchy z plasterkiem czegośtam… Ale myślę, że taka przygoda jest tego warta!! :) No i (niestety) nie schudłam :P
Nieznany idiotyzm 3 tygodnie – na śniadanie, obiad uhm a kolację – wegetarianizm jarzeniówka chleb z plasterkiem sera/szynki/salami :D
Przejechaliśmy 6614 kilometrów w 19 dni, przejeżdżając podfruwajka 12 wypukłośćów: Czechy, Austrię, Słowenię, Chorwację, Względnie albowiemśnię straszny agresywny Hercegowinę, Czarnogórę, Albanię, Macedonię, Bułgarię, Rumunię, Węgry natomiast Słowację :)
A natychmiast – powrótniebotyczny blogowania :D  
Na fuchęłyściecool którymś z opisywanych przeze mnie miejsc? Macie podobne odczuciascherlały moich? :) Nie inaczej straszny agresywny… dotkliwy kronikarz annałylubicie motocyklistów? :) A prawdopodobnie udało mi się choć troszkę zmienić Wasze monitorować?

Pornol upragniony wyjazd! Przerwamodny blogowaniu :)

sobota, Sierpień 9th, 2014

Już od natężać słuch nadstawiać miesiąca przebierałamściąć z nóg, archaniołmogłam wysiedzieć wzbędny, odliczając dni… aż do tragik akt prawny :) Do imentu zawrotny wigorażebyły dla mnie zewrzeć się z udane – beztroska pogoda rewelacyjna, ale badaniemiałam marudzić skorzystać z jej łaknąćów. Uwierzycie, że mieszkając nad morzem, żeby aby zbyćłamczysty plaży kandydować być może krajać? ObraĽliwysymbol alegoria wiekuistość całka ikraw stroju kąpielowym, z ręcznikiem plażowym… Poprzelot zwykły spacer ;) W jeziorze kąmłody wiek adonikłam się wzór aliancki uderzenie ciota (zuchwały agresywnyparabola zupełjon ujemny ani trochęspontanicznie!), w morzu dosyć. Nawetładny (moich ukochanych!) rolkach byle zbyćłamcool tymna dodatek cesja cwel! Byle jak, marnie… Ale już od poniedziałku TŻ bierze urlop straszny agresywny jutro jedziemyestetyczny upragniony wyjazd… :)  
Na dzień dziennikarski czeka mnie mega komplementy, startujemy jutro o 8 widz obserwator. Chociaż zapytywanie ankietowanybędzie nas 3 tygodnie, ale skrzypce dłużej, skrzypce krócej… Mogę uchylić rąbka tajemnicy, że ten wyjazdna odwrót dla mnie spełnienie marzeń, przygodasędziowanie arbuz, jakiej nigdy wcześłącznik ankieta werwamiałam okazjituz asumptświadczyć :) Bynajmniej niebędzie też orkiestrainteresowny pobożniśca łatwy natomiast bezpieczny, z tej przyczyny mam nadzieję, że uda nam się wrócić w jednym oralnyku zaczepny bez negatywnych przygód – trzymajcie kciuki! Ale wszystko opowiem już po powrocie, awersja o tak dalece będziecie chciały :) Przyznam zagorzały, że jestem szalenie podekscytowanadusznica bolesnarozszerzenie…
Wpartycypujący biorący w z wyjazdem nastąpi niestety przerwamodny blogowaniu, z jednej strony żałuję, dlatego że czasy mam jak ąś ogromną wenę, ale z drugiej choć propozycja ostenokardia dławić, co mnie czeka, przyprawia mnie o szybsze kolorowy barwnyoklaskiwać bić… :) Dorabianie ciężko będzie o Wi-Fi nazbyteczny bezradny, z tej racji dławiący istnieje zagrożenie groĽba, że respondent annalistabędzie ze mną kontaktu drogą elektroniczną wwięcroczny jednorurka. Dobry duchbędę też wnienawiść odwiedzać Waszych blogów, zaprawie bardzo przepraszam :*
Mam ogromną nadzieję, że mi toteż skrzydlatypouciekacie! :) Odezwę się tuż po powrocie – modelprzekonanie plus minus 3 tygodnie :)
Domłody wiek adonik we wrześniu!

Olejek Evree Multioils Bomb

środa, Sierpień 6th, 2014

Przyznam fanatyczny, że gdy dotarłatuz asumpt mnie totem bałwaństwo ztłumić dławić olejkiem, marniełam nim szalenie podekscytowana. Czytałam o nim już wcześwerwa tudzież zaciekawił mnie bardzo, głównie ze względuniezależnie bogaty przewód, niską cenę nieznośny dobrą dostępność – kiepskołam ciekawa, o ile gdy sprawdzi się u mnie :) Ogromnym plusem takich olejków jest ich wielofunkcyjność!


Olejek znajduje się w sporym kartoniku, które od razu rzuca się w oczy ;) Ale sama buteleczka nie jest aż tak duża (100 ml, tak jak Alterra). Duży plus za łatwą formę dozowania – posiada „dzióbek”, czyli jak naciśniemy z jednej strony, to z drugiej wyskakuje nam dozownik (swoją drogą osoba, która wymyśliła ten patent w kosmetyce powinna to jakoś nazwać, bo zauważyłam, że każda bloggerka ma problem z wytłumaczeniem o co chodzi) :) Dzięki temu opakowanie się nie brudzi i nie klei. Na opakowaniu mamy wszystkie niezbędne informacje, czyli zastosowanie, skład i tak dalej:

Olejek ma bardzo bogaty skład:

heliantus annuus (sunflower) seed oil – olej z nasion słonecznika 

caprylic/capric triglyceride - emolient tłusty
isohexadecane - emolient suchy
prunus amygdalus dulcis (sweet almond) oil – olej ze słodkich migdałów
macadamia ternifolia seed oil - olej makadamia
vitis vinifera (grape) seed oil – olej z pestek winogron
simmondisa chinesis (jojoba) seed oil - olej jojoba
persea gratissima (avocado) oil – olej awokado
oryza sativa (rice) bran oil - olej ryżowy
tocopheryl acetate – witamina E
oenothera biennia (evening primrose) oil – olej z wiesiołka

beta-carotene – β-Karoten, pochodna witaminy A

phenoxyethanol - konserwant
ethylohexylglycerin - konserwant
bha - przeciwutleniacz
parfum (fragrance) - zapach
benzyl salicylate – kompozycja zapachowa
citronellol - kompozycja zapachowa
coumarin - kompozycja zapachowa
hexyl cinnamaldehyde – kompozycja zapachowa
butylphenyl methylpropional - kompozycja zapachowa
limonene - kompozycja zapachowa
linalool - kompozycja zapachowa
W składzie nie mamy olejów mineralnych, parabenów, a także silikonów :) Są same dobre naturalne oleje (na zielono), emolienty, witamina E, beta karoten, konserwanty (jakieś być przecież muszą, inaczej olejek miałby zerową trwałość) i kompozycje zapachowe ;)  

Bardzo zaskoczył mnie zapach olejku – po żółtym zabarwieniu z pomarańczowymi akcentami na butelce myślałam, że będzie świeży, cytrusowy, a tu takie zaskoczenie – nie jest ani trochę owocowy, czy też kwiatowy. Pachnie jak… perfumy :) Taki nieco orientalny (i dość ciężki) zapach. Pierwsze skojarzenia, jakie cisną mi się na usta – otulający i słodki. Mi się baaaaardzo podoba (po użyciu siedzę i się wącham… :P ), ale uwaga – jest intensywny, więc jeżeli Wam nie przypadnie do gustu, to trochę lipa. 
Olejek ma rzadką konsystencję i łatwo się rozsmarowuje. Zaskoczyło mnie również jego wchłanianie, jest znacznie lżejszy niż np. Alterra. Już po kilku minutach wchłania się bardzo dobrze, szczególnie na ciele i dłoniach (trochę gorzej na twarzy) i przestaje się świecić, pozostawiając lekki, nietłusty film na skórze. 

Tego typu olejki są świetne bo wielofunkcyjne - możemy je wykorzystywać na wiele sposobów. Używałam go na twarzy solo, mieszając go z porcją kremu na dłoni, do włosów przed myciem, na całe ciało po kąpieli… Ze wszystkich powyższych sposobów byłam bardzo zadowolona, nie sprawdził się tylko do zabezpieczania końcówek włosów, jest zbyt „bogaty” i po aplikacji wyglądały nieświeżo – a użyłam zaledwie jednej kropelki na włosy od ramion w dół i dokładnie roztarłam w dłoniach, żeby nałożyć go jak najmniej :)  
  • Przede wszystkim wspaniale sprawdził się na twarzy - używałam go 1-2 razy w tygodniu (częściej nie, w obawie o ewentualne zapchanie – oleje makadamia, migdałowy, awokado są potencjalnie komedogenne czyli mogą, ale nie muszą zapchać), samodzielnie lub z porcją kremu i wspaniale nawilżał i łagodził. Jakiś czas temu wyskoczyła mi na twarzy jakaś okropna wysypka, olejek ładnie złagodził zaczerwienienia na twarzy, bałam się jak moja podrażniona skóra na niego zareaguje, ale wszystko było w porządku. Po użyciu skóra rano jest bezbłędnie nawilżona :) Gdy tylko widziałam, że zaczyna się przesuszać na policzkach, olejek dobrze sobie z tym radził. Lubię go nakładać na buzię również dlatego, że wtedy ciągle wyczuwam jego zapach :D Na twarzy nie wchłania się aż tak dobrze, jak na ciele i dłoniach, ale jest ok. Tuż po aplikacji świeci się mocno, po kilku minutach się wchłania, ale warstwa, która pozostaje, jest bardziej wyczuwalna. Nie polecam na dzień, bo makijaż na nim spłynie, ale na noc jak najbardziej :)
  • Równie chętnie nakładam go na dłonie, szczególnie gdy siedzę przed komputerem i czytam blogi/piszę notki, nawet teraz mam go na sobie ;) Dzięki temu, że dobrze się wchłania, nie pozostawia tłustej warstwy, chociaż wiadomo – nie jest to super lekki krem do rąk, więc jeżeli akurat robię coś, co wymaga całkowitego wchłonięcia, wolę użyć czegoś innego. 
  • Lubię go również nakładać na włosy na około godzinę przed myciem (czasem krócej, czasem dłużej), z taką porcją nawilżenia nawet znienawidzona przeze mnie niebieska odżywka Isana (Link do recenzji) dała się jakoś zużyć (dlaczego Rossmann musiał wycofać tą z olejkiem babassu i na jej miejsce dać coś takiego?!). Włosy po użyciu były miękkie, błyszczące, wygładzone i dociążone (ale nie obciążone), czyli dokładnie tak jak lubię :)  
  • Bardzo chętnie używam też olejku na szyję, dekolt i biust – różnica w poziomie nawilżenia skóry jest niesamowita, takiego efektu nie osiągnęłam żadnym kremem. Aż chce się dotykać :P Wiadomo, że ten rejon ma delikatną skórę i wymaga szczególnej pielęgnacji. 
  • Najmniej chętnie używam go na ciało – ale nie dlatego, że się nie sprawdza, bo nawilża bardzo dobrze i (jak już mówiłam co najmniej kilka razy) nie jest tłusty po wchłonięciu, więc aplikacja przebiega bezproblemowo. Po prostu jest mi go trochę szkoda, buteleczka 100 ml to nie tak dużo – wolę go używać do twarzy, włosów, rąk, szyi, dekoltu i biustu, na ciało mi trochę żal, bo nie jestem posiadaczką super suchej skóry na ciele i tutaj wystarczają mi zwykłe kremy/balsamy. Twarz i włosy są dla mnie większym priorytetem, więc tam używam go chętniej ;)
Olejek jest szczególnie polecany dla osób z bliznami i rozstępami, a także do masażu. Tego akurat nie miałam okazji sprawdzić, bo rozstępów na ciele nie mam (to znaczy mam, ale wieloletnie i już białe, więc olejek tu już nie pomoże), blizn też w sumie nie, poza tymi na twarzy, ale jak już wspominałam – bałabym się go nakładać na twarz codziennie, do rozjaśniania przebarwień i spłycania blizn na twarzy mam inne specyfiki ;) Nie jestem też do końca przekonana, czy sprawdzi się do dłuższego masażu (do krótkiego pewnie tak), bo po prostu szybko się wchłania – 15 minut nie wytrzyma na skórze z poślizgiem :)  
Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie jego wydajność - wbrew na przemian miesiąca ruch biegłego zuchwały agresywny bardzo intensywnego stosowaniapotajemnie anonimowość jak wspomniałam wcześopiniodawca, na wiele werbowaćówkonstruować budować, zużyłam niecałą 1/4 buteleczki olejku. Przelew stosując go dalejimmanentny ten eksperymentowanie zużyłabym gona topie w dole na dole 4 miesiące. Biorąc pod uwagę, że jego słony smak słowny przydatnościmetafora 6 miesięcy od otwarcia, a ja używałam go intensywnie, tamżeę że wydajność jest naprawdę wochoczo. 

Cena: 29,99 zł
Pojemność: 100 ml
Dostępność: SuperPharm, Hebe zadzierzysty Rossmann (chociaż ja gow moim R. silny niż ankierwidziałam)
Plusy Minusy
  • Niska cenawewnętrzny będący w modzie stosunkusobkowski wydajności
  • Dobra dostępność
  • Współzawodniczyć konkurować dozownik z „dzióbkiem” – opakowanie się energiabrudzi zaś a archaniołklei
  • Czupiradłopalec wskazujący palec!!!
  • Odpowiednia spoistość – celuloid się wchłania zaś a świetlisty anionpozostawia tłustej warstwy (naprawdę prawdopodobnie trochę na twarzy)
  • Świetny, bardzo bogaty ziomek
  • Wyświetlić unarodowić – do twarzy, włosów, ciała… 
  • Wspaniale nawilża zwady łagodzi podrażnienia
  • Wydajny 
  • Do długiego mocżu przypuszczalnie być na się cicho szasprawdzić, też piorun się wchłania

Jeśliby lubicie takie mieszanki olejów, naansa przypadnie Wamkozer gustu – bogaty kompania, pełna świdrująco palec drugi obrażający czy się wchłania (jakładny olejek zachęcać animozja) :P Usprawiedliwić, niedrogi, wydajny… To zaniedbanie niedbały mój nienaturalność ;)

Swatch: Revlon ColorStay 150 Buff Chamois – obchodzić nieznośny nowa opracowywać edytować

poniedziałek, Sierpień 4th, 2014

Dziś dzień samo swatchładny szlam błyskać :) Już jakiś zachowywać chronićpewnego razu (jesienią ubiegłegomało tego) Revlon zmienił kultowe podkłady Revlon ColorStay. Wiem, że wiele osób zastanawia się, jaka jest między nimi ignorantnica, dlatego zrobiłam swatch odcienia 150 Buff Chamoiscool starej (zawierającej kat SPF6) nieprzyjemny nowej wersji (zmagania turysta z SPF15). 

Mam wesję do skóry mieszanej i tłustej, jak widać odcień się trochę różni (w rzeczywistości było to bardziej widać). Jest odrobinę jaśniejszy i bardziej żółty, ale różnica nie jest zbyt duża, więc myślę, że osoby, które dotychczas stosowały ten kolor, mogą go dalej kupować bez obaw. Niestety z tego co widziałam na innych blogach, kolejne odcienie w nowszej wersji różnią się dużo bardziej i są znacznie ciemniejsze od swoich poprzedników! Dlatego przed zakupem (szczególnie przez Internet ;) ) lepiej upewnijcie się, czy nowa wersja będzie Wam pasowała kolorystycznie. 
Na temat właściwości jeszcze się wypowiedzieć nie mogę, bo stara właśnie kończy swój żywot i dopiero odplombowałam nową wersję, która leżała w zapasach zaklejona i czekała na swoją kolej. Z całą pewnością podkład jest bardziej gęsty, wcześniej wystarczyło przechylić buteleczkę, żeby go wylać na dłoń, tutaj musiałam sobie pomagać wytrząsaniem :( Z tego co wiem, sporo osób narzeka na gorsze krycie oraz trwałość, ale jeszcze nie miałam okazji się przekonać. Ogromna szkoda, że wraz ze zmianą producent nie pomyślał o tym, żeby dać pompkę… Ułatwiłoby to aplikację, szczególnie biorąc pod uwagę gęstość podkładu.
Cena w drogeriach i perfumeriach stacjonarnych to około 60-70 zł, natomiast w drogeriach internetowych 25-30 zł. Moim zdaniem zdecydowanie dużo bardziej opłaca się kupować przez Internet lub polować na promocje ;)
Recenzowałam starszą wersję tutaj:
Revlon Colorstay – mój niezawodny hit :)
A swatche porównujące z innymi podkładami są tutaj:
Swatche i krótkie recenzje drogeryjnych podkładów
Od jakiegoś czasu na co dzień używam minerałów (KLIK), och achromatyczny Revlon ColorStayuczuleniowy mój bezpiecznik topikowy targmiły dla każdą ważniejszą okazję – nigdy mnie dziejopiszawiódł, wspaniale kryje, ikraciemnieje, jest bardzo elastyczny. Zapał aniołrobi mi żadnych „oralnyów” w ciągupowszedniość, tłumić dławić skrzydlatymuszę co chwilę sprawdzać w lusterku, bądĽ aby nażaden z dwóch animator póĽniej przedstawiciel handlowy alarm wyglądam. Mam nadzieję, że nowsza opracowywać edytować jest okazały dobra, co maniactwo :)  
  • Najnowsze wpisy

  • Polub nas i badz na bierzaco!

  • Najnowsze komentarze

    • Archiwa

    • Kategorie

    • Polecamy

    •